Popkultura

Recenzja Parasite, znakomicie przyjętego koreańskiego filmu totalnego

Kamil Ostrowski, 26.09.2019 13:20 2

Niepokorna, nie mająca wiele do stracenia rodzinka dzięki zbiegowi okoliczności znajduje zatrudnienie u małżeństwa młodych bogaczy. Co może pójść źle?

Parasite to jedna z najgorętszych koreańskich produkcji tego roku. Złota Palma w Cannes, uznanie ze strony krytyków na całym świecie, ze średnią ocen w serwisie Metacritic na poziomie 92/100. Jednakże jako wielki sceptyk współczesnego dziennikarstwa filmowego (i tak, widzę ironię w tym, że piszę o tym w recenzji), pozostawałem raczej sceptyczny. Zasadniczo doceniam twórcę, wziętego koreańczyka Joon-ho Bonga za ciekawego Snowpiercera i nie najgorszego Potwora, ale na przykład Okja zwyczajnie mnie uśpiła. Jak to więc jest z Parasite?

Historię przedstawioną poznajemy z perspektywy zabiedzonej, nieco nieudanej rodziny. Może brzydko to mówić, ale tę podstawową komórkę społeczną tworzą cwaniaczki z nizin społecznych, ze swoją względną moralnością i “jakośtobędzizmem” w kwestii podejścia do problemów życiowych. Ściemnianie to ich druga skóra, a jeżeli w grę wchodzi polepszenie swojego losu, to potrafią pozbyć się wszelkich oporów. Okazja trafia się, kiedy Gi-woo, syn małżeństwa stanowiącego trzon rodzinki, dostaje ofertę objęcia stanowiska korepetytora języka angielskiego dla córki bogatej parki, zajmującej ogromny, piękny dom w dzielnicy willowej. Stamtąd już prosta droga do tego, aby jego bliscy przyczepili się do nowych chlebodawców jak tytułowe pasożyty. Do “osadzenia” są jeszcze jego siostra i rodzice, dla których dobrze byłoby również znaleźć jakieś lukratywne zajęcie.

Co jest w Parasite najciekawsze, to jak reżyser sprawnie manipuluje odczuciami widza w stosunku do czwórki głównych bohaterów. Pierwotnie współczujemy im, kibicujemy, z czasem jesteśmy ich zachowaniem rozbawieni, żeby później wszystko to uległo znacznym modyfikacjom (często wielokrotnym i to we względnie krótkim czasie). Ostatecznie ciężko jest stwierdzić w jakim kierunku zmierza cała ta historia. Gdy zupełnie się już pogubimy Joon-ho Bong postanawia wykonać manewr charakterystyczny dla całego wschodnioazjatyckiego kina - wprowadza do opowieści elementy tak absurdalne, że wywraca całość do góry nogami po raz kolejny, tym razem tak solidnie, żeby widz zbierał szczękę z podłogi.

Jednocześnie trudno zliczyć kwestie, jakie podnosi Parasite, podobnie jak ciężko nie być pod wrażeniem kalejdoskopiczności stylów i umiejętności operowania nimi, prezentowanych przez twórcę. Film najłatwiej zakwalifikować jako dramat, ale pojawiają się w nim również elementy komedii czy thrillera. Przede wszystkim zaś widz odczuwa podczas trwania seansu pełen wachlarz emocji: przez wzburzenie, ciekawość, rozbawienie po irytację, złość czy zdziwienie. Reżyser zadaje również kilka ważnych pytań: zarówno o kondycję człowieka, w tym człowieka w kapitalizmie, jak i podziałów klasowych, relatywizacji moralności, podstaw do wydawania osądów i tak dalej. To naprawdę wielopłaszczyznowy film.

Film, który zyskuje również na znakomitym aktorstwie. Świetnie radzi sobie Kang-ho Song grający Gi-taeka (znany między innymi z genialnego Pana Zemsty) z którym reżyser współpracował już wielokrotnie. Na czoło wybija się również So-dam Park, do tej pory umiarkowanie znana, którą jednak bez wątpienia czeka świetlana przyszłość. Pozostali aktorzy również dają radę - ciężko wskazać chociażby jedną słabą kreację.

Nagrody i uznanie jakim został obdarzony Parasite są ze wszech miar zasłużone. Jeżeli macie tylko taką możliwość (filmu nie grają we wszystkich miastach), to film jest wart poświęcenia nieco ponad dwóch godzin. To kawał solidnego kina i to na wielu płaszczyznach.

https://www.youtube.com/watch?v=VSWwxXxerNI

Komu spodoba się Parasite? Wszystkim, którzy doceniają wielowątkowe, ambitne kino, atrakcyjne zarówno w pierwszy, jak i drugi rzut oka. Nie ma tutaj zbyt natrętnego “wschodnizmu”, co sprawia, że obraz pozostaje również dla Polaków, względnie łatwy w odbiorze.
 

najnowsze