Jeżeli jesteś kociarą lub kociarzem, wydaje się, że trafiłeś idealnie. To znaczy, pod warunkiem, że lubisz zabawę genetyką...
Edmund McMillen powraca z kolejną dawką absurdu. Jest obrzydliwie, jest sztubacko, jest też brutalnie. Dostajemy zatem wszystko to, do czego twórca ten przyzwyczaił nas już na przestrzeni lat. Jeżeli znacie inne jego prace, poczujecie się jak w domu. Jeżeli zaś nie… Cóż, witamy w miejscu, gdzie kupy, płody i genetyczne wady są, jakkolwiek to nie zabrzmi, chlebem powszednim.
Mewgenics
Z pamiętnika kociego genetyka
Już pierwsze minuty po odpaleniu gry dają nam dobitnie do zrozumienia, co na nas czeka. Naszym oczom ukazuje się bowiem niejaki Dr. Beanies. To właśnie on, wyglądający jak stereotypowy szalony naukowiec, jest autorem całej koncepcji “miaugenetyki”, czyli tworzenia genetycznie modyfikowanych kotów. Od tego momentu zaczyna się nasza podróż. Dostajemy dom, kilka kotów i wyruszamy na przygodę! Zalecam jednak, by nie przywiązywać się specjalnie do swoich mruczyków. Koci trup ściele się bowiem gęsto i czasami nie trzeba nawet wychylać nosa z naszych czterech ścian, by stało się coś nieodwracalnego.
Ale po kolei, bo warto najpierw omówić rozgrywkę. W praktyce można by określić Mewgenics mianem nieślubnego dziecka The Binding of Isaac i Into the Breach. Z tego pierwszego tytułu gra zapożycza klimat i całą otoczkę, włączając w to wszechobecne kupy – te zarówno w formie domowej “dekoracji”, jednego z dostępnych “ataków”, jak i potencjalnych wrogów. Z kolei z Subset Games zapożyczono pomysł na rdzeń zabawy. Trafiamy więc do jednego ze światów i poruszamy się po mapie od potyczki do potyczki, czasami natrafiając na losowe zdarzenia. To tajemniczy karton, do którego możemy zajrzeć, to zawalona droga, którą trzeba oczyścić, innym razem zaś płaczący kotek, który przypomina jednemu z “naszych”, że tęskni za domem.
Tylko taktyka może nas uratować
Aż wreszcie trafiamy na planszę, na której toczy się bój. Wszystko oglądamy w rzucie izometrycznym, podczas gdy pole walki podzielone jest na pola. Nie ma jednak tak łatwo – na miejscu nie brakuje przeszkód, miejsc nakładających ujemne efekty czy wręcz zadających nam obrażenia. Każdy z naszych kotów w trakcie danej rundy może się poruszyć oraz wyprowadzić cios. Bazowo każda z tych akcji dostępna jest po razie, ale szybko okazuje się, że po wyłapaniu odpowiednich perków i umiejętności możemy sobie pulę możliwości zwiększyć. Również za pomocą przedmiotów czy też umiejętności zdobywanych podczas podnoszenia poziomu naszej kici.
Nie wystarczy jednak iść przed siebie i bezmyślnie naciskać przyciski. Czasami warto oddać inicjatywę i poczekać aż przeciwnik do nas dojdzie. Innym razem możemy spróbować obejść wrażego niemilca, by spróbować zadać mu zwiększone obrażenia ciosem w plecy. Rywale zaś nie przyglądają się spokojnie naszym poczynaniom. Jedni atakują na krótkim dystansie, inni na nieco dłuższym, a jeszcze inni skupiają się na nakładaniu na nasze jednostki debuffów. Generalnie jest trudno, bo w późniejszych etapach może się nawet zdarzyć tak, że wróg tymczasowo opęta jednego z członków naszej drużyny lub… przejmie jego ciało po jego ewentualnej śmierci.
Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać koty
Właśnie, śmierć. Każdą eskapadę rozpoczynamy z maksymalnie czteroma kotami. Te mają różne statystyki, które możemy jeszcze zwiększać poprzez nadawanie im klas. Na początku gry mamy ich tylko kilka, ale wraz z postępami dochodzą kolejne, jak np. nekromanta. Jeżeli podczas jednego ze starć kot zginie, po wygranej bitwie możemy go odzyskać. Chyba że jego ciało zostanie zniszczone – wtedy mruczek przepada bezpowrotnie, a my idziemy w osłabieniu. Te kociaki, którym uda się przetrwać i bezpiecznie wrócić do domu, zyskują status emerytowanych. Na kolejne wojaże już ich nie wyślemy, ale możemy je wykorzystywać do dalszego rozmnażania, by w ten sposób pozyskiwać lepsze jednostki.
GramTV przedstawia:
Co jakiś czas pod nasz dom podchodzić będą też bezpańskie koty, które możemy przyjąć lub zignorować. Samo domostwo natomiast da się ulepszyć poprzez dokupowanie do niego wyposażenia, które zwiększa komfort, a więc i pomaga w tworzeniu lepszych potomków. Tworzeniu, podczas którego dochodzi do spółkowania, to zaś ma animację… Cóż, powiedzmy, że Edmund nie zostawia tutaj zbyt wiele dla naszej wyobraźni. Kotów nie możemy jednak stackować w nieskończoność, bo trzeba je karmić. Jedzenie z kolei zdobywamy na misjach i tak to się wszystko kręci. I jeszcze raz, i jeszcze raz – syndrom jeszcze jednej rundy jest tutaj jak najbardziej obecny.
Obrzydliwa grafika i jeszcze lepsza muzyka
Graficznie? Otrzymujemy tutaj stylistykę doskonale znaną z innych produkcji McMillena. Jeżeli graliście w The Binding of Isaac czy też The Legend of Bum-bo, wszystko jest jasne. Nikt tutaj nie szedł na żadne kompromisy ani też nie starał się niczego ugrzeczniać. Wręcz przeciwnie. Wystarczy wspomnieć, że wśród przedmiotów, które możemy zdobyć i wyposażyć w nie nasze koty, są np. kleszcze, płody w słoikach czy też worki pełne wnętrzności. Wszystko dla kontrastu podane w humorystycznej, pełnej absurdów otoczce. Albo się to lubi, albo nie, ale generalnie twórcom udało się zachować ducha poprzednich gier.
Na osobne wyróżnienie zasługuje warstwa dźwiękowa. Ktoś mógłby pomyśleć, że rozgrywkę umilać nam będzie głównie miauczenie kotów, a to błąd. W Mewgenics znalazła się ogromna liczba utworów – oficjalna ścieżka dźwiękowa ma ich ponad 50 i są to jak najbardziej pełnoprawne, wpadające w ucho kompozycje. Sam często łapałem się na tym, że zajmując się czymś innym nuciłem sobie pod nosem Eatin' Rats. Muzykom z Ridiculon, którzy odpowiadają za muzykę, należy się tutaj spore uznanie. OST jakimś cudem idealnie wpasowuje się w absurd świata przedstawionego i wydaje się integralną częścią, a nie czymś odrębnym.
Wirtualna kostka nie ma litości
Sam McMillen zapewniał, iż Mewgenics to jego największy projekt. Odważna deklaracja, gdy weźmiemy pod uwagę, do jakich rozmiarów po wszystkich rozszerzeniach rozrosło się The Binding of Isaac. Niemniej może to być prawda, bo tutaj dochodzi jeszcze jeden aspekt losowości, którego w TBOI nie było. Genetyka, czyli rdzeń wszystkiego. Ma to jednak też swoje wady, bo nawet łącząc ze sobą dwa, wydawałoby się, dobrze dobrane osobniki, możemy mieć pecha przy wirtualnym rzucie kostką. W efekcie zamiast potężnego kociego terminatora, dostaniemy chłystka obciążonego wadami genetycznymi, który nada się jedynie do utylizacji. Czytaj oddania jednemu ze wspierających nas ludzi, którzy potem… Cóż, może lepiej nie wiedzieć, co potem się dzieje.
RNG jednak potrafi być bezlitosne i to zarówno przy rozdawaniu cech, jak i podczas samej walki. Jak raz pamiętam jeden z runów, w którym mój kot miał szczęście na poziomie 4. Efekt? Na palcach jednej ręki mogę policzyć wszystkie sytuacje, gdy jego cios nie chybił. Odrębną sprawą jest to, że Mewgenics przy długich sesjach może być nieco nużące, bo możemy mieć wrażenie, iż stale robimy to samo. To jednak efekt tego, że nim dotrzemy do bardziej wymagających biomów, musimy najpierw przedrzeć się przez te podstawowe. Te zaś w momencie, gdy załapiemy już o co biega, stają się dość łatwe. Na pocieszenie zawsze dostajemy “trudniejszą ścieżkę” z bardziej wymagającymi potyczkami, ale też większymi nagrodami.
Murowany kandydat do branżowych nagród
Podsumowując – Mewgenics to gra, która ocieka obrzydliwością, płynami ustrojowymi oraz innymi obrzydliwymi wydzielinami. A przy tym wszystkim praktycznie nie ma wad. McMillen w minionych latach wielokrotnie przyzwyczajał nas do jakości swoich tytułów, więc w teorii można było być pewnym, że i tutaj poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. Tymczasem nie będzie przesadą stwierdzenie, że Amerykanin dostarczył nam jedną z najlepszych produkcji w swojej deweloperskiej karierze. I to taką, która na koniec roku z pewnością przynajmniej o zawalczy o jakieś branżowe nagrody. Jeżeli pokochaliście Super Meat Boya czy też The Binding of Isaac, a przy tym macie taktyczne zacięcie i kochacie kotki, wybór jest prosty. To gra, przy której prawdopodobnie stracicie dziesiątki lub nawet setki godzin, bawiąc się przy tym w domorosłych kocich genetyków.
9,5
Twórca The Binding of Isaac powraca z kolejną dawką absurdu i miodności. No i kotów, nie zapominajcie o kotach!
Plusy
Ogromna liczba możliwości
Zarządzanie zasobami, które ma znaczenie
Stylistyka i humor
Potrafi być wymagająca
Syndrom jeszcze jednej rundy
Koty, koty, KOTY
Minusy
Czasami RNG bywa bezlitosne
Przy dłuższych posiedzeniach może trochę nużyć schematycznością
Absolwent dziennikarstwa sportowego na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pasjonat esportu, piłki nożnej i polityki. Od 2026 roku redaktor Gram.pl.