Recenzja - konsole

Więcej RPG znaczy lepiej - recenzja Assassin's Creed Odyssey

Małgorzata Trzyna, 04 października 2018 13:30 19

Ci, którzy grali w Assassin's Creed Origins, poczują się w Odyssey jak w domu, ale gra wprowadza też sporo świeżych rozwiązań.

Assassin's Creed Odyssey zabiera nas do starożytnej Grecji. Akcja toczy się jeszcze wcześniej niż Assassin's Creed Origins, które pokazało początki bractwa - w poprzedniej odsłonie byliśmy świadkami, w jaki sposób zostały ustalone reguły, które przetrwały setki lat. Czy to znaczy, że Odyssey jest bez tytułowych asasynów i ich odwiecznych wrogów - templariuszy? Właściwie tak - gramy jako najemnik, który jednak w niczym nie ustępuje bohaterom z innych części serii. Umie swobodnie wspinać się po budynkach i skałach (choć system wspinaczki jest dość prosty), nie boi się wykonywać skoków wiary (choć wózków z sianem i stert liści nie znajdziemy na każdym kroku), korzysta też z odpowiednika ukrytego ostrza (nie ma mocowanego na nadgarstku mechanizmu, lecz posiada coś znacznie lepszego).

Historia zaczyna się jednak ciut wcześniej - od fragmentów bitwy pod Termopilami. Na krótko przeskakujemy też do współczesności, gdzie ponownie kierujemy Laylą Hassan, która z pomocą dr Victorii Bibeau bada jeden z Fragmentów Edenu - włócznię Leonidasa. Po krótkim wstępie kładziemy się w Animusie, by dokonać pierwszego z licznych wyborów: określić poziom trudności. Znajdą tu coś dla siebie i ci, którzy nie lubią się męczyć, jak i ci, którzy szukają satysfakcji w bardziej wymagających walkach. Nie jest to zobowiązujący wybór, poziom ten da się zmienić w trakcie gry. Kolejny wybór wiąże się z ciekawszą nowością - trybem eksploracji. W trybie wspomaganym można mieć znaczniki na mapie i cele misji przyznawane z automatu albo odkrywać wszystko samemu. Nie znaczy to, że trzeba błądzić, podczas rozmów z NPC-ami otrzymujemy bardzo dokładne wskazówki, gdzie się udać i co robić - i jest to z jednej strony ciekawsza opcja niż zwyczajne bieganie do wyznaczonych punktów, choć częste sprawdzanie mapy szybko może się znudzić.

Ponieważ technologia Animusa nieustannie się rozwija, nie jesteśmy ograniczeni do odtwarzania wspomnień przodków, dzięki czemu możemy wybrać jedno z dwójki rodzeństwa, którym pokierujemy: Aleksiosa lub Kasandrę. Jako że wybrałam Aleksiosa, w dalszej części będę odnosić się właśnie do niego.

Tuż po wejściu do Animusa trafiamy na wyspę Kefalonia, gdzie mieszka Aleksios. Bohater nie pławi się w luksusach, więc podejmuje się różnych zleceń - i zwykle przy tym nie przebiera. Zdaje się być wręcz popychadłem różnej maści nieudaczników czy ludzi, których intencje trudno odgadnąć. Taki już jednak los najemnika - robi to, za co mu płacą, czasem narażając się innym. Na życie Aleksiosa wpłynęły wydarzenia z dzieciństwa, które nie należały do najprzyjemniejszych. Z tym też związana jest ta ciekawsza część historii niż problemy finansowe bohatera - a dzieje się sporo interesujących rzeczy, zaskakujących i bardzo dziwnych, czasem zupełnie niepoważnych. Są niejasne przepowiednie Pytii, tajemniczy kult, wątek związany z Włócznią Leonidasa (jednym z Fragmentów Edenu, który tym razem zastępuje ukryte ostrze i działa podobnie, ale też daje dostęp do bardzo ciekawych umiejętności), sporo uwagi poświęcone jest konfliktowi między Spartą a Atenami (w który to konflikt możemy się angażować wedle uznania), są też postaci historyczne - można np. uciąć sobie filozoficzną pogawędkę z Sokratesem.

Podczas rozgrywki często trzeba dokonywać rozmaitych wyborów. Czasem będzie to różnica kosmetyczna - czy zachowamy się grzecznie, czy raczej bezczelnie - czasem konsekwencje pojawią się po długim czasie. Choć nie ma niewłaściwych decyzji, w wielu przypadkach zupełnie nie wiedziałam, co robić. Przywykłam, że w Assassin's Creed odtwarzane są wspomnienia, a więc może być tylko jedna słuszna wersja wydarzeń, ale dodanie opcji okazało się strzałem w dziesiątkę - zamiast po prostu oglądać cut-scenki, wpływamy na to, jak postać się zachowa, czy skłamie, odpowiemy zgodnie z własnymi odczuciami, co sądzimy na dany temat. A jeśli wolimy sprawdzić reakcje rozmówców, zawsze pozostaje opcja ręcznego zapisania gry.

W Assassin's Creed Odyssey ponownie trzeba zbierać doświadczenie, by móc podjąć się niektórych misji. Po opuszczeniu Kefalonii wątek główny nabrał rumieńców - w paru momentach uśmiechnęłam się i pytałam "że co?!", chciałam dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi - ale nie miałam wyjścia, jak zająć się zadaniami pobocznymi. Na szczęście dialogi w misjach dodatkowych nie są tak drętwe jak w Origins - nie tylko żądania NPC-ów często zaskakują, ale też głosy, zachowanie postaci czy mimika twarzy robią bardzo dużą różnicę. Owszem, nie brakuje też zupełnie nijakich misji codziennych, które zbiera się z ogłoszeń wypisywanych na specjalnych tablicach, prostych i niezbyt opłacalnych. Ogółem jest tyle rzeczy do roboty, że nie wiedziałam, w co włożyć ręce.

Czasem, wykonując jakieś zadania dla NPC-ów, można też skorzystać z opcji romansowania. Ubisoft zaznaczał w zapowiedziach, że nie chodziło o zbudowanie trwałych związków, acz nie spodziewałam się, że może to sprowadzić się do jednorazowej przygody za wykonanie dla kogoś misji. Niektóre oferty były dość nietypowe i zabawne - acz nie potrafiłam się przełamać, żeby sprawdzić, co się stanie, nawet jeśli nie pokazano, co dzieje się pod kocem. Mój Aleksios bywa czasem zły, niemiły i natrętnie domaga się zapłaty, ale ma trochę godności.

Świat, podobnie jak w Origins, podzielony jest na liczne regiony, z wyraźnie zaznaczonymi granicami i informacjami, na jakim poziomie postaci można się tam zapuścić. Podobnie jak poprzednio, każdy poziom ma bardzo duże znaczenie, trzy levele wyżej przeciwnik staje się bardzo trudny do pokonania. Chcąc nie chcąc, trzeba więc angażować się w różne aktywności poboczne, od polowania na dzikie zwierzęta przez eksplorację grobowców po czyszczenie obozów wojskowych. W porównaniu z Origins, gdzie w obozach zadanie polegało na zabiciu kapitanów, przeszukaniu skrzynek, w Odyssey mamy nowość - złupienie lub zniszczenie zapasów. Tym razem mieszanie się w obozowe sprawy ma więcej sensu, bo pozwala osłabić pozycję danego dowódcy w regionie, a po ubiciu odpowiedniej liczby wojaków i osłabienia ich morale możemy wziąć udział w podboju po wybranej stronie (Sparty lub Aten) - w zamian otrzymamy przedmioty i całkiem sensowne ilości doświadczenia.

W Origins czyszczenie obozów po pewnym czasie stawało się nudne, w Odyssey mimo drobnych urozmaiceń jest irytujące z powodu całkowicie zmienionego systemu łowców, którzy koniecznie chcą zdobyć nagrodę za naszą głowę. W poprzedniej odsłonie łowca polował sobie, wędrując po mapie, ale nie ścigał nas z uporem maniaka (przez większość gry i tak był za silny, więc tak być musiało). W Odyssey za różne przestępstwa (zabijanie, kradzieże) zostają zlecone misje na nas, a wtedy pojawiają się łowcy, którzy wiedzą, jak nas znaleźć. Najprościej ściągnąć na siebie uwagę właśnie przy strzeżonym obozie, przez co ukończenie danej lokacji staje się znacznie trudniejsze. System ten byłby całkiem ciekawy - nie przeszkadzało mi, że pojawiał się łowca, póki był na moim poziomie - jest jednak pewne ale. Przeszkadzało mi to, że jeszcze nie zdążyłam uporać się z jednym, a przychodził następny (zwykle silniejszy) i czasem walka polegała w głównej mierze na uciekaniu i ukrywaniu się. Jest kilka sposobów na pozbycie się łowców, ale za namieszanie w obozie zaraz znów zwiększał mi się poziom poszukiwania i znów ktoś nieproszony się wtrącał - ileż można?

Czyszczenie obozów jest niemal obowiązkowe z jeszcze jednego powodu: zbieranie surowców. W grze powróciła możliwość swobodnego pływania okrętem z prawdziwego zdarzenia i bitwy morskie. Armat co prawda nie ma (skąd by się wzięły w starożytnej Grecji?), ale za to można korzystać ze strzał i oszczepów. Od czasów Assassin's Creed IV: Black Flag i Rogue minęło już trochę czasu, więc powrót bitew, nawet w nieco prostszej formie, przyjęłam z radością. Posiadanie statku to jednak tyleż korzyści, co i kłopotu. Zbierane zasoby (drewno, metal, skóra, tabliczki i drachmy) przydają się do rozmaitych ulepszeń, dzięki którym możemy zadawać większe obrażenia wrogim statkom i więcej wytrzymać. Gromadzenie surowców szło mi całkiem sprawnie, więc nie czuję potrzeby korzystania z mikrotransakcji (acz takowa opcja jest), ale też ilość niezbędnych materiałów na maksymalne ulepszenia jest całkiem spora.

W grze można starać się zachowywać po cichu albo po prostu walczyć. Umiejętności postaci ponownie podzielone są na trzy sekcje: pierwsza związana z korzystaniem z łuków, druga - walką i trzecia - z umiejętnościami asasyna, z czego w każdej jest coś wartościowego do wyboru. Nie trzeba koniecznie inwestować w gorsze umiejętności, wystarczy odpowiedni poziom. Na plus odnotuję, żę Ubisoft zrezygnował z podziału łuków na różne typy.

Podczas podróży zbierzemy rozmaite przedmioty - broń i elementy zbroi - które można rozłożyć na materiały albo sprzedać u kowala. Można też za pewną opłatą (sensowniejszą niż w Origins) podnieść poziom danego przedmiotu do naszego aktualnego levelu lub wygrawerować w mniej przydatnych przedmiotach cechy, jakie chcielibyśmy mieć. Kolejne grawerunki odblokowywane są w miarę postępów.

Tym razem nie korzystamy z tarcz (choć przeciwnicy je mają), co utrudnia nam zadanie - trzeba wykazać się zręcznością i szybko podejmować decyzje, a wrogowie często mają przewagę liczebną i potrafią ją wykorzystać, atakując równocześnie i strzelając z łuków. Trochę brakuje mi tarcz - w Origins zabawnie było patrzeć, jak wróg odbijał się ode mnie, przez co zaczynał krwawić i w końcu umierał - ale podoba mi się walka również bez nich. W Odyssey przede wszystkim parujemy ciosy i robimy uniki. Wrogów na szczęście nie trzeba zachodzić od tyłu, wystarczy ich wytrącić z równowagi albo wyrwać im tarcze i siec bez przeszkód. Czemu nie zabrać im także broni? Wiem, wiem, czepiam się - byłoby przecież za łatwo. Odbieranie tarcz błyskawicznie stało się moją ulubioną umiejętnością, a w drzewku jest całkiem sporo innych, ciekawych rzeczy - jak np. słynne kopnięcie z filmu 300, które możemy wykorzystywać, by spychać przeciwników z krawędzi albo ogłuszać. Pokonanych w ten sposób przeciwników nie trzeba zabijać - można zwerbować do załogi statku.

Assassin's Creed Odyssey mogę śmiało nazwać najpiękniejszą (nawet jeśli grałam na zwykłym PS4) i najbardziej ambitną częścią serii. Pod względem graficznym jest niesamowite, to prawdziwa uczta dla oczu, niezależnie, czy patrzymy na oszałamiające panoramy, czy przyglądamy się animacjom podczas rozmów czy walk. Gra oferuje może nie wybitną, ale ciekawą historię pełną zaskakujących momentów oraz dużo lepiej zrealizowane zadania poboczne w porównaniu z Origins. Ogromnym plusem jest dodanie opcji dialogowych i nie zawsze najłatwiejszych wyborów, jak również możliwość pokierowania jednym z dwóch bohaterów. Przyłapywałam się co rusz na tym, że chciałam zobaczyć jeszcze tylko jedną lokację, zrobić jeszcze jedno zadanie, dobrnąć do kolejnego poziomu. Co prawda konieczność levelowania przekłada się na to, że mnóstwo czasu trzeba poświęcić na dodatkowe, powtarzalne aktywności, a zbieranie materiałów na ulepszenia wręcz wymusza staranne czyszczenie lokacji, ale zadania są na tyle zróżnicowane, a odwiedzane miejsca - miasta, obiekty historyczne, góry i lasy - tak piękne, że nie sposób się nudzić.

Assassins Creed Odyssey PS4

  • Dwie postaci do wyboru - Kasandra i Alexios
  • Niepoważna i zaskakująca w wielu momentach fabuła
  • Opcje dialogowe i konsekwencje decyzji
  • Wiele zadań pobocznych jest bardzo ciekawych
  • Interesujące umiejętności w systemie walki
  • Powrót morskich bitew
  • Tryb eksploracji i tryb wspomagany do wyboru
  • Mnóstwo drobnych ulepszeń w porównaniu z Origins
  • Kilkadziesiąt godzin rozgrywki
  • Miodna oprawa audiowizualna
  • Bardzo płytkie opcje romansowania
  • Spora część zadań pobocznych nie ma sensu i oferuje marne nagrody w postaci bezużytecznego sprzętu i małej ilości doświadczenia
  • Zbyt natrętni łowcy podczas czyszczenia obozów wojskowych
  • Główna fabuła rozmywa się przez konieczność levelowania, które jest dość powolne
Odyssey bardzo przypomina Origins, ale dzięki wyborom w dialogach i pomniejszym ulepszeniom gra się jeszcze przyjemniej. 9.6
Śmierć autentyczności - recenzja filmu Narodziny gwiazdy
Gris - recenzja - pochwała karmi sztukę
Kosmiczni piraci kontra cały świat - recenzja Ancient Frontier: Steel Shadows
Hyperide VR - recenzja - oda do białej gorączki
najnowsze