Felieton

Kodowanie popkultury: Ci dziwni Słowianie

Łukasz Wiśniewski, 24 czerwca 2017 10:00 6

Turbolechici i inne “słowiańskie” abominacje to część szerszego zjawiska. Głodu spuścizny kulturowej. Głodu, którego popkultura nie umie zaspokoić.

Tym razem mam bardzo mocny pretekst. Chodzi o spuściznę słowiańskiej kultury i jej obecność w popkulturze. Bezpośrednim sprawcą jest Konrad T. Lewandowski, pisarz, mój kolega z Klubu Tfurcuff (taki członek sprzymierzony), facet, którego znam ze dwie dekady i który jest niereformowalny. Uwielbia obrażać ludzi i sam przyjmuje nawet najmocniejsze uderzenia słowne, niczym bokser na treningu. Nie gadajmy o jego kondycji społecznej, bo Facebook pozwolił mu uwolnić to, co w nim najgorsze. Pogadajmy o tym, co u słynnego Przewodasa jest najlepsze. A jest to walka o nasze korzenie kulturowe, te sięgające głębiej niż chrystianizacja. Tu od razu prośba: w potencjalnych komentarzach nie kłóćmy się jak on, nie pyskujmy na temat wiary, bo na warsztat właśnie wrzucam coś znacznie ważniejszego. Serio.

15 czerwca tego roku na terenie Słowińskiego Parku Narodowego odbyła się akcja protestacyjna. Neopoganie, rodzimowiercy, jakbyśmy ich nie nazwali, buntowali się przeciwko inicjatywie gminy Smołdzino. Bo pomysł wójta i lokalnych przedstawicieli Kościoła rzymskokatolickiego zakłada budowę kaplicy na górze Rowokół. Słowiańscy rodzimowiercy mówią, że było tam miejsce kultu, mają dowód w postaci paleniska. U stóp wzgórza są ślady grodu - naturalne byłoby posadowienie go wyżej, ale jeśli tam był chram, to nie było takiej opcji. Rowokół wznosi się na 115 metrów nad poziom morza, biorąc pod uwagę sześć kilometrów dzielące go od brzegu morskiego, nie był to punkt orientacyjny (prymitywna latarnia morska). Po coś to palenisko tam istniało.

Doświadczenie historyczne mówi też, że nie stawiano chrześcijańskich kaplic w punktach losowych. Zwykle budowano je na miejscu dawnych chramów czy świętych gajów. Przypomina to “oznaczanie” terenu przez psa: to mój teren, spadaj. Dlatego w całej Polsce w miejscu ośrodków kultu słowiańskiego budowano choćby skromne kapliczki. Na Rowokole też. Źródła kłócą się, czy dedykowano obiekt świętemu Mikołajowi, patronowi żeglarzy, czy uczyniono tam miejsce kultu maryjnego. Dziś wójt ma kasę, by postawić kapliczkę. Nie ma kasy, by postawić tam posąg któregoś ze słowiańskich bogów. Mówi rodzimowiercom: luz, zbierzcie kasę sami. No ale tak w ogóle to park narodowy, więc o zezwolenie będzie bardzo trudno.

foto: Mathiasrex, Maciej Szczepańczyk

No i tu tak naprawdę wchodzimy w nasz temat. Wójt uważa, że kapliczka pobudzi turystykę, zwłaszcza religijną. Trochę to szalone. Z doświadczenia wiem, że ten rodzaj turystyki kwitnie wokół miejsc cudownych, albo przy wszelakich kalwariach. Kapliczka posadowiona na rubieżach Słupska przyciągnie co najwyżej wójta i kilku mieszkańców. Chrześcijaństwo ma bowiem też swoją popkulturę. To są święte obrazy, kalwarie… Nic z tych rzeczy nie ma nic wspólnego z Rowokołem. Jeśli więc wójt chce turystyki, niech idzie na ostre z proboszczem, bo lokalny posąg słowiańskiego boga da radę ściągnąć więcej turystów niż kolejna kapliczka. Konrad T. Lewandowski mówi nawet: a niech będzie kapliczka, ale multiwyznaniowa, dostępna dla każdego związku wyznaniowego zarejestrowanego w RP.

Jeszcze raz: jeśli wójt chce turystyki, niech stawia na neopogan. Bo to oni są ciekawostką, której inne gminy nie mają. Bo my, Polacy, ogólnie nie umiemy w atrakcje historyczne. W USA, których historia jest śmieszna w porównaniu z naszą, jakiekolwiek historyczne miejsca mają generować zysk. No i generują. Kto by nie zapłacił za wieczór przy prasłowiańskim palenisku? Jeśli ustawi się cenę rozsądnie, to i Polacy przybędą uczyć się o swojej prahistorii, a obcokrajowcy pozostawią wiele euro w zamian za bytowanie z - dla nich - egzotyczną kulturą. Bo Słowianie mogą być egzotyczni. Tego wójt nie ogarnia, ale ogarniają twórcy popkultury. Na razie jeszcze na mała skalę, daleko nam do Wikingów czy Celtów, ale nie z naszej winy.

W wielkim kulturowym wyścigu jesteśmy poszkodowani. Irlandia nie dość, że miała mnichów, którzy zapisali jej legendy i wtłoczyli je w tradycję chrześcijańskiej Europy, to jeszcze za pomocą głodu eksportowali swoją ludową muzykę na wszystkie kontynenty. Poza szantami prawdziwymi, czyli pieśniami pracy żeglarzy, ponad połowa pieśni kubryku wywodzi się z tradycji irlandzkiej. Czyli celtyckiej. Wikingowie przyjęli wiarę politycznie, by uwolnić się od potencjalnych reperkusji po ataku na Wyspy Brytyjskie. W mocno pokręconym okresie przejściowym iluś mnichów spisało ich wierzenia. Decyzja Mieszka I obejmowała dwór i możnowładców, na prowincji dalej wyznawano dawnych bogów, z czasem doszło nawet do buntu. Bazująca na przekazie ustnym tradycja słowiańska nie dostała jednak swego skryby.

Nasza wiedza o religii i tradycji przodków nie wywodzi się ze średniowiecza. Wszystko co wiemy, zawdzięczamy epoce oświecenia. Wtedy powstały podwaliny myślenia o narodzie w sposób, jaki dziś dominuje w dyskursie. Badacze pobiegli w lud, gotowi wysłuchać każdej klechdy, którą miał do zaoferowania dowolny starzec w dowolnej napotkanej wiosce. Nasza wiara przodków istnieje tylko w tej wersji: przesądy spisane na przełomie XVIII i XIX wieku. Dlatego tyle wiemy o złych i dobrych duchach, magicznych istotach związanych z codziennym życiem, a yleżymy pod względem bogów. Wiedza o nich wychodzi z zupełnie innego źródła. Takiego, za które turbosłowianie od Wielkiej Lechii mnie spalą na stosie.

Słowianie nie mieszkali tu, gdzie żyjemy, od niepamiętnych czasów. W czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów narodziła się wizja szlachty jako Sarmatów. Scytyjskich wojowników, którzy przybyli na ziemie zamieszkane przez ogólnie pokojowych Słowian. Dziś dalej jest to kultywowane, istnieją nawet historyczne przesłanki w postaci elementów heraldyki scytyjskiej w naszych herbach. Problem w tym, że Słownianie byli niemalż ostatnią falą wędrówki ludów. Wcześniej ludy wypychane przez brutalniejszych sąsiadów wbijały się w tygiel środkowej Europy. Kim byli goście, którzy mieszali się tu z Germanami i Celtami? Nic o nich nie wiemy, poza tym, co umieli wytworzyć. Nagle w szóstym wieku na granicy znanego świata pojawiają się najeźdźcy. Siła, z którą nikt w okolicy nie umie sobie poradzić.

Południowe odłamy Słowian uderzyły w syte i spokojne ziemie Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego. Skostniała administracja mogła jedynie patrzeć, jak kolejne prowincje opuszczają Imperium. W ciągu kilku dekad jedno z najpotężniejszych państw straciło w zasadzie całe Bałkany. Ewidentnie Słowianie nie byli miłymi gośćmi, pokojowo nastawionymi rolnikami. Szliśmy po swoje jak burza, na północy wojowniczy Germanie zatrzymali nas z grubsza na linii Łaby. Turbolechici z ich Imperium niech się schowają, prawdziwa historia jest ciekawsza. Na wejściu rzuciliśmy Bizancjum na kolana.

Podobno pierwszego wrażenia nie da się zatrzeć. Wschodnie cesarstwo źle zniosło ten łomot, klika Traków wyszła do przodu z planem naprawienia Imperium. Justynian obsadził władze militarne swoim ziomkami z Tracji. Generał Belizariusz jednakże nie próbował odzyskać pełnej kontroli nad Bałkanami - miał za dużo problemów na południu, z Persami. Dyplomacja Bizancjum zrobiła swoje: przekabaciła nowych osadników. Ktoś tam zrozumiał, że Słowianie mogą iść dalej jak burza, bo nie szanują ziemi. Więc zatrzymano naszych południowych braci dając im bardzo dobre warunki. Byle przestali migrować. Mieszkają tam do dziś, więc się jednak udało.

Czy ludy scytyjskie, Sarmaci, mieli swój udział w naszej kulturze? Czemu nie? Ślady w heraldyce są znaczące. Tyle, że nie było akcji: przychodzimy do rolników Słowian jako rycerze. Prędzej już wściekli nomadzi spuścili łomot osadnikom i dograli się z nimi z pozycji siły. Herby zaś zostały. Zaś naszych dawnych bogów możemy próbować odtwarzać poprzez wspólne dziedzictwo. Jesteśmy bowiem w zasadzie przedostatnimi dziećmi epoki wielkich migracji. Grecy byli znacznie bliżej początku – i to analizując ich panteon, zestawiając go z wierzeniami kolejnych fal, badacze potrafią ustalić, jak mogła wyglądać słowińska religia. Przepraszam was, Turbolechici. Słowianie nie są rdzenną ludnością o całkowicie unikatowej kulturze.

Chciałem coś z rozbiegu napisać o tym, jak słowiańszczyzna czuje się w literaturze i w grach, ale podliczam słowa i wychodzi mi, że to temat na przyszły tydzień. Mam już swoja listę twórców, ale w komentarzach możecie mi zaznaczyć, jeśli macie swoich ulubionych autorów/dewsów. Darujcie sobie tylko oczywiste oczywistości, w rodzaju Wiedźmina.

Zona zgona - już graliśmy w Chernobylite studia Farm 51
W co pogrywa Nocny Kochanek?
Kodowanie popkultury: śwagier, zabioro nam memy!
najnowsze