Bez prądu - film

Sacred Games to świetny indyjski kryminał, bez krzty Bollywoodu

Kamil Ostrowski, 27 lipca 2018 16:00 1

Jeżeli jesteście na etapie poszukiwania „czegoś nowego”, to indyjskie Sacred Games jest ze wszech miar godne polecenia.

Bombaj. Stolica jednego z indyjskich stanów (tak, Indie są federacją!) i drugie najludniejsze po Dehli miasto w tym państwie - aglomeracja łącznie liczy aż 23 miliony mieszkańców w porównaniu do 26 milionów w aglomeracji delhijskiej. To tutaj mieszczą się największe stacje telewizyjne, radiowe, studia filmowe, a także instytucje finansowe, w tym siedziby giełd indyjskich. Bombaj może nie być stolicą, ale z pewnością stanowi jeden z punktów odniesienia dla wszystkich mieszkańców regionu. Jak każde miasto w tym zakątku świata stanowi również ono obraz gigantycznych skrajności. Przepych jakim otaczają się tysiące aktorów, biznesmenów, polityków i mafiozów kontrastuje z biedą i brudną egzystencją milionów „szaraczków”, żyjących w warunkach które my sami uznalibyśmy za godne pożałowania, nawet w wypadku gdy mówimy o indyjskiej klasie średniej. Jak mówi jedna z bohaterek Sacred Games „miliony ludzi przybywają tu bez przerwy, aby żyć jak robaki”. Część z nich próbuje się wyrwać z tej matni. Część z nich schodzi na drogę przestępstwa. Jednym z nich był Gaitonde, który już w pierwszym odcinku nawiązuje specyficzną więź z sikhijskim policjantem Sartajem – jednym z tych, którzy w zgniłym świecie indyjskiego bezprawia wciąż stara się działać w zgodzie z własnym sumieniem.

Taki krajobraz przedstawia właśnie Sacred Games. Historia opowiadana jest dwutorowo. We współczesnym Bombaju służący w skorumpowanej policji Sartaj stara się rozwikłać intrygę, która może zagrozić życiu milionów ludzi. Na trop naprowadza go właśnie Gaitonde, z powodów jeszcze widzowi nieznanych. Jednocześnie w formie retrospekcji poznajemy historię potężnego gangstera o ogromnym ego, wielkiej sile woli, odwadze i wyobraźni. Obydwa wątki zapewniają solidną dozę rozrywki, aczkolwiek nie ma co ukrywać, że ten wątek kryminalny z czasem wybija się na czoło, jeżeli chodzi o zainteresowanie widza. Historia „od zera do gangstera” zawsze zawiera w sobie jakiś pierwiastek romantycznego uroku. W tym przypadku mamy do czynienia nie tylko z idealnym wyważeniem wszystkich proporcji: romansu, ambicji, przemocy i władzy, ale co najciekawsze – całość przyprawiona jest bardzo indyjskimi aromatami.

Ten właśnie indyjski element najbardziej spodobał mi się w Sacred Games. Nie mylcie tego z „bollywoodyzmem”, bo jego w serialu w ogóle nie uświadczycie – twórcy stronią od wszelkiego kiczu czy przesady, zupełnie jakby zdawali sobie sprawę z tego, że widz będzie szukał wszelkich przejawów niedojrzałości tamtejszej kinematografii (czy tam serialografii). Zamiast tego otrzymujemy pomieszanie pewnego rodzaju sakramentalizmu, wgląd w indyjską historię, ze szczególnym uwzględnieniem napięć na tle religijnym i gospodarczym oraz specyficzną strukturą społeczną, będącą mieszanką na którą składa się tradycjonalizm ze swego rodzaju zaimportowanym spoiwem w postaci kultury zachodniej. Można się autentycznie dużo nauczyć o Indiach. Najlepszym przykładem niech będzie fakt, że postaci czasami rozmawiają ze sobą, bądź wtrącają duże zwroty w języku angielskim, zwłaszcza ci z wyższych sfer, bądź będący w podróży. Początkowo myślałem, że ta dziwaczna maniera została skrojona specjalnie pod zagranicznego widza, aczkolwiek to błąd - takie sytuacje naprawdę się zdarzają, bo w Indiach jednym z urzędowych języków jest angielski, który stanowi pewnego rodzaju spoiwo dla tych żyjących na nieco wyższym poziomie – posługuje się nim około 12% mieszkańców, głównie tych dobrze wykształconych i z zamożnych rodzin. Biedna ludność miejscowa, która stanowi gros mieszkańców państwa posługuje się jednym z niemalże trzydzieści języków z czego najpopularniejsze są Hindi (41% ludności, około 422 miliony ludzi) i bengalski (8%, około 83 miliony ludzi).

Serial wciąga powoli, ale skutecznie jak ruchome piaski. Powoli przesiąkamy kryminalno-mistyczną atmosferą korupcji i walki o wyższe idee, często sprzeczne ze sobą, ale łatwe do zrozumienia, kiedy pojmiemy już chociażby częściowo czym są Indie. Swoje robią też oryginalni, charakterystyczni bohaterowie. Nawazuddin Siddiqui jako Gaitonde jest doskonale hipnotyczny. Nawet świętoszkowatego Sartaja, granego przez Saifa Ali Khana z czasem daje się polubić. Postaci drugoplanowe również się wyróżniają, co nie jest łatwe, gdyż twórcy nie szczypią się z nami. Przez ekran przelatuje cała plejada kobiet i mężczyzn. Jak to w Indiach – czego jak czego, ale ludzi tam nie brakuje.

Niewiele jest akcji w Sacred Games i bardzo dobrze, po kiedy twórcy już połaszą się na próbę zbudowania dynamicznej sceny, zazwyczaj kiepsko im to wychodzi. Nie czuć napięcia, serce nie przyspiesza nawet na minutę. Serial świetnie się snuje, potrafi zaskoczyć, a przede wszystkim wzbudza stałe zainteresowanie widza. Niestety, gorzej jest z gwałtownymi emocjami. Boję się trochę, że na dłuższą metę Sacred Games nie poleci na samej orientalności i historii specyficznych, również orientalnych postaci. No, ale to już problem przyszłego sezonu.

Jeżeli zmęczyło Was oglądanie filmów i seriali, które z pozoru inne, wydają się być uszyte z tej samej tkaniny, to Sacred Games będzie idealne. To porządna rozrywka, która jednocześnie poszerza horyzonty. Drobne potknięcia w postaci kiepskich scen akcji i momentalnych potknięć aktorskich nie przeszkadzają w odbiorze. Nic tylko kupić coś zimnego do picia i zbingować cały sezon.

Jak wypada 1983, pierwszy polski serial Netflixa?
Nowe Narcos. Przeprowadzkę do Meksyku uznajemy za udaną
Siedem dni z życia dilera, czyli recenzja serialu Ślepnąc od świateł
najnowsze

Co nowego w PlayLink?

Recenzja gier: Frantics, Wiedza to Potęga: Dekady, Szymparty i Planet of the Apes: Last Frontier.

Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2

W Beholder 2 przenosimy się do totalitarnego państwa i zaczynamy karierę w Ministerstwie na samym dole urzędniczej drabiny - dokąd zajdziemy?