InformacjeRecenzja - PC

Lubisz Dark Souls? Pokochasz Death's Gambit - recenzja

... Adam Berlik

Death’s Gambit, to obok Lords of the Fallen i Salt and Sanctuary, najlepszy przedstawiciel gatunku souls-like.

Jestem pełen podziwu widząc to, jak wiele razy autorzy Death’s Gambit z niezależnego studia White Rabbit puszczają oko w stronę miłośników serii Dark Souls. Wiadomo, że gra stylem rozgrywki nawiązuje do przebojowego cyklu From Software, ale nie o to mi chodzi. Kiedy w jednej z początkowych lokacji na ekranie pojawia się zionąca ogniem wywerna, nietrudno zauważyć podobieństwo do wyzwania, jakie czekało na śmiałków w Dark Souls po pokonaniu Taurusa. Death’s Gambit również stawia przed graczem taki problem, a jego rozwiązanie okazuje się banalnie proste. Przykłady można by oczywiście mnożyć, ale odkrywanie takich smaczków to jedna z atrakcji, jakie przygotowali twórcy recenzowanej produkcji.

Death’s Gambit nie jest jednak klonem popularnych Soulsów. Jasne, mamy tu wszystkie elementy charakterystyczne dla gier wzorujących się na dorobku From Software, ale nie tylko. Po krótkim samouczku zakończonym walką z bossem trafiamy do Centralnego Sanktuarium, które pełni rolę najważniejszego miejsca w świecie Death’s Gambit. To właśnie tam przeprowadzimy dialogi z napotkanymi postaciami niezależnymi i kupimy nowe przedmioty bądź umiejętności, by wyruszyć w dalszą podróż. Nie będzie to jednak łatwe, bo raz, że gra charakteryzuje się wysokim poziomem trudności, a dwa, że z „huba” prowadzi kilka ścieżek. Podążamy rzecz jasna tą, która sprawia nam najmniejsze problemy.

Bardzo podoba mi się konstrukcja poziomów w Death’s Gambit. Gra jest stosunkowo nieliniowa, o czym wspomniałem przed chwilą, ale przez pierwsze kilkadziesiąt minut lub nawet parę godzin (wszystko zależy od umiejętności grającego) regularnie będziemy powracać do centralnego miejsca w świecie gry, mając wrażenie, że niepotrzebnie kręcimy się w kółko. Pootwieramy skróty, zabijemy jakiegoś bossa albo nawet kilku, zdobędziemy fundusze na zakup pieczęci niezbędnej do otwarcia kolejnych lokacji i jeszcze raz ruszymy przed siebie, tym razem w zupełnie innym kierunku. Po drodze odpalimy kapliczki pełniące funkcje ognisk, gdzie rozwiniemy swoją postać, jednocześnie odradzając wcześniej pokonanych wrogów. Brzmi znajomo, prawda? Death’s Gambit to Dark Souls w 2D. No, prawie.

Na samym początku kampanii główny bohater podpisuje umowę ze Śmiercią i rusza w świat, by na jej polecenie zabić określonych przeciwników. Na tym można by zakończyć opis fabuły, ale w istocie warto śledzić dalsze losy protagonisty i innych postaci, bo Death’s Gambit robi bardzo dobre wrażenie także pod tym względem. Zwłaszcza, że historia jest opowiedziana nieco bardziej wprost niż w Soulsach za sprawą całkiem rozbudowanych dialogów.

Jako że Death’s Gambit zostało pozbawione trzeciego wymiaru, podczas rozgrywki nie tylko stawiamy czoła kolejnym przeciwnikom, ale także skaczemy po rozmaitych platformach. To oczywiście żadne zaskoczenie, bo podobne rozwiązanie zastosowano również w Salt and Sanctuary. Tak samo, jak produkcja Ska Studios, również dzieło White Rabbit stara się udoskonalić formułę wypracowaną przez From Software, a jednocześnie sprawić, by Death’s Gambit wyróżniało się na tle innych gier tego typu.

Po śmierci nasz bohater nie zostawia odłamków (dusz) w miejscu zgonu, ale pióro, czyli de facto butelkę Estusa. Odradzamy się rzecz jasna przy ostatnio aktywowanej kapliczce i możemy wykupić utracone piórko pozwalające na regenerowanie energii życiowej protagonisty za odpowiednią sumę. Co ciekawe, w Death’s Gambit istnieje również możliwość poświęcania przedmiotów leczących w celu zadawania większych obrażeń.

Jeśli polegniemy w starciu z bossem, także nie powinniśmy się martwić, bo zostaniemy nagrodzeni. W zależności od tego, ile paska życia udało nam się „zjechać”, na nasze konto trafi odpowiednia liczba odłamków. Skoro o bossach mowa, to warto również dodać, że można ich odradzać. Drugie podejście odbywa się jednak na wyższym, heroicznym poziomie trudności. Większe wyzwanie oznacza, rzecz jasna, lepsze przedmioty do zdobycia. Można sobie jednak ułatwić zadanie (nie tylko w trybie heroicznym, ale także normalnie), bo gra mocno nagradza eksplorację. W okolicach areny z bossem znajdziemy księgi. Dwie do każdego wroga tego typu, a każda z nich o 5 procent zwiększy zadawane przez nas obrażenia.

Walka pozornie wygląda, jak w Soulsach. Mamy pasek życia, musimy uważać na wytrzymałość, która zużywa się przy wykonywaniu rozmaitych akcji, więc konieczne jest obserwowanie zachowania przeciwnika i wyczucie momentu na zadanie ciosu, wykonanie bloku lub przewrotu. Death’s Gambit oferuje jeden podstawowy atak każdą bronią, ale mamy tutaj także kombinację ciosów, możliwość parowania oraz korzystania z umiejętności. Te ostatnie są dostępne po odblokowaniu na specjalnym drzewku rozwoju. Chcąc z nich korzystać musimy także naładować pasek energii poprzez atakowanie wrogów. Aha, no i byłbym zapomniał, łuk. Walka na dystans jest możliwa także po użyciu licznych przedmiotów (np. bomb).

Death’s Gambit ma jedynie dwa wymiary, ale świat jest naprawdę spory. Dlatego w niektórych momentach trzeba jeździć konno, by szybciej przemieszczać się między kolejnymi lokacjami. Wierzchowiec często pojawia się automatycznie, ale możemy go również wezwać, korzystając z dzwonków rozmieszczonych w określonych miejscach. Co ciekawe, jeśli galopujemy, wrogowie są bezradni, a pokonywanie ich bez schodzenia z siodła powoduje ogromną frajdę.

Kiedy już na dobre zadomowimy się w Death’s Gambit i stwierdzimy, że nic nas nie zaskoczy, autorzy wyciągną asa z rękawa. Możemy bowiem dotrzeć do miejscówek, w których gra nałoży na naszego bohatera kilka negatywnych efektów. Będziemy mieć tylko 70 procent swojego maksymalnego zdrowia, a leczenie zabierze dwa piórka zamiast jednego. Chcąc wykonać przewrót należy liczyć się z utratą całego paska staminy. Rozwiązanie to budzi oczywiście skojarzenia z Bloodborne, gdzie w jednym z Lochów Kielicha musieliśmy stawić czoła potężnym bossom, mając jedynie połowę paska życia.

Niesamowite wrażenie robią walki z bossami. Nie chce zbyt wiele zdradzać, ale powiem, że tutaj również nie brakuje oryginalnych pomysłów i nawiązań do Soulsów (jest ktoś w rodzaju Capry Demona), a także Shadow of the Colossus (jeden z „szefów” świetnie pasowałby do kultowego dzieła studia Team Ico). W trakcie potyczek należy nie tylko uważać na ataki wroga, ale mieć świadomość, że wygląd areny może ulec zmianie, a postać gracza nie zdoła się na niej utrzymać. Co ciekawe, niektórzy pokonani bossowie występują później w roli szeregowych przeciwników. Należy również zaznaczyć, że oprócz wrogów, którzy są mniej więcej tych samych rozmiarów, co nasz bohater, trafimy również na znacznie większych, choć nierzadko mało wymagających przeciwników. Jak na początku Anor Londo.

Death’s Gambit to gra, której ciężko wskazać jakiekolwiek wady. Do teraz nie mogę przekonać się do stylu graficznego, chociaż bardzo doceniam to, ile pracy autorzy włożyli w przygotowanie oprawy wizualnej, dlatego w tym przypadku mówimy jedynie o osobistych preferencjach. Zastrzeżenia niekiedy budzi fakt, że bohater czasami wykonuje zbyt długie przewroty, a ja bardzo często zapominam o tym, by po „rolce” obrócić się w odpowiednim kierunku i zamiast atakować wroga, macham w powietrze. Trochę to urok grania w dwóch wymiarach, ale cóż.

Jeśli więc szukacie tytułu mocno wzorowanego na Dark Souls, a jednocześnie oferującego sporo interesujących nowości, świetnie zaprojektowane lokacje i ciekawe walki z bossami, to Death’s Gambit spełni wasze oczekiwania. To bardzo przemyślana, dobrze zrealizowana produkcja, od której ciężko się oderwać.

PCDeaths Gambit

  • ciekawie zaprojektowany świat
  • system walki
  • angażujące starcia z bossami
  • sporo unikatowych pomysłów
  • fabuła wcale nie jest pretekstem do zabawy
  • czasami bohater wykonuje zbyt długie przewroty

Taki powinien być souls-like

Najnowsze
Lubisz nas?