Popkultura

Pora schować zabawki do szafy: recenzja Toy Story 4

Piotr Nowacki, 05.09.2019 16:30 0

Czy naprawdę potrzebowaliśmy czwartej części Toy Story?

Kiedy obejrzałem Toy Story 2 byłem przekonany, że historia zabawek Andy’ego została idealnie zakończona i jakakolwiek kontynuacja będzie zbędna, ba, będzie w stanie tylko zepsuć idealny finał. Jednak 11 lat później ukazało się Toy Story 3 – i okazało się, że byłem zmuszony odszczekać swoje słowa. Trzecia część okazała się być doskonałym filmem, być może nawet najlepszą odsłoną serii, ale ponownie byłem zdania, że kontynuowanie jej byłoby błędem. Czy “czwórka” również zmusiła mnie do zrewidowania tego poglądu? Nie do końca. Ale zacznijmy od początku.Toy Story 4 zaczyna się od retrospekcji, która wyjaśnia, dlaczego pasterka Bo Peep – wcześniejszy obiekt uczuć szeryfa Chudego – była nieobecna w trzeciej części serii. Okazało się, że 9 lat wcześniej siostra Andy’ego, Molly, oddawała stare zabawki, którymi już nie była zainteresowana. Szeryf został postawiony przed trudnym wyborem: albo zostać dalej “na służbie” u Andy’ego, albo wyruszyć do nowego, nieznanego domu razem z wybranką swojego serca – wtedy jednak przeważyła wierność wobec Andy’ego. Jednak Chudy niespodziewanie dostał drugą szansę, kiedy podczas campingu ze swoją nową właścicielką, Bonnie, ponownie spotkał Bo Peep…

 

 

Mimo tego, że to jest już czwarta pełnometrażowa odsłona Toy Story, Pixarowi udało się w dużej mierze uniknąć odgrzewania kotletów. W dużej mierze jest to zasługa mocnym przetasowaniom w obsadzie: przede wszystkim Buzz Astral i Jessie schodzą na dalszy plan, zaś ich miejsca zajmują Bo Peep i debiutujący w serii Sztuciek. Pasterka Bo w poprzednich filmach nie miała zbyt wiele osobowości, była tylko w zasadzie biernym obiektym uczuć szeryfa. Scenarzyści wykorzystali tę część, by zrehabilitować tę bohaterkę, dać jej własną motywację i osobowość. W przeciwieństwie do Chudego, Bo wzięła życie we własne ręce i zamiast służyć dzieciom wybrała wolność, uciekając z antykwariatu, do którego trafiła po tym, jak została porzucona przez ostatnią właścicielkę. Być może Bo Peep wpada częściowo w sztampę nowoczesnej, rezolutnej i niezależnej bohaterki, która w kaszę sobie dmuchać nie daje, ale nie zmienia to faktu, że w swojej nowej odsłonie kipi charyzmą i zdecydowanie przyjemniej się ją ogląda niż dawną, bierną Bo.

Inni nowicjusze nie ustępują Bo. Z początku Sztuciek wydaje się być jedynie pretekstem do serii, szczerze mówiąc, dość mrocznych żartów. Ta zabawka zrobiona przez Bonnie ze śmieci – widelca, patyczka do lodów i fajkowego wyciora – wcale zabawką się nie czuje. Sztuciek wciąż czuje przynależność do śmieci i przy każdej możliwej okazji w iście samobójczym pędzie rzuca się ku najbliższemu koszowi. Chudemu zaś przypada obowiązek, by nie dopuścić do sztućkowej autodestrukcji – a przy okazji jest to pretekst, by pokazać go w nowej, ojcowskiej roli.

 

 

Nieźle wypadła też nowa czarna charakterka. Gabbie Gabbie to lalka z lat 50., która twardą ręką rządzi antykwariatem w którym, przed jej wielką ucieczką, mieszkała również Bo Peep. Celem Gabbie jest odebranie Woody’emu mechanizmu, dzięki któremu może on mówić – jej własny mechanizm jest wadliwy, i w nim upatruje się przyczyny, dla której żadne dziecko nie chciało jej przygarnąć. Gabbie to świetnie napisana postać, która, w dużej mierze dzięki swoim niemym pomagierom, potrafi być autentycznie straszna, ale równocześnie można z nią łatwo sympatyzować. Problemem jest jednak fakt, że to kolejny, po Misiu Tulisiu z Toy Story 3 czarny charakter, którego potrzeba przynależności i bycia kochanym popycha do niemoralnych czynów.

I nie tylko w tym aspekcie czuć sequelozę w Toy Story 4. Moim zdaniem jedną z rzeczy, które stanowią o sile filmów Disneya i Pixara to na ogół świetnie zarysowany rozwój postaci. Bohaterowie tych filmów zawsze są dynamiczni, stawiani są przed wiarygodnymi dylematami, zawsze czuć, że przez te dwie godziny czegoś nauczyli się, zmienili się. Niestety, mam wrażenie, że w pogoni za sequelami twórcy musieli sprawić, że szeryf Chudy zapomniał kilku spośród lekcji, których się wcześniej nauczył. Nie jest to tak irytujące jak w wypadku Simpsonów, gdzie Homer po prawie 700 odcinkach wciąż co tydzień popełnia te same błędy, co nie zmienia faktu, że Toy Story 4 idzie szlakiem przetartym przez poprzednie części. Motyw strachu przed nowym, przed zmianami był przerabiany w tej serii wielokrotnie i fakt, że Chudy wciąż musi się uczyć ich akceptowania na swój sposób unieważnia drogę, którą przeszedł w poprzednich częściach.

 

 

Filmy Disneya i Pixara niezmiennie zachwycają stroną wizualną – i nie inaczej jest w wypadku Toy Story 4. Z pozoru może się wydawać, że przygody zabawek nie dają takich możliwość oszałamania widzów, jak na przykład wzburzone fale oceanów w Vaianie czy zimowe czary w Krainie lodu. Jednak twórcy Toy Story 4 znaleźli sposoby, by pokazać najnowsze osiągnięcia w animacji komputerowej. To, co najbardziej zwraca uwagę, to detale samych lalek – do perfekcji dopracowano faktury materiałów, z których ich stworzono. Najlepiej widać to w popisowej scenie we wnętrzu mieniącej się niezliczonymi kolorami szafy grającej, gdzie refleksy świetlne na twarzach bohaterów zachowują się inaczej w zależności od tego, czy zrobieni są z gumy, plastiku, czy porcelany. Prawdziwa uczta dla oczu.

Mimo tego, że czuć pewne zmęczenie materiału, Toy Story 4 to wciąż bardzo dobry, wręcz świetny film. Jednak nawet świetny film będzie odstawać na tle poprzedników, jeśli są one, tak jak właśnie trzy wcześniejsze części Toy Story, po prostu doskonałe. Mam nadzieję, że to już będzie naprawdę ostatnia część serii – i odnoszę wrażenie, że scenarzyści mają takie samo zdanie. Nie zdradzając zbyt wiele z wyciskającego łzy zakończenia powiem tylko tyle, że twórcy zrobili, co w ich mocy, by spalić za sobą wszystkie mosty i sprawić, by stworzenie kontynuacji było jak najtrudniejsze.

 

 

Wątpię jednak, że Disney pozwoli odejść tej serii w spokoju. W ostatnich latach Wielka Mysz wielokrotnie udowodniała, że pecunia non olet i chwytała się projektów, które trudno zaliczyć inaczej niż jako bezczelny skok na kasę, co najlepiej pokazały niedawne remake’i Alladyna i Króla lwa. Pozostaje się łudzić, że Disney tej marki nie zamęczy na śmierć.

Jeśli jesteście głodni kolejnych baśniowych opowieści, w sklepie sferis.pl znajdziecie takie tytuły, jak Ni No Kuni II czy Crash Bandicoot N. Sane Trilogy.

 

najnowsze