Recenzja - konsole

Najlepszy tegoroczny horror, o którym nie słyszałeś - recenzja Rise of Insanity

Mateusz Mucharzewski, 18 lipca 2018 13:30 1

Brak promocji i nieznany deweloper. To zazwyczaj zwiastuje kiepski produkt. Jeśli to jest reguła, Rise of Insanity jest potwierdzającym ją wyjątkiem.

Rise of Insanity zainteresowałem się troszkę z braku innych, większych tytułów do ogrania i zrecenzowania. O produkcji polskiej ekipy Red Limb Studio słyszałem od dawna, ale brak większej promocji sugerował, że nie ma się specjalnie czym ekscytować. Wyjdzie z tego horror jakich na rynku całe mnóstwo. Dwie osoby na krzyż to kupią, cała reszta zapomni po pięciu minutach. Mimo wszystko oglądając napisy końcowe miałem ochotę powiedzieć tylko jedno - wiem, że nigdy nie słyszeliście o Rise of Insanity, ale to serio świetna gra.

Gdyby miał w najprostszy możliwy sposób opisać czym jest Rise of Insanity, określiłbym grę słowami “małe Layers of Fear”. Mechanika jest bardzo podobna i ogranicza się głównie do przemieszczania między małymi lokacjami. W przeciwieństwie do produkcji ekipy Bloober Team, więcej jest zagadek logicznych. Nie stanowią one jednak większego problemu i pokonuje się je szybko i sprawnie. Innym podobieństwem do Layers of Fear jest również stylistyka. Większość czasu poświęcamy na przemieszczanie się po starej rezydencji, która pod względem stylu mocno przypomina dom malarza z LoF.

Rise of Insanity wybrało również podobny sposób na straszenie. W grze nie ma przeciwników, z którymi możemy walczyć lub których trzeba unikać. Zamiast tego projektanci regularnie budują napięcie różnymi dźwiękami czy oskryptowanymi akcjami, które mają nas przestraszyć. Grając powtarzałem sobie w takich momentach, że to tylko wirtualny świat i nic mi nie grozi. Pomagało, chociaż wyraźne przyspieszenie akcji serca to w wielu momentach naturalna reakcja organizmu. Musiałbym być psychopatą, aby niekiedy nie podskoczyło mi tętno. Czuć w Rise of Insanity grozę, aczkolwiek mimo wszystko gra nie straszy tak często jak Layers of Fear. Wykorzystuje te same, sprawdzone mechanizmy, ale robi to rzadziej. Bywają nawet fragmenty, w których nie dzieje się nic strasznego.

Nie jest to wielki problem, ponieważ Rise of Insanity ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko straszne sceny. Gra opowiada historię psychologa, przyjaciela Abrahama Maslowa (tego od słynnej piramidy potrzeb Maslowa). Amerykański naukowiec nie występuje bezpośrednio w grze, ale możemy przeczytać listy, które wymieniał z protagonistą. Obaj panowie mieli powód do dyskusji. Bohater ma dosyć specyficznego pacjenta, którego męczą koszmary. W jednym śni mu się, że zabija żonę i dziecko. Problem w tym, że jest on kawalerem. Skąd więc biorą się te niepokojące sny? Jak je wyleczyć? Tak zaczyna się historia w Rise of Insanity.

Narracja prowadzona jest głównie przez liczne nagrania audio czy notatki. Za ich pomocą poznajemy kolejne strzępki historii, w szczególności związane z tajemniczym pacjentem głównego bohatera. Scenarzyści sprytnie dawkują nam informacje, dzięki czemu historia non stop trzyma w napięciu. Rise of Insanity nie ma nawet problemu, który występuje w wielu podobnych fabułach. Przez sporą część historii informacje tak mieszają się ze sobą, że nie wiadomo o co chodzi. Dopiero pod koniec wszystko zaczyna układać się w sensowną całość. Tutaj jest jednak inaczej. Od początku w głowie budowała mi się wizja tego co i dlaczego się wydarzyło. Jak przystało na dobry thriller pod koniec cała, wydawać by się mogło sensowna intryga, odwracana jest do góry nogami. Wszystko po to, aby w finale okazało się, że prawda jest zupełnie inna. Niczym w filmie Prestiż Christophera Nolana, w którym dopiero ostatnia scena wszystko wyjaśniała. Robiła to jednocześnie zaskakując odbiorcę i nie burząc logiki całego scenariusza. Podobnie jest w Rise of Insanity.

Wszystko to sprawia, że produkcja ekipy Red Limb Studio to genialne rozwiązanie dla zabieganych osób, które oczekują intensywnej rozgrywki, mocnych wrażeń i wciągającej historii. Co lepsze, gra bardzo szanuje czas gracza, dzięki czemu da się ją przejść w jeden wieczór. Mi ukończenie całości zajęło około 2 godziny. W czasach, w których wszystko musi mieć otwarty świat, tryb wieloosobowy, milion znajdziek i generyczne zadania dodatkowe, taka skondensowana produkcja sprawdza się wręcz fantastycznie. Zamiast poświęcać dwa tygodnie życia na jakąś grę, mogłem doświadczyć szeregu wrażeń w jeden wieczór. Dodajmy, że bardzo udany.

Nie wszystko jednak w Rise of Insanity wyszło idealnie. Nie oszukujmy się, relatywnie niewielkie studio nie mogło pozwolić sobie na dopracowanie wszystkiego do perfekcji. Przykładowo grafika, chociaż wygląda zazwyczaj solidnie, miewa gorsze momenty. Wystarczy rzucić okiem na poniższy screen, który przedstawia dwie sceny.

Pierwsza (lewa strona) to faktycznie lokacja w grze. Myślałem, że coś się popsuło i nie wczytuje tekstur. Znalazłem jednak na YouTube wideo, które pokazuje dokładnie to samo. Albo to zamierzone działanie twórców, albo ja i autor filmiku trafiliśmy na identyczny bug. Drugi screen pokazuje za to dobrze oświetloną lokację. Takie miejsce było tylko jedno (w końcu to horror, musi być mrocznie), ale wyraźnie było na nim widać niskiej jakości tekstury. Ostatnią rzeczą, która mi przeszkadzała to ekrany ładowania. Przenosząc się od jednego obszaru do drugiego, trzeba było oglądać czarny ekran z animacją oznaczającą ładowanie. Niby drobna rzecz, ale jednak nieco wybijała z klimatu.

Nie spodziewałem się po Rise of Insanity wiele, a dostałem bardzo udany horror. To pozycja wręcz obowiązkowa nie tylko dla fanów gatunku. Pozostali, o ile nie odstraszy ich kilka podnoszących ciśnienie momentów, doświadczą bardzo udanego thrillera. Wciągającego, trzymającego w napięciu do końca i przede wszystkim finalnie zaskakującego. Łatwo w gąszczu inny, większych i bardziej promowanych tytułów pominąć takie produkcje. Tym bardziej polecam pochylić się nad Rise of Insanity. Warto!

Rise of Insanity PC

  • Bardzo udana historia
  • Kilka podnoszących ciśnienie momentów
  • Brak dłużyzn i niepotrzebnych wypełniaczy
  • Niekiedy oprawa wizualna
  • Nieco wybijające z klimatu ekrany ładowania
Krótko, zwięźle i na wysokim poziomie. 8.0
najnowsze

Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2

W Beholder 2 przenosimy się do totalitarnego państwa i zaczynamy karierę w Ministerstwie na samym dole urzędniczej drabiny - dokąd zajdziemy?