InformacjeRecenzja - PC

Ostatni rozdział. Recenzja The Banner Saga 3

... Sławek Serafin

Wielki, desperacki, porywający finał fantastycznej opowieści

Zacznijmy może od tego, że w The Banner Saga 3 nie ma sensu grać, jeśli nie zna się, i to dobrze, dwóch poprzednich części. Ta gra bardziej przypomina książkę niż inne gry, które w swoich kolejnych odsłonach są autonomiczne najczęściej i tylko lekko nawiązują do wydarzeń z poprzednich części, jeśli nawiązują w ogóle. Tutaj mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją, z ciągłością, jak w książce właśnie. Nie jest przypadkowe, że tutaj opowieść podzielona jest na rozdziały a The Banner Saga 3 zaczyna się od tego o numerze szesnastym. Granie w „trójkę” bez wiedzy o tym, co było wcześniej jest jak zaczynanie Władcy Pierścieni czy Gwiezdnych Wojen od Powrotu Króla czy Powrotu Jedi. Można, jasne, i nawet będzie to atrakcyjne, ale traci się większość przekazu. Dlatego wszystkim tym, którzy jeszcze z The Banner Saga nie mieli do czynienia, radzę zacząć tam gdzie zwykle. Od początku.

Nie bez powodu wspomniałem przed chwilą te dwie ostatnie części słynnych trylogii. The Banner Saga 3 mocno przywodzi je na myśl swoim klimatem i wymową, zwłaszcza Powrót Króla, który ma nawet podobną konstrukcję jak gra Stoic Studio. Tutaj co prawda w rolę Froda i Sama wcielają się w Eyvind i Juno, a Aragornem jest albo Alette albo Rook, ale fabularnie wszystko jest bardzo zbliżone. Mała grupka bohaterów próbuje przebić się do jądra ciemności, z poświęceniem, desperacko, by zadać śmiertelny cios w samo serce Zła, gdy tymczasem wszyscy pozostali próbują podtrzymać gasnącą nadzieję i obronić mury ostatniego miasta, które nie zostało jeszcze starte z powierzchni ziemi. Tak mniej więcej wygląda koniec opowieści w The Banner Saga 3. Znów jest ona rozbita na dwa wątki, jak poprzednio, ale tym razem są one o wiele bardziej asymetryczne i naprawdę znacznie się od siebie różnią. Przechodzenie między jednym a drugim to mocno odczuwalna zmiana, nie tylko narracji i bohaterów, ale i tempa opowieści a nawet naszej strategii i taktyki, którą stosujemy. Za to się należą twórcom duże brawa, bo w ten sposób nadali rozgrywce dynamiki i uniknęli jednostajności, która wkradała się po jakimś czasie do naszych działań w dwóch pierwszych odsłonach serii.

Osobiście powiem, że spodziewałem się raczej, że The Banner Saga 3 mnie mocno znudzi. Wiecie, ta sama formuła, ci sami bohaterowie, wszystko to samo. Ileż można, nie? Już druga część była męcząca, bo choć sam pomysł na takie połączenie fabularnej opowieści drogi ze starciami taktycznymi był świetni i świeży w oryginalnej The Banner Saga, to właśnie w „dwójce” się okazało, że ta świeżość jest krótkotrwała. Historia dalej była świetna i doskonale opowiedziana, ale te walki… cóż, robiły się nudne. I ciągnęły wszystko w dół. Byłem pewien, że w ostatniej części trylogii będzie podobnie, a może nawet jeszcze gorzej. Na szczęście chyba twórcy sami zauważyli, że ta ich pierwotna koncepcja i pomysł na grę ma swoje ograniczenia i postanowili w The Banner Saga 3 wycisnąć już niego ostatnie soki, ale tak mocno, najmocniej jak się da. I wyszło lepiej, niż można było przypuszczać.

Przede wszystkim skupili się na urozmaiceniu starć, trafnie stwierdzając, że są najsłabszym ogniwem. Fabularnie gry trzymały bardzo wysoki poziom od samego początku i przy tym nie trzeba było już majstrować. I w The Banner Saga 3 ten poziom jest utrzymany, opowieść nas wciąga i… przygniata, bo choć już poprzednio była ponura, z widmem beznadziei i zagłady w tle, to dopiero teraz groza rozwinęła w pełni swe skrzydła, a ludzie zaczęli umierać. Nasi ludzie. To naprawdę ostatni rozdział i bez krwi niestety się nie obejdzie. Klimat jest ciężki, desperacki i, przede wszystkim, wcale nie mamy pewności, że wszystko się dobrze skończy, jak w grzecznej bajce dla dzieci, która tylko straszy ciemnością, ale tak naprawdę nigdy nią nie grozi na serio. Tutaj widmo całkowitej porażki towarzyszy nam cały czas i jest nad wyraz realne i wiarygodne. Możemy nie dać rady, gra nam to jasno komunikuje i w ten sposób motywuje do wysiłku, do zaangażowania i do jeszcze głębszego zanurzenia się w swój świat. Co jak co, ale Stoic Studio potrafią opowiadać historie, to trzeba im przyznać.

Potrafią także nadać im dobre tempo za pomocą bitew. Bałem się, że starcia będą spowalniały zabawę, że będą przeszkadzały w fabule, że będą męczące i nudne. Nie są. Po pierwsze dlatego, że są krótsze, mniejsze, bardziej dynamiczne. Owszem, możemy się pobawić dłużej, jeśli chcemy, bo pozwala nam na to nowość w postaci bitew składających się z kilku etapów, w których mierzymy się z kolejnymi falami wrogów. Nie jest to obowiązkowe, możemy się wycofać już po pokonaniu pierwszych z nich, ale warto wymienić wojowników na świeżych i zostać, bo ostatni przeciwnik ma przy sobie jakiś potężny przedmiot, który z całą pewnością nam się później przyda. Tak czy inaczej jednak, bitwy mają lepsze tempo i nie spowalniają zabawy. Ale to nie jedyne urozmaicenie, które zostało wprowadzone.

Pojawili się też w końcu nowi wrogowie. Nie wiem jak wy, ale ja już po dziurki w nosie miałem zabawy z drążycielami. Na początku byli fajni, ale potem każde ich pojawienie się było coraz mniej emocjonujące. Tutaj też są obecni, oczywiście, ale tylko w jednym z wątków, który na dodatek co jakiś czas pozwala nam powalczyć także ze zwykłymi ludźmi, co jest miłą odmianą. W drugim wątku zaś debiutują wypaczeni, czyli właśnie ci nowi przeciwnicy, którzy stawiają przed nami całkiem inne wyzwania natury taktycznej. No w końcu. Aż chce się przechodzić kolejne rozdziały, żeby zobaczyć, jakie nowe maszkarony zaczną nam się pchać pod topory i strzały. A po kilku starciach z wypaczonymi nawet miło jest wrócić do tłuczenia starych, dobrych drążycieli.

I nawet udało się zrobić coś ciekawego z rozwojem postaci, który dostał kilka przybudówek w postaci tytułów honorowych i, przede wszystkim, ciekawych interakcji pomiędzy magicznymi przedmiotami a zdolnościami specjalnymi bohaterów. Podstawowe współczynniki już wszyscy mają maksymalne i teraz już musimy się wgryzać właśnie w synergię pomiędzy dodatkowymi modyfikatorami a premiami oferowanymi przez przedmioty. Nie jest to oczywiste i trzeba się trochę nakombinować i pogłówkować, co zresztą chyba nie jest najlepszym rozwiązaniem, bo jednak gra stawia przede wszystkim na fabułę i można było te zaawansowane opcje taktycznie przedstawić w jakiś bardziej przejrzysty sposób. Ale dobrze, że w ogóle są obecne, bo gdyby ich nie było, to jeden z ważnych filarów dobrej zabawy, czyli poczucie postępu i rozwoju jaki daje nam awansowanie bohaterów, poszedłby na śmietnik. Na szczęście nie idzie, wręcz przeciwnie, harmonijnie łączy się z całą resztą nowości. I daje nam grę, która, jak już powiedziałem, jest zaskakująco mało nudna.

The Banner Saga 3 to kulminacja i zwieńczenie świetnej trylogii. Bardzo dobre zwieńczenie, chyba nawet lepsze, niż mogli się spodziewać bardziej pesymistycznie nastawieni fani. Trzyma poziom, dokręca śrubę, gra się dobrze, ciekawie i bez nudy. Ale już dość. Tak, wyszło znakomicie. Dziękujemy, to była niezapomniana przygoda. I tego się trzymajmy. Wspominajmy trylogię The Banner Saga ciepło i tak dalej. Ale już koniec Stoic Studio, dobrze? Z tej formuły więcej się już nie wyciśnie. I tak dobrze, że wystarczyła na trzy gry. Następnym razem poprosimy o coś nowego, znów świeżego, znów odkrywczego.

PCThe Banner Saga 3

  • dwie mocno asymetrycznie linie fabularne
  • realne zagrożenie porażką
  • nadal piękna oprawa muzyczna i wizualna
  • ciekawe nowości w sferze taktycznej
  • godne zwieńczenie świetnego cyklu
  • wymaga znajomości dwóch poprzednich części
  • polska wersja miejscami bełkotliwa
  • nowe opcje taktyczne są mało przejrzyste

Jest lepiej niż można się było spodziewać

Najnowsze
Lubisz nas?