Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie marzył o tym, by móc zatrzymać czas. Sprawić, by wszystko – poza nami – zastygło w miejscu.
W prawdziwym życiu nie jest to możliwe, ale od czego są gry? Ascend to ZERO to produkcja południowokoreańskiego Flyway Games, powstała przy współpracy z firmą KRAFTON. Ten niepozorny tytuł może przy odpowiednich warunkach przykuć was do monitora na wieleset godzin. No chyba że nie lubujecie się w roguelite’ach – wtedy raczej nie znajdziecie tutaj nic dla siebie.
Ascend to ZERO
Rok 2225 nie jest najlepszym dla ludzkości
Jest rok 2225. Świat, który znamy obecnie, przestał istnieć już dawno, zniszczony przez inwazję potężnych maszyn. Wydaje się, że los ludzkości został przesądzony, a Ziemią na zawsze zawładnął zupełnie nowy gatunek. Ale jest jeszcze nadzieja – to my. Jako ostatni ocalały z masakry cofamy się w czasie, by zapobiec katastrofie i napisać historię na nowo. Tak, by rzeczy, które doprowadziły do, co tu kryć, mało przyjemnego zwieńczenia ludzkiej historii, nigdy się nie wydarzyły. Nie będzie to jednak zadanie łatwe. I nie chodzi nawet o to, że przed nami ogrom wyzwania oraz liczni potężni przeciwnicy. Nie mamy bowiem zbyt wiele czasu na to, by tracić czas.
Ascend to ZERO
I to dosłownie! Bo chociaż faktycznie przenieśliśmy się w przeszłość, to ograniczenia techniczne pozwalają nam pozostać w rzeczonej przeszłości jedynie na 30 sekund. Niezbyt to wiele jak na konieczność zmiany biegu rzeczy, prawda? Na szczęście możemy nieco nagiąć zasady i zrobić z tych 30 sekund o wiele więcej. Moc zatrzymywania czasu pozwala nam bowiem sunąć przed siebie, podczas gdy większość (bo nie wszyscy, o czym później) oponentów zastygnie w rozpaczliwej próbie przełamania naszej obrony. To daje nam o wiele większe możliwości i sprawia, że daną nam chwilę możemy wykorzystać aż nadto – tak, jakbyśmy mieli całe minuty albo nawet kilkanaście minut.
Od zera do time killera
Jak to często w tytułach roguelite bywa, nasz awatar w Ascend to ZERO jest goły i wesoły. Dopiero wraz z kolejnymi runami będziemy zarówno rozwijać naszą postać, jak i odblokowywać sobie dodatkowe możliwości. W trakcie pierwszych rozgrywek uda nam się bowiem uratować kilka osób, które następnie przeniosą się do naszej bazy w teraźniejszości. To tam będziemy podnosić nasze statystyki, kupować nowe wyposażenie czy też wpływać na maszynę czasu, by np. na starcie podwyższyła nasz poziom lub też dała nam więcej sekund. To również tutaj możemy przełączać się między już zdobytymi umiejętnościami permanentnymi czy nawet dostępnymi bohaterami.
Ascend to ZERO
Notabene każdego z bohaterów oraz każdą z umiejętności również można ulepszać. W tym pierwszym wypadku mamy np. Chrono Child, które zadaje obrażenia wrażym zastępom w okolicy podczas zwalniania płynącego czasu. Z kolei Scarlet Pirate, gdy wszystko przestaje stać w bezruchu, wystrzeliwuje kilka bomb, które ranią wrogów na określonym obszarze. Co zaś się tyczy wspomnianych skilli, to jest i coś na wzór dzidy laserowej (fani Kapitana Bomby docenią), i ogromny zrzucany z góry kamień, a nawet możliwość odskoku od niemilca przy jednoczesnym zadaniu mu poważnych ran. Wszystko po to, byśmy jak najlepiej dopasowali wrażenia z zabawy do naszych upodobań.
Witajcie w piekle. Piekle pocisków
Pomóc nam podczas potyczek mogą też elementy wyposażenia. Nasz awatar ma aż 10 dostępnych slotów na urządzenia oraz 6 na bronie, a do tego po jednym na pancerz oraz… zwierzaczka. Niemniej nie wszystkie miejsca dostępne są od razu – większość z nich musimy odblokować w toku rozgrywki. Rzeczone przedmioty podzielone są zarówno pod kątem koloru (a więc poziomu), jak i jakości, a do tego dają różne efekty, boostujące nasze statystyki. Ba, jeżeli skompletujemy kilka itemów z tej samej kolekcji możemy nawet zyskać dodatkowe bonusy. A na dodatek przedmioty czy bronie długo- oraz krótkodystansowe możemy jeszcze ulepszać u odpowiedniej osoby w naszej bazie.
Ascend to ZERO
GramTV przedstawia:
Gdy już to wszystko ogarniemy, ruszamy wreszcie do walki z przeznaczeniem. Tutaj na jaw wychodzi też drugie oblicze Ascend to ZERO – bullet hell. Starcia na kolejnych arenach są bowiem typowym piekłem pocisków – szczególnie że oponentów jest zazwyczaj znacznie więcej niż mniej. Jednak naszym zadaniem jest jedynie omijanie wrażych pocisków i ciosów oraz odpowiednie manipulowanie czasem, bo nasze bronie namierzają i atakują automatycznie. Po każdym pokonanym bossie czy minibossie dostajemy nowe umiejętności, które np. mogą zwiększyć zakres posiadanego czasu, zboostować konkretny typ zadawanych przez nas obrażeń albo np. przyspieszyć upływ sekund, dając nam w zamian inne bonusy.
Ulepszenia, więcej ulepszeń
Z pokonanych wrogów wypadają też kuleczki doświadczenia oraz życia, które odpowiednio zwiększają nasz poziom oraz uzupełniają braki w stanie naszego zdrowia. Na późniejszym etapie gry, gdy nasza postać jest już mocniej wyfarmiona, początkowe etapy będą nierzadko służyły tylko do zwiększania EXP-a oraz łapania nowych przedmiotów czy boosterów. Z doświadczenia wiem, że przez dwa początkowe światy na późniejszym etapie gry można przelecieć wręcz błyskawicznie, bo będziemy zwyczajnie za mocni. No chyba że postawimy na tzw. Multidimensional Mode, w ramach którego nagrody będą zdecydowanie większe, ale i przeciwnicy odczuwalnie silniejsi.
Ascend to ZERO
W sumie mamy do dyspozycji cztery światy, a każdy z nich nieco różni się od innych. Początkowa baza ma charakter mocno korytarzowy. Potem, gdy udamy się na piaszczystą powierzchnię, mamy już możliwość wyboru ścieżki, a więc i otrzymanej w zamian nagrody. W kanałach trzeba uważać na poziom zatrucia, który, jeżeli się zagapimy, może mocno utrudnić nam życie. No i wreszcie trafiamy do finałowej areny upływającego czasu, gdzie nie ma już miejsca na farmienie na mobach. Tutaj czekają na nas już tylko wymagający bossowie, a na koniec główny przeciwnik, czyli potężny Mimesis. Którego zresztą będziemy musieli pokonać wielokrotnie, co też jest typowe dla gatunku.
Dobre w krótkich sesjach, gorsze w długich
Pierwsze zderzenie z Ascend to ZERO jest bardzo przyjemne i potem, jeżeli odpowiednio dawkujemy sobie rozgrywkę, takie pozostaje. Gorzej, jeżeli decydujemy się na dłuższe sesje. Wtedy może wkraść się monotonia, bo Flyway Games to nie The Binding of Isaac – tutaj nie ma milionów kombinacji i nie trzeba wcale zbyt wiele czasu, by zapoznać się ze wszystkim, co gra dla nas przygotowała. W efekcie np. przy trzech czy czterech runach z rzędu możemy mieć wrażenie, że de facto robimy ciągle to samo. Na dodatek produkcja przeplata nam momenty, gdy czujemy się wręcz nazbyt potężni z tymi, gdy mamy wrażenie, iż byle wypierdek zdejmuje nas jednym ciosem. Brak tutaj faktycznego balansu, a więcej skokowych zmian.
Ascend to ZERO
Inny mankament to wspomniane bullet hell. Gatunek ten rządzi się swoimi prawami, jak np. tym, że bywają momenty, iż nasza widoczność jest skrajnie ograniczona przez natłok wszelkiego rodzaju pocisków, laserów czy wybuchów. Ascend to ZERO również nie jest od tego wolne, a połączenie kamery w rzucie izometrycznym oraz zatrzymywania czasu w dowolnym momencie sprawia, iż ten chaos jest jeszcze większy. Dlatego też nie brakowało sytuacji, gdy trudno było się połapać w tym, co właściwie dzieje się na ekranie. Szczególnie finałowy boss to prawdziwy natłok efektów, przez co walka z nim nierzadko przybiera postać chaotycznego biegania naokoło w nadziei, że jego pasek zdrowia spadnie szybciej niż nasz.
Poświęć 30 sekund na Ascend to ZERO
Czy pomimo tych wad polecam Ascend to ZERO? Jak najbardziej. To gra, która może dać wam dziesiątki godzin bardzo przyjemnej zabawy, a konieczność (i możliwość) odblokowywania nowych rzeczy po praktycznie każdym runie przyjemnie karmi dopaminowy głód. Jest to tytuł niepozbawiony pomniejszych wad i nieco ubogi w zawartość jak na gatunek roguelite, ale stanowi świetną podstawę do ewentualnej rozbudowy. Element zatrzymywania i uruchamiania czasu nadaje wszystkiemu świeżości, a jednocześnie na wyższych poziomach zwiększa aspekt strategiczny. A to wszystko za zaledwie 32 zł na Steamie lub 55 zł w XBOX Store. Z mojej perspektywy jak najbardziej się to opłaca.
8,0
Ascend to ZERO umiejętnie łączy ze sobą gatunki roguelite oraz bullet hell. Idealna opcja na krótkie, relaksujące posiedzenia, gwarantująca wystrzały dopaminy.
Plusy
interesujące połączenie gatunków
mechanika manipulowania czasem robi robotę
stylistyka przywodząca na myśl anime
dynamiczna rozgrywka i równie dynamiczna muzyka
mamy stałe poczucie progresu po każdym runie
idealna pod krótkie sesje, gdy nie mamy zbyt wiele czasu
Minusy
przy dłuższych posiedzeniach może wkraść się schematyzm
mała różnorodność przeciwników
duże skoki poziomu trudności – szybko robi się za łatwo, a potem nagle okazujemy się skrajnie słabi
Absolwent dziennikarstwa sportowego na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pasjonat esportu, piłki nożnej i polityki. Od 2026 roku redaktor Gram.pl.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!