Recenzja - konsole

Bajeczna przygoda - recenzja Kingdom Hearts III

Jakub Zagalski, 03 lutego 2019 12:00 1

Świetny action RPG i jeszcze lepsza reklama Disneylandu.

17 lat temu, gdy posiadacze PlayStation 2 dostali w swoje ręce pierwsze Kingdom Hearts, wielu przecierało oczy ze zdumienia widząc Kaczora Donalda i Goofy'ego walczącego z Cloude'em z Final Fantasy VII na arenie z disnejowskiego Herculesa. Brzmi niewiarygodnie, ale wyszło znakomicie. Z późniejszymi kontynuacjami/prequelami/spin-offami bywało różnie, ale jednego serii Kingdom Hearts nie można odmówić – to wyjątkowa, zakręcona do granic możliwości opowieść, którą warto poznać od początku do końca.

Kingdom Hearts III to ostatni rozdział (a raczej cały tom) 18-letniej epopei, więc od razu nasuwa się pytanie: czy nowicjusze nieznający wcześniejszych części mogą bez obaw sięgnąć po tę grę? Powiem tak: znam ludzi, którzy grali w Metal Gear Solid V bez znajomości wcześniejszych tworów Hideo Kojimy i bawili się świetnie. W przypadku Kingdom Hearts III może być podobnie, ale jestem daleki od stwierdzenia, że "trójka" – na poziomie fabularnym – jest przyjazna dla nowicjuszy. Kingdom Hearts już dawno przestało być "połączeniem Disneya i Final Fantasy" i wyrosło na niesamowicie rozbudowaną, wielowątkową i po prostu skomplikowaną opowieść. Jak pokazują popularne filmiki na YouTube, streszczenie fabuły poprzednich gier to materiał na co najmniej kilkadziesiąt minut bezustannego gadania, a i w tym czasie nie sposób opowiedzieć o wszystkim, pokazać każdego bossa, napotkaną postać z bajek Disneya czy powiązany z nią świat.

Co prawda w menu głównym Kingdom Hearts III mamy zakładkę z kilkoma filmikami (łącznie ok. 25 min.), które podają historię Sory i reszty ferajny w bardzo skondensowanej formie. Ale to raczej przypomnienie dla osób znających wcześniejsze gry, a nie przystępne kompendium wiedzy na wiadomy temat.

Kingdom Hearts III rozpoczyna się od ponownego spotkania dawno niewiedzianej trójki, od której wszystko się zaczęło. Sora, Donald i Goofy wyruszają w kolejną podróż i chociaż Sora jest doświadczonym w boju młodzieńcem, to tutaj zaczyna praktycznie od zera. "Wymazywanie z pamięci" dawnych umiejętności to znany chwyt twórców gier, którzy nie mogą nam dać na starcie postaci niczym z New Game+. Mamy więc jednocyfrowy poziom doświadczenia, stary i sprawdzony Keyblade, dwa podstawowe zaklęcia i żądzę przygody. Na początek tyle wystarczy, bo nie miną dwie godziny, gdy będziemy szaleć po arenach pełnych przeciwników, wykorzystując nowo nauczone techniki i ataki specjalne. Powrócił Shotlock, który pozwala namierzać i atakować kilka celów jednocześnie, ale także przemieszczać się w "podświetlone" miejsca, np. żeby dostać się bliżej bossa lub uniknąć jego ataku.

System walki to w dużej mierze to, do czego przyzwyczaiły nas numerowane odsłony serii i niektóre gry z handheldów, czyli dynamiczny hack'n'slash łączący machanie kluczomieczem i rzucanie zaklęć. Jest szybko i efektownie, mnóstwo czasu można spędzić w powietrzu lub wykorzystując elementy otoczenia. Sora porusza się płynnie jak nigdy dotąd, skacząc, dashując czy nawet biegając po pionowych ścianach praktycznie bez ograniczeń. Wraz z rozwojem postaci zdobywamy kolejne umiejętności ofensywne i defensywne, odblokowywane za pomocą specjalnych punktów, jest cała masa zbroi, akcesoriów i oczywiście broni. W przypadku Sory każdy Keyblade może być ulepszany i transformowany, co daje niesamowicie efektowne i efektywne rezultaty. Na dodatek broń można zmieniać nie tylko z poziomu menu, gdy nie ma w pobliżu przeciwnika, ale także w ferworze walki. Chyba nie muszę tłumaczyć, jak wiele możliwości taktycznych daje to doświadczonym graczom, którzy potrafią dobrać odpowiednią zabawkę do przeciwnika. Trochę mi to przypominało system walki oparty na sukienkach w Final Fantasy X-2, bo choć Sora formalnie nie zmienia klasy postaci wraz z wyciągnięciem innego kluczomiecza, to w praktyce pozwala to wykorzystać rozmaite cechy danej broni.

Machanie kluczomieczem i wyprowadzanie prostych combosów może się wydać nużące, ale tylko do momentu, gdy wjadą akcje specjalne z udziałem towarzyszy broni. Warto obserwować lewy-dolny róg ekranu, gdzie pojawia się informacja o możliwości wyprowadzenia takiego ataku, który nie tylko świetnie wygląda, ale sieje potężny zamęt w szeregach wroga. Taka współpraca nie dotyczy wyłącznie Donalda i Goofy'ego, domyślnych towarzyszy Sory, ale też lokalny bohaterów spotykanych w rozmaitych światach z animacji Disneya. Dodatkowo niektórzy z nich występują w postaci Summonów, których można przyzwać na pomoc.

Oddzielną kategorię stanowią ataki specjalne, które są żywą reklamą Disneylandu. Bo jak inaczej nazwać akcję, w której wsiadamy na karuzelę, do wirujących filiżanek czy kolejki górskiej, z której naparzamy do zdezorientowanego wroga. Nie wiem, czy wszystkie te atrakcje zostały wyciągnięte z rzeczywistych parków rozrywki, ale część z nich na pewno zaliczyłem będąc kilka lat temu w europejskim Disneylandzie pod Paryżem. I po tej grze znowu chcę tam wrócić.

Właśnie przeczytaliście, że Kingdom Hearts III to action RPG, w której walczymy u boku postaci Disneya kręcąc się w filiżankach, i pewnie wielu z was zadaje sobie pytanie zbliżone do: WTF? Pytanie uzasadnione, jeśli wcześniej nie mieliście do czynienia z tą serią, która od początku bazuje na pomysłowym wykorzystaniu rozpoznawalnych licencji Disneya. I robi to bardzo dobrze. Przez lata seria była utożsamiana z łączeniem światów amerykańskiej wytwórni z Final Fantasy, jednak w "trójce" ten drugi element wyraźnie zszedł na drugi, jeśli nie na trzeci plan. Ślady kultowych produkcji Square Enix są widoczne, ale to nie ta sama skala, co chociażby w pierwszej części. Można to tłumaczyć tym, że w tzw. międzyczasie uniwersum Kingdom Hearts zaroiło się od oryginalnych postaci, żeby tylko wspomnieć o piętnastu "wcieleniach" Sory, szwarccharakterach z Organizacji XIII i innych dzierżycielach Keyblade'ów. Z drugiej strony mamy nowych bohaterów i światy z filmów wytwórni Pixar, która stała się częścią Disneya w 2006 r., czyli Toy Story i Potwory i Spółka. Nie zabrakło też disnejowskich nowości, nieobecnych w poprzednich odsłonach serii, takich jak Kraina lodu, Zaplątani, czy Wielka Szóstka.

Różnorodność jest ogromna, bo trafiając do kolejnego animowanego świata dostajemy nie tylko nową scenerię, ale także jakiś element rozgrywki, nie występujący gdzie indziej. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie pomysły są trafione. Niektóre światy wyraźnie odstają od innych pod względem projektu, powtarzalnych lokacji czy irytujących minigier. Niemniej, przez większość czasu spędzonego z Kingdom Hearts III nie narzekałem na nudę i chłonąłem kolejne zaskoczenia, którymi uraczyli mnie twórcy…

… a później wracałem do znienawidzonego od czasu "jedynki" Gummi Ship. Statek kosmiczny, który można modyfikować na miliard sposobów, jest znowu naszym środkiem transportu, pozwalającym odwiedzać kolejne "planety". Czasy, gdy latało się jak po sznurku i unikało/strzelało do zbliżających się przeszkód, dawno minęły. Teraz mamy eksplorację w pełnym 3D, polegającą na zbieraniu świecidełek, angażowaniu się w nieobowiązkowe (uff) pojedynki i dolatywaniu do znacznika na ekranie, który oznacza np. kolejną fabularną misję. Gummi Ship zawsze traktowałem jako przykry obowiązek i chociaż tutaj mamy pewną różnorodność i większą swobodę, to nadal nie jest to mój ulubiony element gry.

Cenię najbardziej to, że Kingdom Hearts III jest naprawdę grą, na którą czekali fani serii. Jest prześliczna, z dopieszczonym systemem walki, płynnym przemierzaniem światów, do których warto wracać po pokonaniu bossa. Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście odpowiedzi na pytania, które fani zadawali sobie od lat. Co z Aquą, Roxasem i Namine? Czy Aqua, Ventus i Terra się w końcu spotkają? Czy wiemy już wszystko o Organizacji XIII? Kingdom Hearts III to spełnienie marzeń graczy, którzy są z tą serią od początku, albo zdążyli nadrobić zaległości (najlepiej przy pomocy kolekcji wydanych na PlayStation 4) w ostatnich latach. Nawiązania do poprzednich gier spotyka się na każdym kroku i świetnie jest np. usłyszeć z ust Hadesa, że właśnie realizuje plan, nad którym pracował przez 18 lat.

Ta spójność i konsekwencja sprawiają, że żaden fan serii nie powinien się ani przez chwilę zastanawiać, czy warto sięgnąć po Kingdom Hearts III. "Pozycja obowiązkowa" to mało powiedziane. Co z resztą? Jak wspomniałem na wstępie – na poziomie rozgrywki to bardzo dobry i różnorodny action RPG. Ale jeśli słysząc o Heartlessach, Nobodysach czy Data-Sorze drapiecie się w głowę, to obcowanie z Kingdom Hearts III traci większy sens. Trzeba wiedzieć, o co chodzi z tytułowym królestwem i przede wszystkim lubić charakter opowiadanej opowieści, która dla nowych w temacie wyda się slapstickowa i infantylna. Taki urok Kingdom Hearts, który urzekł mnie lata temu i zachęcam wszystkich spóźnialskich, by nadrobili zaległości i cieszyli znakomitym finałem w postaci Kingdom Hearts III.

Kingdom Hearts 3 PS4

  • Udziela odpowiedzi na pytania zadawane od lat
  • system walki
  • światy i bohaterowie Disney Pixar
  • przygoda pełna wspomnień
  • grafika jak z animacji
  • Brak polskiej wersji językowej
  • niektóre światy i minigry
  • Gummi Ship powinien trafić na złom
Marzenia się spełniają 9.0
Imperium Zioła - recenzja Weedcraft Inc
Mortal Kombat 11 - recenzja - Lany Poniedziałek!
Baba Is You - recenzja najlepszej gry logicznej ostatnich lat
Bloodborne na PC, Gears of War na Switchu, a Zelda na Xboksie?
najnowsze