Popkultura

Recenzja trzeciego sezonu Narcos. O dziwo miał sens!

Kamil Ostrowski, 16.09.2017 20:30 0

Kokainowym baronom w serialu grunt pali się pod nogami, ale twórcy serialu mogą spać spokojnie, bo odwalili kawał dobrej roboty.

Po dwóch pierwszych sezonach Narcos byłem zdania, że projekt ten lepiej jest zamknąć, póki budzi dobre skojarzenia. Dowodem na moją pomyłkę jest to, jak błyskawicznie wciągnąłem trzeci sezon. Twórcy stanęli na wysokości zdania i odcinając się niemalże zupełnie od dwóch pierwszych serii, stworzyli od podstaw bardzo ciekawą, spójną i satysfakcjonującą opowieść.

Jeżeli oglądaliście poprzednie sezony, albo chociażby rzuciliście okiem na zapowiedzi czy zwiastuny to wiecie na pewno, że trzeci sezon skupia się innym kartelu narkotykowym, niż ten opisywany w poprzednich dwóch seriach (nic dziwnego, skoro Pablo Escobar został zabity ). Tym razem na celownik wzięto więc kartel z Cali. Tak, ten sam kartel z Cali, który będąc konkurentem Pablo Escobara wspierał milicję go zwalczającą. Jak możecie się domyślić, po zlikwidowaniu głównego konkurenta, to oni wyrośli w regionie na kokainową potęgę.

Nowi „baronowie”, lub Narcosi jak kto woli, różnią się od starych(starego) prawie wszystkim. Mają zupełnie inny styl - o ile Pablo Escobar stał w świetle reflektorów i afiszował się z bogactwem, wpływami i władzą, tak Dżentelmeni z Cali, bo taki przydomek nadało sobie czterech wspólników, trzymają się w cieniu, pociągając za sznurki z bezpiecznej odległości. Schowali się za plecami potężnych sojuszników, omamiając ich wizją bezkrwawego narkobiznesu i ewentualnej kapitulacji. Wiele osób, również prominentnych polityków, część być może nawet działając w dobrej wierze, przystało na taką ofertę. Stąd sytuacja jest pod pewnymi względami trudniejsza i bardziej skomplikowana, niż w przypadku walki z kartelem z Medelin. Jak widzicie, brakuje punktów stycznych z poprzednimi odcinkami. Jest kokaina i agent Javier Peña, grany przez Pedro Pascala, znanego z Gry o Tron, ale to wszystko.

Ten inny sposób „rozgrywania” prowadzenia narkobiznesu ma przełożenie na akcję, która ma inny charakter, niż w przypadku pierwszego i drugiego sezonu. Wojna z narkotykami przestała być wojną w dosłownym rozumieniu tego słowa. Kartele narkotykowe zrozumiały, że przemoc jest kiepska dla interesów, w związku z czym więcej mamy intryg, pociągania za sznurki, przekupstwa, gry strachem, pieniądzem, zazdrością i żądzą. Oczywiście przestępczość nie byłaby przestępczością, gdyby parę trupów się nie pojawiło. Spokojnie, strzelaniny też są. Po prostu nowy kartel zamiast tworzyć państwo państwie, wolał wejść w pewną symbiozę z już istniejącymi strukturami, co też przekłada się na jego sposoby działania. Pod pewnymi względami to uspokaja akcję, ale z drugiej strony podbija stawkę. Nie będzie wielkim zaskoczeniem jeżeli napiszę, że aby pokonać kartel z Cali agent Peña będzie musiał wyjść parę kroków poza zwyczajne zamknięcie ich w pudle.

Wypada mi też przestrzec niecierpliwych, których zniechęcą pierwsze odcinki. Faktycznie, wcześniejsze sezony otwierano z pompą, a w tym przypadku scenarzyści potrzebowali chwili czasu, aby odpowiednio zbudować napięcie i relacje pomiędzy postaciami. Tych ostatnich jest zresztą zdecydowanie więcej niż wcześniej, a poza tym są wyraźnie ciekawsze. Każdy z bossów z Cali dostaje wystarczająco dużo czasu antenowego, aby zaprezentować różne swoje oblicza. Pozostali członkowie gangu również, a nie brakuje tam interesujących charakterów. Nie ma sensu wymieniać wszystkich z osobna, uwierzcie mi – nie ma tutaj kiepskich postaci. Z najlepszych z najlepszych wypada za to wymienić chociażby Alberto Ammana jako „Pacho”, Matiasa Valerę jako „Jorge Salcedo” i Juana Calero jako Nevegante. Swoją drogą twórcom serialu udało się stworzyć jedną z ciekawszych kreacji „wkurzającej partnerki” w postaci żony Salcedo, szefa ochrony kartelu z Cali. Z jednej strony jej gderanina irytuje, ale w taki sposób, że widz rozumie jej zdenerwowanie od początku do końca. Zresztą kiedy przychodzi co do czego, nie daje ciała.

Narcos nie straciło też nic ze swojego specyficznego klimatu. Postaci wciąż mówią w większości po hiszpańsku, czuć wiszący w powietrzu upał i pot spływający po karkach. Specyficzne zacięcie i nierówności społeczne, dziwaczny sposób pojmowania rzeczywistości, nieco abstrakcyjne przenikanie się świata przestępczego, biznesu i polityki tworzy wiarygodny obraz świata Południowej Ameryki z jej blaskami i cieniami.

Grubo pomylili się ci, którzy wieszczyli rychłą śmierć narkobiznesu. Trzecim sezonem twórcy udowodnili, że Narcos ma potencjał stać się czymś więcej, niż telewizyjną ekranizacją życiorysu Pablo Escobara. Osobiście bawiłem się przednio i mam szczerą nadzieję, że serial wróci z opowieścią o kolejnej grupie przestępczej. Nie obraziłbym się, gdyby wyszli poza Amerykę Południową, ale z drugiej strony, patrząc na to jak dobrze poradzili sobie twórcy tym razem, muszę stwierdzić że obecna koncepcja jeszcze się nie wyczerpała.

najnowsze