Immortality to nie gra, to niezapomniane doświadczenie - recenzja

Adam "Harpen" Berlik
2022/09/06 16:00

I w dodatku przerażające, choć wydaje mi się, że angielski przymiotnik creepy bardziej tu pasuje.

O co tu właściwie chodzi?

Trudno napisać cokolwiek o grze, w której spoilerem jest nawet to, że trzeba grać w nią z włączonym dźwiękiem. Niemniej spróbuję nakreślić, czego doświadczyłem, obcując przez około 10 godzin z Immortality, czyli najnowszą produkcją Sama Barlowa, autora popularnego Her Story i ciepło przyjętego Telling Lies. Spróbuję, bo tak naprawdę sam nie do końca zdaję sobie sprawę z tego, czy dobrze interpretuję wszystko, co zaproponował mi wspomniany twórca. Odnoszę jednak wrażenie, że taki był właśnie jego cel. By pozostawić odbiorcę zmieszanego, zdezorientowanego i zagubionego. Nawet na samych napisach końcowych, kiedy to na ekranie przewija się lista płac, a z głośników wydobywa się wpadająca w ucho piosenka, która nijak nie pasuje do stylistyki filmów ukazanych w Immortality.

Gdybym miał krótko opisać, czym jest Immortality, to bez chwili zawahania uznałbym, że to narracyjna przygodówka. Świat nie jest jednak zero-jedynkowy, więc trudno porównywać recenzowaną produkcję do innych przedstawicieli wspomnianego gatunku. Tym bardziej, że najzwyczajniej w świecie otrzymujemy tu dostęp do około 200 krótszych lub nieco dłuższych filmów, które możemy przewijać do przodu lub do tyłu oraz zatrzymywać. Ta ostatnia czynność pozwala z kolei użyć specjalnego oka, którym najeżdżamy na wybraną część postaci widocznej na ekranie lub dowolny obiekt otoczenia. Przykładowo jeśli jest to jabłko, to po kliknięciu na nie zostaniemy przeniesieni do innego obrazu, w którym również pojawia się jabłko. Albo na oko danej postaci, wówczas odnajdziemy w bazie materiał wideo z udziałem tego samego lub innego bohatera, którego oko również skierowane jest w tym samym kierunku.

Banał, prawda? Owszem, bo w Immortality nie chodzi w ogóle o poziom trudności, choć aby obejrzeć finał, trzeba się nieco wysilić. Tak czy inaczej produkcja ma nas przede wszystkim zaangażować w skomplikowaną intrygę. Niesamowita opowieść gra tu pierwsze skrzypce. Niesamowita dlatego, że historia zaginionej aktorki sama w sobie jest intrygująca, ale z pewnością byłaby mniej ciekawa, gdyby nie kapitalna, powtarzam - kapitalna, gra aktorów zarówno pierwszo, jak i drugoplanowych. Wszystkich. Do tego stopnia, że w pewnym momencie myślałem, że faktycznie oglądam zaginione taśmy (filmy z okresu między 1968, a 1999 rokiem są odpowiednio stylizowane), a to przecież tylko, a może i aż materiały wideo przygotowane na potrzeby recenzowanej produkcji. Szok.

Skomplikowana intryga

Główną bohaterką Immortality jest Marissa Marcel, czyli francuska aktorka, która pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia przeprowadziła się do Londynu. Karierę rozpoczęła jako modelka, lecz szybko została zauważona na rynku, wystąpiła w reklamie, a później otrzymała główną rolę w filmie Ambrosio (1968), gdzie zagrała rolę Matildy. Dwa lata później trafiła na plan kolejnego obrazu, Minsky, pracując u boku reżysera poznanego na planie poprzedniego filmu. Z niewiadomych przyczyn Marissa zniknęła na 20 lat, ale w 1999 roku dołączyła do obsady Two of Everything. Co łączy wszystkie filmy? To, że żaden z nich nigdy nie ujrzał światła dziennego. Nie wiadomo również, co po zakończeniu prac na planie ostatniego z obrazów stało się z Marissą. Możemy jednak odkryć tę tajemnicę, grając w Immortality.

GramTV przedstawia:

Naprawdę czułem się, jakbym faktycznie ktoś udostępnił mi zbiór filmów i kazał poskładać do kupy tą całą historię. Szczególne wrażenie - poza wspomnianą już fenomenalną grą aktorską - zrobiły na mnie właśnie obrazy z udziałem Marissy Marcel, zwłaszcza w Ambrosio na czele. Każdy film z udziałem wspomnianej aktorki jest na swój sposób unikatowy i ostro jedzie po bandzie. Nie dziwi więc fakt, że Immortality jest grą 18+, bo mamy tutaj sceny przeznaczone wyłącznie dla dorosłych. Chodzi nie tylko o nagość i seks, ale bluźnierstwa przeciwko wierze katolickiej, samookaleczenia, narkotyki, ostre wulgaryzmy, i tak dalej. Recenzowany tytuł ewidentnie nie powinien trafić w ręce młodszych odbiorców. Tym bardziej, że nie ma tu komputerowej grafiki, lecz wyłącznie filmy z udziałem prawdziwych aktorów.

Komentarze
0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!