Bez prądu - film

Koniec House of Cards naznaczony wymazywaniem Underwooda

Kamil Ostrowski, 22 listopada 2018 14:30 0

Ostatni sezon najsłynniejszej dramy od Netflixa to usilne wymazywanie Kevina Spacy’ego. Nie wyszło to serialowi na dobre.

Wszyscy na pewno wiecie o aferze, która pogrążyła karierę Kevina Spacy’ego. W październiku 2017 roku, parę miesięcy po premierze piątego sezonu House of Cards z którego ostatnio głównie słynął, aktor został oskarżony o molestowanie seksualne. Początkowo wydawało się, że afera co prawda ugodzi w artystę, jednak z czasem otrząśnie się z jej skutków. Brakowało bowiem silnych dowodów, sam akt nie był zresztą przedmiotem postępowania organów ścigania, ale to wystarczyło. Wszelkie nadzieje na jakikolwiek „comeback” pogrążyła cała fala wyznań, plotek i informacji na temat postępowania Spacy’ego przez całe poprzednie dekady. Kontrowersyjny aktor stał się w krótkim czasie symbolem seksualnego drapieżnika. Wobec tego szefostwo Netflixa podjęło decyzję o natychmiastowym wymazaniu głównego bohatera. Wątki dotyczące Franka Underwooda należało dokończyć bez niego.

Mało że bez niego. Netflix wymazując pamięć o głównym (dotychczas) bohaterze waszyngtońskich intryg zabrał się za zadanie czerpiąc z najlepszych wzorców propagandy dowolnego totalitarnego reżimu (o ironio). W najnowszym sezonie nie ma jednej sceny, w której Frank Underwood odezwałby się, chociażby zza grobu. Jego słowa są zawsze przytaczane, nigdy kwestie z poprzednich odcinków nie rozbrzmiewają głosem Spacy’ego. Ba! Nigdzie nie znajdziemy też chociażby jednej retrospekcji, jednego zdjęcia czy jednego fragmentu w którym twarz niedawno jeszcze podziwianego aktora pojawiłaby się choćby na sekundę. Czy da się w takich warunkach kończyć serial, który zasłynął przecież z mnogości i skomplikowania relacji w jakie wdawał się Frank Underwood? Wydawało się to zadaniem karkołomnym, ale udało się. Jako-tako, ale się udało.

Twórcom ostatniego sezonu na pewno pomagał fakt, że historia i tak wyraźnie zmieniała swój środek ciężkości – potężna grawitacja Claire, żony Franka dawała coraz mocniej po sobie poznać. Ciężko jest więc powiedzieć na ile przymusowe wymazanie Kevina Spacy’ego pokrzyżowało plany scenarzystów, a na ile przyspieszyło nieuniknione. Odnoszę wrażenie, że czas Franka kończył się tak czy inaczej. Nie zmienia to zasadniczo tego, że szwy są bardzo widoczne, bo całość zdaje się być sklecona naprędce. Jestem przekonany, że prezydent Underwood miał ustąpić prezydent Hale (nazwisko panieńskie Claire) na nieco innych zasadach. Zamiast walki o władzę mamy więc mętne wspomnienia tego, że Frank zmarł.

Dziesiąty sezon House of Cards opiera się fabularnie na trzech filarach. Pierwszy to Claire walcząca o uznanie za godną piastowania urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych, czemu stoją na przeszkodzie jej płeć oraz sposób objęcia stanowiska (po zmarłym mężu). Drugim filarem jest walka z amerykańskimi oligarchami – w tym wypadku reprezentowanych przez rodzinę Shepardów, ale można podłożyć w tym miejscu nazwisko dowolnej wielkiej rodziny z USA. Trzecim wreszcie, jest kwestia rozwiązania kto stoi za śmiercią Franka Underwooda. Szczerze mówiąc, ten ostatni wątek wydaje się być najbardziej wymuszony.

W szóstym sezonie na pierwszy plan wyszły dwie najmocniejsze, po Kevinie Spacym, osobistości aktorskie. Oczywiście pierwsze skrzypce gra Robin Wright w roli Claire Hale. Aktorka zasadniczo jest kobiecą wersją swojego męża, nawet jeżeli scenarzyści drobnymi gestami starają się nam wmówić, że jest inaczej (tj. że jest jeszcze bardziej diaboliczna). Niemniej, jej występ cieszy oczy, ponieważ wymaga sporych umiejętności. Drugą gwiazdą jest Michael Kelly, grający niezastąpionego szefa sztabu nieżyjącego już Franka Underwooda – Douga Stampera. Ma on swoją własną agendę, zresztą nawet po śmierci prezydenta pozostaje mu wierny, co generuje problemy dla obydwu stron sporu, jaki w serialu rozdziera amerykańską scenę polityczną.

Powiem szczerze, że irytująca była lewicowo-feministyczna agenda, którą Netflix upycha wszędzie gdzie się da – przykładowo w usta i myśli bohaterki, która jest ewidentną socjopatką, wobec czego jak podejrzewam, wszelkie idee dotyczące równouprawnienia bądź jego braku, byłyby dla niej zupełnie obce. Mam też wrażenie, że kilka wątków w gruncie rzeczy wiodło w ślepą uliczkę. Stanowiły zapchajdziury, z których niewiele wynikało. Nie mogę natomiast powiedzieć, żeby nie podobała mi się końcówka. Nawet jeżeli częściowo spodziewamy się tego czym zaskakują nas scenarzyści, tak totalne wyklarowanie intencji wszystkich członków spektaklu stanowiło zaskoczenie, a przede wszystkim pozostawia widza z poczuciem sytości. Oto bowiem skończyła się jedna z najlepszych telewizyjnych dram naszych czasów.

Ostatni sezon House of Cards nie rozłożył na łopatki dziedzictwa poprzednich serii i to jest chyba jego największą zasługą. Udało się uniknąć najgorszego, to znaczy rozjechania się historii w sposób, który uniemożliwiałby jej późniejsze poskładanie. Fakt pospiesznego wymazywania Spacy’ego wychodzi w szwach, denerwuje też trochę nachalna ideowość, ale ostatecznie najnowszy sezon zasługuje na miano pełnoprawnego segmentu wielkiej historii. Nie zmienia to faktu, że cieszę się, iż postanowiono na tym zakończyć – mam wrażenie, że łatwo byłoby zepsuć wciąż piekielnie dobre wrażenie po całości.

Jak wypada 1983, pierwszy polski serial Netflixa?
Nowe Narcos. Przeprowadzkę do Meksyku uznajemy za udaną
Siedem dni z życia dilera, czyli recenzja serialu Ślepnąc od świateł
Czarownica Sabrina powraca w szatańskim stylu
najnowsze

Co nowego w PlayLink?

Recenzja gier: Frantics, Wiedza to Potęga: Dekady, Szymparty i Planet of the Apes: Last Frontier.

Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2

W Beholder 2 przenosimy się do totalitarnego państwa i zaczynamy karierę w Ministerstwie na samym dole urzędniczej drabiny - dokąd zajdziemy?