Popkultura

Szybcy i wściekli w wersji superbohaterskiej: recenzja filmu Hobbs & Shaw

Piotr Nowacki, 09.08.2019 08:00 3

Kreskówka z budżetem 200 milionów dolarów.

Wiele już zostało powiedziane na temat przemiany Szybkich i wściekłych z filmów o nielegalnych wyścigach i kradzieżach odtwarzaczy DVD w szpiegowskie superprodukcje, gdzie stawką jest uratowanie całego świata przed terrorystami. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo niedorzeczna stawała się akcja, kotwicą powstrzymującą te filmy od polecenia w stratosferę był Dom (Vin Diesel) – pomimo tego, że czasami sytuacja wymagała od niego walki z nuklearnymi łodziami podwodnymi czy skakania w samochodzie ze spadochronu, to wciąż pozostawał tym samym swojskim, poczciwym chłopem. Być może czasami ratował świat – ale dla niego i tym, co kochał najbardziej było spędzanie czasu z rodziną przy grillu, popijając (audycja może zawierać lokowanie produktu) piwo Corona.

 

 

Hobbs & Shaw porzuca Doma i jego la familia, a wraz z nimi ostatnie okruchy przyziemności, jakie pozostawały w serii Szybcy i wściekli. Zamiast złodzieja, którego okoliczności zmuszały do nadludzkich wyczynów, teraz akcja się skupia na dwóch Übermenschach – Deckard Shaw (Jason Statham) to dawny szpieg, a obecnie wożący się MacLarenami elitarny najemnik. Luke Hobbs (Dwayne Johnson) jest z kolei agentem federalnym USA, dla którego ratowanie świata to chleb powszedni. Odejście od resztek swojskości pozwoliło serii Szybcy i wściekli ostatecznie się puścić poręczy.

Intryga Hobbs & Shaw jest żywcem wziętą z filmów Johna Woo z jego amerykańskiego okresu. Brixton (Idris Elba) to cyborg (chociaż te słowa ani razu nie padają na ekranie) i członek terrorystycznej organizacji Eteon, której celem jest udoskonalanie gatunku ludzkiego – a środkiem do tego celu ma być eliminacja najsłabszych osobników. W tym eugenicznym marzeniu ma im pomóc niezwykle śmiercionośny wirus, który namierza ofiary na podstawie ich DNA i powoduje, że wszystkie organy wewnętrzne zarażonego dosłownie się rozpływają. Plan jego wykradzenia niweczy jednak Hattie Shaw (Vanessa Kirby), agentka MI6, a prywatnie siostra Deckarda, która wstrzykuje w siebie wirusa. Teraz więc Hobbs i Shaw muszą ponownie zjednoczyć siły, by uratować Hattie zanim wirus się uaktywni, a przy okazji ocalić świat przed zagładą.  

 

 

John Woo to jednak tylko jeden z elementów układanki, która składa się na Hobbs & Shaw. Podczas seansu miałem wrażenie, że ten film powstał przez wrzucenie do tygla brosnanowskiego Bonda, Twierdzy Michaela Baya, a przede wszystkim – kreskówek z lat 80. i 90. Jeżeli uznać Hobbs & Shaw za film superbohaterski, to najbliżej mu będzie do właśnie na wskroś kreskówkowego Batman Forever. Tytułowi bohaterowie są jeszcze bardziej przerysowani niż w poprzednich filmach w których się pojawili, od pełnej autoparodii pokroju Bohatera ostatniej akcji dzieli ich tylko naprawdę cienka linia. Nie jest to jednak zarzut – gdyby te góry mięśni brały się na poważnie, dawka maczyzmu byłaby nie do zniesienia. Kluczowa jest tutaj również świetna chemia między Stathamem i Johsonem – dzięki niej nie rażą okazjonalnie drętwe dialogi czy nietrafione żarty. 

Jeszcze bardziej przesadzeni są złoczyńcy. Idris Elba w swojej poprzedniej superbohaterskiej roli, czyli jako stoicki Heimdall w marvelowskich Thorach, nie miał wielkiego pola do szaleństw, co najwyraźniej postanowił nadrobić z nawiązką w tym filmie.Jedne z pierwszych słów, które wypowiada w filmie to Jestem czarnym charakterem – i mniej więcej tyle subtelności widać w tej roli. Kiedy po raz za razem dostawał cięgi od pary protagonistów, czekałem tylko, aż wykrzyknie do kamery “Jak ja nie cierpię tych okropnych smerfów!”. Z kolei w jego kryjącym się w cieniach mocodawcy więcej czuć Doktora Szpona z Inspektora Gadżeta niż bondowskiego Blofelda.

Rzadkie momenty, w których film próbuje zachować chociaż odrobinę powagi wypadają co najwyżej tekturowo, zaś chyba najgorszym momentem filmu jest wymuszona scena romantyczna, której jedynym celem zdaje się być odciągnięcie uwagi od potężnych pokładów homoerotyzmu między głównymi bohaterami. Na szczęście chwile, kiedy Hobbs & Shaw próbuje udawać poważny film można policzyć na palcach jednej ręki.

 

 

Oczywiście, clou filmu jest nie jest fabuła, lecz akcja. Jeżeli ktoś liczył, że otrzyma sceny akcji na poziomie reżyserskiego debiutu Davida Leitcha, czyli Johna Wicka, lub jego późniejszej Atomic Blonde, to czeka go zawód. Nie znaczy to bynajmniej, że są złe – oscylują w okolicy hollywoodzkiej średniej. Chwilami, niestety, dostajemy festiwal nijakiego CGI, gdzie rozbijające się po ekranie samochody wyglądają jak gumowe zabawki, kiedy indziej zaś dominuje nieznośny, post-bourne’owski shaky cam. Znalazło się jednak kilka cudownie niedorzecznych scen, które z nawiązką rekompensowały te niedostatki i sprawiały, że chichotałem w kinie jak dziecko. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, więc powiem tylko, że znana ze zwiastunów scena, w której helikopter ciągnie za sobą sznur pół tuzina samochodów bynajmniej nie jest najbardziej absurdalną akcją w Hobbs & Shaw.

To lato było dość ubogie, jeśli chodzi o porządne popcornowce – przynajmniej te, których nie firmował Marvel. Wynudziły mnie zarówno Men in Black: International, jak i Godzilla: Król potworów, zaś Mroczna Phoenix była absolutną katastrofą. Hobbs & Shaw z kolei jest naprawdę solidną propozycją – przynajmniej dla tych, którym nie przeszkadza fabuła na poziomie G.I. Joe i logika rodem z Toma i Jerry’ego. 

Jeśli pragniecie więcej niedorzecznych przygód supersamczych samców, w sklepie Sferis.pl znajdziecie takie gry jak Bulletstom czy Far Cry: Blood Dragon

najnowsze

Poznaliśmy zwycięzców Gamescom Awards 2019

Dwa dni temu podczas ceremonii otwarcia tegorocznych targów gamescom rozdano statuetki Gamescom Awards 2019. Najwięcej z nich zgarnęła firma Sony. Kto by się spodziewał.