Pod płaszczykiem kina klasy B skrywa się zaskakująco dojrzała opowieść o moralności, traumie i odpowiedzialności.
Człowiek para zaczyna się z przytupem, a właściwie donośnym wybuchem. Dziennikarka przeprowadza transmitowany na żywo wywiad z ważną osobistością. W pewnym momencie w studiu pojawia się tajemnicza wiązka gazu. Snuje się po podłodze niczym wąż, by po chwili gwałtownie wedrzeć się przez usta rozmówcy. Płuca mężczyzny błyskawicznie wypełnia nieznana substancja, a jego ciało zaczyna nienaturalnie pęcznieć, aż unosi się w powietrzu niczym balon. Po kilku sekundach agonii człowiek eksploduje. Splamiona krwią dziennikarka nie może uwierzyć w sposób, w jaki zakończyła się ta rozmowa. Podobnie zresztą jak reszta społeczeństwa, która z przerażeniem śledzi całe wydarzenie za pośrednictwem telewizyjnej transmisji.
Tak jak bohater, którego cielesność, a poniekąd także człowieczeństwo, pozostają niejednoznaczne i trudne do zdefiniowania, tak również serial przez większość z ośmiu odcinków wymyka się prostym klasyfikacjom. Sam tytuł przywołuje skojarzenia z kinem klasy B i pod tym względem trudno czuć rozczarowanie. Wszystko zostało tu utkane z wyraźnym przymrużeniem oka, również pod względem realizacyjnym. Jeśli jednak spodziewamy się historii o arcyłotrze terroryzującym pogrążone w mroku miasteczko i eliminującym kolejne ofiary niczym pionki na szachownicy, szybko trafimy w ślepy zaułek. Owszem, śmierci równie osobliwych jak ta z otwierającej sceny będzie tu jeszcze kilka, lecz gdy tylko przyjrzymy się motywacjom zabójcy, okaże się, że twórcy prowadzą nas w zupełnie innym kierunku. To przede wszystkim opowieść o relatywizmie moralnym.
Człowiek para
Poważniejszy, niż sugeruje tytuł
To, co bodaj najbardziej mnie zaskoczyło w przypadku Człowieka pary, to fakt, że jest to opowieść całkowicie na serio. Nie żaden żart ani satyra, lecz dramat o kryminalnym zapleczu, napędzany elementami fantastyki naukowej. Ta nie służy wyłącznie widowiskowym efektom, lecz stanowi fundament całej historii i nadaje sens działaniom bohaterów. Motyw paliwa z czasem nabiera zupełnie nowego znaczenia, stając się jednym z filarów motywacji tytułowej postaci. To właśnie on napędza pragnienie zemsty bohatera, który powraca, by ostatecznie rozprawić się z mrocznymi sekretami Białego Ośrodka.
W historii bierze udział wspominana już dziennikarka, a także prowadzący śledztwo detektyw. Jest nawet youtuber, którego działalność Człowieka pary intryguje na tyle mocno, że postanawia rozpocząć własne dochodzenie. Po przeciwnej stronie stoją gangsterzy i inni przedstawiciele miejskiego podziemia. Pytanie brzmi jednak: komu tak naprawdę służy tytułowy bohater i kto jest prawdziwym celem jego zemsty?
Człowiek para
Netflix przypomniał o zapomnianym filmie Ishirō Hondy
Za produkcję serialu odpowiada legendarna japońska wytwórnia Toho – studio, które przez dekady budowało swoją pozycję dzięki filmom o Godzilli i innych kaiju. Co ciekawe, Człowiek para jest remakiem filmu z 1960 roku o tym samym tytule, wyreżyserowanego przez Ishirō Hondę. To postać wręcz ikoniczna dla Toho – twórca pierwszej Godzilli, reżyser ośmiu filmów z udziałem słynnego potwora oraz wielu innych klasyków japońskiego kina science fiction.
Na tle jego imponującego dorobku pierwotny Człowiek para pozostaje jednak raczej przypisem niż dziełem, które na trwałe zapisało się w historii kina. Powstał pomiędzy kolejnymi odsłonami Godzilli i z czasem popadł w zapomnienie. Dopiero Netflix postanowił tchnąć w ten pomysł nowe życie. Co istotne, oba dzieła różnią się podejściem do opowiadanej historii. Honda postawił na zwartą opowieść o detektywie prowadzącym śledztwo w sprawie tajemniczego zabójcy. Twórcy serialu znacznie poszerzyli tę formułę, rozbudowując fabułę o liczne wątki i nowych bohaterów. To decyzja, która przynosi zarówno wymierne korzyści, jak i problemy.
Ambicje większe niż tempo opowieści
Największą konsekwencją gatunkowej niejednoznaczności jest sposób prowadzenia narracji. Jest tu miejsce na ckliwe dramaty i podniosłe momenty, ale też sceny rodem z kina grozy, które bardzo szybko zostają przełamane charakterystycznym dla Japończyków, bezpośrednim humorem skutecznie rozładowującym napięcie. Człowiek para pozostaje jednak produkcją nierówną – zarówno pod względem narracji, jak i tempa opowieści.
Doceniam, że niemal każdy odcinek przynosi jakiś zwrot akcji. Scenariusz konsekwentnie przypomina, że choć zdążyliśmy już oswoić się z rolą konkretnej postaci, wcale nie oznacza to, że nie skrywa ona tajemnicy, którą interwencja Człowieka pary za moment brutalnie obnaży. Problem w tym, że serial chwilami popada w przesadny, wręcz egzaltowany dramatyzm. Na domiar złego, prócz rozwijanej powoli i bardzo czytelnie intrygi, stosunkowo niewiele się tu dzieje, a naprawdę widowiskowe sceny akcji można policzyć na palcach jednej ręki. Już oryginał z 1960 roku miewał problemy z tempem, lecz tam zamykało się to w pełnometrażowej formule. Tutaj tę samą historię rozciągnięto do ośmiu odcinków, przez co nie brakuje przestojów i scen sprawiających wrażenie wypełnionych – nomen omen – zbędnym gazem.
To, czego scenariuszowi nie zawsze udaje się obronić, twórcy nadrabiają realizacją. Bardzo spodobała mi się praca kamery, która płynnie dostosowuje się do charakteru poszczególnych scen. W bardziej intymnych momentach pozostaje spokojna i skupiona na bohaterach, by w scenach akcji bez wahania nabrać dynamiki. Nie brakuje jej przy tym filmowej finezji.
GramTV przedstawia:
W jednej ze scen, gdy protagonista rozprawia się z grupą gangsterów, kamera nie śledzi samej bójki, lecz koncentruje się na cieniach walczących odbijających się na murze. Takich subtelnych ukłonów w stronę dawnego kina jest znacznie więcej. Trudno mieć również zastrzeżenia do efektów specjalnych, choć największe wrażenie zrobiła na mnie muzyka. Główny motyw przewijający się pomiędzy scenami wyraźnie odwołuje się do estetyki kina science fiction lat 60. i znakomicie buduje atmosferę tajemnicy. Najmniej wyróżnia się scenografia, ale nawet ona skrywa kilka smaczków, które dostrzegą przede wszystkim widzowie gotowi choć na chwilę oderwać uwagę od dialogów.
Człowiek para
Frankenstein, Terminator i japońskie duchy
W tym gazie stanowiącym główną substancję Człowieka pary można doszukać się sporej liczby ukłonów w stronę poprzedników. Najbardziej oczywistym wydaje się Frankenstein. Tytułowy bohater, podobnie jak monstrum wykreowane przez Mary Shelley, nie rodzi się potworem. Zostaje nim uczyniony przez człowieka. Jest efektem eksperymentów, ludzkiej pychy i przekonania, że nauka może bezkarnie przekraczać kolejne granice. Paradoks polega na tym, że choć zabija, trudno odmówić mu moralnych racji. Jego ofiarami padają ludzie odpowiedzialni za stworzenie piekła, z którego sam się narodził.
Da się również wychwycić subtelne echo Terminatora. Człowiek para, podobnie jak kultowy cyborg, pojawia się nagi niczym istota przybyła z innego porządku, po czym rozpoczyna bezwzględne polowanie na wyznaczone cele. To jednak wyłącznie wizualny ukłon. Tam, gdzie Terminator był bezduszną maszyną wykonującą rozkazy, bohater serialu kieruje się bólem, pamięcią i pragnieniem odwetu. Tytułowy bohater ma pod tym względem sporo z Mr. Freeza z galerii sław świata Batmana, bo to także ktoś, kogo zło się rozmywa, gdy zaczyna opowiadać o swojej traumie.
Japońscy twórcy od lat chętnie sięgają również po motyw mściciela. W klasycznych horrorach duchy powracają nie po to, by bezmyślnie zabijać, lecz by wymierzyć sprawiedliwość swoim oprawcom. Człowiek para wydaje się współczesnym wariantem takiej zjawy. Nie nawiedza świata żywych jako demon, lecz jako człowiek przemieniony przez naukę, którego gniew wyrósł z niewyobrażalnej krzywdy.
Człowiek para
Więcej niż kino science fiction
Pod powierzchnią tej historii wybrzmiewają również echa znacznie poważniejszych doświadczeń. Trudno nie dostrzec nawiązań do wojennych tragedii XX wieku – od eksperymentów prowadzonych na ludziach po uprzedmiotowienie człowieka sprowadzonego do roli surowca. To motywy głęboko zakorzenione w japońskiej kulturze, która po II wojnie światowej wielokrotnie wykorzystywała fantastykę naukową do opowiadania o traumie, odpowiedzialności i konsekwencjach przekonania, że postęp usprawiedliwia każdą cenę.
Nieprzypadkowo równie istotną rolę odgrywają tu media, które nie są jedynie biernym obserwatorem wydarzeń, lecz jednym z filarów opowieści. To właśnie za ich pośrednictwem społeczeństwo poznaje kolejne zbrodnie, a serial zadaje pytanie nie tylko o odpowiedzialność sprawców, lecz także o odpowiedzialność tych, którzy kształtują publiczną narrację. W tym aspekcie Człowiek para pozostaje wierny tradycji Toho, dla której katastrofa od zawsze była równie mocno historią o potworach, co o ludziach próbujących zrozumieć, opowiedzieć i oswoić tragedię.
Jestem zaskoczony tym, w jakim kierunku potoczyła się moja własna wypowiedź i do jak szerokiego spektrum wniosków zachęcił mnie serial, który już samym tytułem komunikuje raczej coś, czego nie należy brać na poważnie. Doświadczenia z serią o Godzilli uzbroiły mnie jednak w przekonanie, że Japończycy nawet wtedy, gdy pozwalają sobie na odrobinę ironii, niemal zawsze mają coś wartościowego do przekazania. Wykorzystują do tego wiele pozornie odległych od siebie motywów – od kina grozy, przez science fiction, po dramat społeczny – i ostatecznie sprawiają, że choć jeden z nich trafia w sedno. Tak jest również w przypadku Człowieka pary.
7,0
Nie dajcie się zwieść tytułowi. Człowiek para ma w sobie sporo "pary", tej emocjonalnej, ale także tej wynikającej z wartościowego przesłania
Plusy
Zaskakująco dojrzała historia o moralności, zemście i odpowiedzialności, ukryta pod płaszczykiem pulpy
Świetna realizacja – pomysłowa praca kamery, klimatyczna muzyka i liczne ukłony w stronę klasycznego japońskiego kina science fiction (i nie tylko)
Umiejętne łączenie skrajnie różnych gatunków sprawia, że serial równie dobrze działa jako absurdalne widowisko, kryminał i dramat społeczny
Ciekawa, enigmatyczna postać tutułowego antagonisty
Minusy
Nierówne tempo narracji sprawia, że ośmioodcinkowa historia cierpi na wyraźne przestoje i momentami niepotrzebnie się dłuży.
Przesadny dramatyzm niektórych scen oraz niewielka liczba widowiskowych sekwencji akcji mogą rozczarować widzów oczekujących bardziej dynamicznego thrillera science fiction
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!