Recenzja

Recenzja gry Need for Speed: Heat, która złapała gumę i nie ma koła zapasowego

Adam "Harpen" Berlik, 08.11.2019 09:45 3

Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Need for Speed: Heat najzwyczajniej w świecie stanowi rozwinięcie pomysłów z Need for Speed: Payback?

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Electronic Arts przeglądając recenzje i opinie graczy (a robi to z pewnością, o czym przekonacie się w dalszej części tekstu) idzie w zaparte, serwując nam kolejną odsłonę serii Need for Speed w klimatach, które sprawiły, że wiele osób odbiło się od Payback. Nie liczę na to, że kiedyś dane będzie mi zagrać w Need for Speed: Underground 3, ale chciałbym zobaczyć chociaż jego duchowego następcę. Z drugiej strony nie oznacza to, że Need for Speed: Heat trzeba skreślić już na starcie, bo mimo wszystko studio Ghost Games nie tylko wyeliminowało mikropłatności i losowe karty Speed, czyli największy problem, jaki towarzyszył nam podczas rozgrywki w Need for Speed: Payback, ale również dodało ciekawy element, który sprawia, że Need for Speed: Heat mógłby być naprawdę świetną grą.

Need for Speed: Heat w pewnym sensie budzi skojarzenia z fenomenalnym Dying Light, bo nowa odsłona kultowej serii gier wyścigowych oferuje cykl dnia i nocy. Nie musimy jednak sami czekać na to aż zrobi się ciemno, bowiem w menu gry ręcznie zmienimy porę dnia. W dzień weźmiemy udział w legalnych wyścigach, by zarabiać pieniądze, które wydamy na zakup części do naszego auta, tym samym modyfikując jego osiągi. Nie działa to jednak tak, jak w Need for Speed: Payback, bo w Need for Speed: Heat sami wybieramy, jakie elementy pojazdu zamierzamy ulepszyć. Identycznie jak w poprzedniczce, przed każdym wyścigiem należy sprawdzić, jaki poziom samochodu jest wymagany do wzięcia udziału w zawodach i porównać go z levelem swojego pojazdu. Trudno jednak powiedzieć, żeby Need for Speed: Heat wymagał grindowania. Nie zmienia to jednak faktu, że chcąc odblokować poszczególne misje fabularne i zadania poboczne należy wpierw ukończyć szereg różnych wyścigów.

Za udział w poszczególnych zawodach rozgrywanych po zmroku nie otrzymujemy gratyfikacji finansowych, ale specjalne punkty reputacji, dzięki którym awansujemy na kolejne poziomy doświadczenia (chcąc pozyskać je szybciej warto drażnić gliniarzy i zwiększać swój poziom Heat, który stanowi odpowiednik gwiazdek policji z Grand Theft Auto). W ten sposób odblokujemy nowe zadania fabularne, a także możliwość kupienia nowych samochodów i części do tuningu. Nie będzie to jednak łatwe, bo gonić nas będzie policja (za dnia stróże prawa także jeżdżą po mieście, ale nie interweniują). Nie dziwota, w końcu uczestniczymy w nielegalnych wyścigach nocnych, a do walki z przestępczością została powołana specjalna ekipa. W związku z tym, niczym we wspomnianym Dying Light, trzeba cały czas mieć się na baczności. O ile na niskim poziomie trudności gliniarze praktycznie sami rozwalają się o inne samochody, o tyle na średnim, nie wspominając już o wysokim, bywają strasznie natrętni. Możemy się ich pozbyć na różne sposoby – eliminując poprzez kilkukrotne wjechanie w radiowóz lub też korzystając z pozyskanych w toku kampanii gadżetów.

Need for Speed: Heat nie powraca do ziomowych klimatów z wydanego w 2015 roku Need for Speeda, ale nadal mamy do czynienia z mocno przerysowanymi postaciami i strasznie infantylną historią. Akcja rozgrywa się na terenie Palm City (nazwa zobowiązuje, więc jest to takie trochę Miami), a naszym zadaniem – w pierwszej kolejności – jest udowodnienie swoich umiejętności w rozmaitych zawodach (klasyczne wyścigi, próby czasowe, drifty...). Tylko w ten sposób uda nam się dostać do Ligi, której członkowie dysponują znacznie lepszymi samochodami i częściami do modyfikowania osiągów poszczególnych aut. Wszystko po to, by na końcu stać się mistrzem kierownicy… Scenariusz jest ewidentnie dodany na siłę, chociaż nie ukrywam, że momentami przebieg zdarzeń bywa nieco zaskakujący. Szybko przestałem się przejmować losami postaci i skupiłem się wyłącznie na tym, co w Need for Speed: Heat najlepsze, czyli rozgrywaniu wyścigów.

Wspomniałem już, że poza misjami głównymi w Need for Speed: Heat dostępne są także zadania poboczne. Bardzo często zdarza się jednak, że etapy powiązane z opowieścią w istocie są… Sam nie wiem. Po dotarciu do znacznika następuje krótka wymiana zdań o niczym, a następnie jedziecie za NPC do miejsca docelowego, by rozpocząć wyścig, który oczywiście musicie wygrać. Po dotarciu na metę uruchamia się kilkusekundowy przerywnik filmowy i właściwie to tyle… Momentów, w których gra bardziej skupia się na historii jest tak naprawdę niewiele. Ale może to i lepiej, skoro zdaniem wielu, fabuła i gra wyścigowa pasują do siebie jak pięść do nosa?

Kiedy jednak zapomnimy o dedykowanej nie wiadomo komu historii i zaczniemy eksplorować miasto zauważymy, że Palm City jest wyjątkowo opustoszałym miejscem. To już w Driver: San Francisco z 2011 roku mieliśmy do czynienia z tętniącą życiem metropolią (a właśnie, przy okazji niech Ghost Games podpatrzy od Ubisoftu jak można zrobić ciekawą opowieść w grze wyścigowej, bo w tamtym Driverze to właśnie historia zatrzymała mnie przed ekranem do samego końca), gdzie po chodnikach przechadzali się ludzie, natomiast ulicami jeździło całkiem sporo różnorodnych samochodów, natomiast w recenzowanej produkcji cóż… No czasem coś tam nas minie… Chyba tylko na lotnisku w Radomiu mają mniejszy ruch.

Skoro już o ruchu mowa, to warto zaznaczyć, że w Need for Speed: Heat – o ironio – nie miałem poczucia prędkości… Nawet jeśli widziałem na liczniku, że moje auto 300 kilometrów na godzinę, to tak naprawdę zachowywało się, jakby starało się nie przekraczać dozwolonej szybkości na drodze ekspresowej. Cóż więcej mogę dodać – nie tak to powinno wyglądać, prawda?

Każdy spośród blisko 130 samochodów prowadzi się zupełnie inaczej. Co ciekawe również, mimo zręcznościowego modelu jazdy można odczuć każdą, nawet najmniejszą zmianę części. Dlatego też Need for Speed: Heat, mimo wielu nieprzebaczalnych wad, potrafi wciągnąć, bo zdajemy sobie sprawę, że nie odblokowujemy wyłącznie nowych skórek pojazdów, ale faktycznie kolejne, coraz potężniejsze auta. Wszyscy, którzy lubią grzebać po maską wirtualnego samochodu powinni być ukontentowani.

Need for Speed: Heat oferuje także multiplayer, ale samą kampanię można przejść w trybie offline. Podobnie jak w DriveClubie, dołączamy do ekipy (zwanej tutaj po prostu Crew) liczącej maksymalnie 32 członków. Początkowo jest nam ona przydzielana losowo, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by dołączyć do innej drużyny lub założyć własną. Wszystkie punkty zdobywamy indywidualnie, ale wpadają one na wspólne konto zespołu, w efekcie czego każdy, kto do niego należy, może zyskać liczne przywileje, w tym oczywiście szybsze nabijanie kasy czy punktów reputacji. Ponadto z czasem odblokowujemy także Crew Time Trials, czyli specjalne próby czasowe, dzięki którym możemy rywalizować z innymi osobami z naszej ekipy.  

Podczas rozgrywki w Need for Speed: Heat miałem ochotę rozgrywać kolejne zawody, by z czasem móc przejechać się tymi najlepszymi pojazdami, ale do zabawy skutecznie zniechęcały mniej wyżej wymienione wady produkcji. Trudne do przełknięcia dialogi, ubogie w detale miasto czy też kiepsko dobrana muzyka (jakby ktoś kablem…) spowodowały, że Need for Speed: Heat w moim odczuciu wypada jeszcze gorzej niż Need for Speed: Payback. To, że poszczególne auta zostały fenomenalnie wykonane, a system tuningu i osiągania postępów w kampanii nie budzi tak negatywnych odczuć jak ten z poprzedniej odsłony to trochę za mało, by móc z czystym sumieniem powiedzieć – tak, zagrajcie w Need for Speed: Heat.

Need for Speed: Heat

  • świetnie wykonane modele samochodów
  • dobrze zrealizowany model jazdy
  • system osiągania postępów w kampanii
  • rozgrywka podzielona na dzień i noc
  • przyzwoita oprawa graficzna
  • brak poczucia prędkości
  • fabuła? na co to komu?
  • tragicznie napisane dialogi
  • opustoszałe miasto
  • sporo misji zrobionych „na jedno kopyto”
  • kiepska muzyka
Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził 6.0
najnowsze