InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne. Nie chce nam się już strzelać...

... Sławek Serafin

Battlefield, Call of Duty, klasyczne sieciowe, drużynowe strzelanki. Dlaczego przestajemy w nie grać?

Coś się porobiło. Nie chce nam się już strzelać. Hmm, to znaczy, przepraszam, dalej nam się chce i to bardzo. Są na to różne przykłady. Ale nie chce nam się już strzelać tak dla samego strzelania. Ten trend nie jest wcale nowy, żeby nie było, bo już powolna śmierć arenówek takich jak różne Quake'i i Unreal Tournamenty pokazała, że ludzie po prostu odchodzą od tego rodzaju rozrywki. Ale nie mówiło się o śmierci sieciowych shooterów w ogóle, bo przecież były Battlefieldy i Call of Duty, które co roku biły rekordy sprzedaży i tak dalej. Miliony sprzedanych egzemplarzy, setki tysięcy aktywnych graczy o każdej porze dnia i nocy, gdzie tu jakieś umieranie, nie? Wręcz przeciwnie, wydawało się, że gry tego typu radośnie kwitną, że wyrastają ponad resztę, rzucając na nią cień, jak jakiś kolos. Teraz okazało się, że ten kolos nie tylko ma gliniane nogi, ale też ta glina zaczyna się już mocno kruszyć i cała, kiedyś robiąca takie wielkie wrażenie postać chyli się ku upadkowi.

Star Wars: Battlefront

Zaczęło się w ubiegłym roku, od Star Wars: Battlefront. Znakomita sprzedaż, nie przeczę, ale to była zasługa kinowej premiery Gwiezdnych Wojen głównie. Co zresztą było doskonale widać już w kilka tygodni później, gdy liczba aktywnych graczy poleciała na łeb na szyję. Zwłaszcza na PC, który jak zwykle jest względem konsol o kilka lat do przodu jeśli chodzi o reakcję na rynek i poddawanie się nowym trendom, które potem migrują w kierunku grania na PlayStation i Xbox. Star Wars: Battlefront praktycznie nie istniał na PC. Ale to mógł być wypadek przy pracy, prawda? Tyle, że nie był. Weźmy tą jesień. Trzy duże premiery, trzy duże, głośnie shootery. Battlefield 1, Call of Duty: Infinite Warfare i Titanfall 2. I co? Battlefield 1 sprzedaje się bardzo dobrze. Niby ok. Ale nowe Call of Duty osiąga wynik o połowę gorszy niż poprzednia, ubiegłoroczna część. A Titanfall 2, który według recenzentów i krytyków jest najprawdopodobniej, tak obiektywnie rzecz biorąc, najlepszą z tych gier? Czterokrotnie gorsza sprzedaż, niż pierwszej części Titanfall. Katastrofa. I tylko Battlefield 1 się wyłamuje z schematu... ale pozornie. Gra sprzedała się nieźle dzięki dobrze prowadzonej promocji. Ale czy jest grana? Niby tak. Tyle, że w dwa miesiące po premierze Battlefield 1 ma o połowę mniej aktywnych graczy, niż Battlefield 3 miał w trzy miesiące po swojej premierze cztery lata temu. Zastanawiające, prawda? Oczywiście, znów mówię o wersji PC, ale już ustaliliśmy, że konsole mają jak zwykle sporego laga. Zareagują później. Nowy trend i tak rysuje się aż nadto wyraźnie.

Battlefield 1

Ale czy to znaczy, że ludziom naprawdę nie chce się już strzelać? Jasne, że nie. Nie chce im się jednak strzelać ot tak, bez jakiegoś większego celu i sensu. Strzelanie do siebie nie jest już fajne, jeśli nie chodzi w tym o coś więcej. I nie mówię tu o blaszkach, błyskotkach i zabawkach, którymi Battlefieldy i Call of Duty obsypują graczy nader szczodrze. Gry, i gracze też, wyewoluowali już poza czyste, zręcznościowe zabawy w stylu Quake i Unreal Tournament. I teraz jakoś tak wszyscy zauważyli, że te dzisiejsze strzelanki też są takie. Dlatego porzuca się je na rzecz strzelanek innych. Strzelanek z sensem. Destiny i The Division na przykład. Niby też shooterki jak się patrzy, ale oczywiste jest, że chodzi w nich o coś innego, że istotą gry są łupy, statystyki i tak dalej. Elementy RPG. Albo Rainbow Six: Siege. Strzelanie i fragi są tutaj nieistotne, nie w sytuacji gdy największą rolę odgrywa taktyka, zgranie i planowanie. A Overwatch? Ten to już wbił ostatni gwóźdź w trumnę wszystkich Battlefieldów i Call of Duty tego świata, ze swoimi 20 milionami sprzedanych egzemplarzy. To też jest strzelanka, prawda? Ale najważniejsze są postacie, ich umiejętności, interakcje i taktyki. Celowniczek jest drugorzędny. Celowniczki się znudziły, gdy okazało się, że można jednak z powodzeniem wyjść poza i ponad nie. Battlefieldy, Call of Duty i reszta nie wyszły. I teraz cierpią.

Call of Duty: Infnite Warfare

I wcale nie pomogła konkurencja ze strony innych gatunków, które przybyły, zobaczyły i zdobyły sobie serca ludzi, którzy dawniej spędzali setki godzin na sieciowym strzelaniu. Różne League of Legends, różne World of Tanks, różne Minecrafty, ARKi i Rusty wzięły w jasyr weteranów Strike at Karkand, Metra, Crash i Nuketown. I jakoś nie chcą ich oddać. Nie mówię o tym już, że nowi gracze, wchodzący dopiero do sieciowego świata, od razu zatrzymują się na tych produkcjach i do strzelanek często już nie docierają nawet. Kiedyś, jeszcze kilka lat temu, online'owy shooter był synonimem gry sieciowej, prawda? A dziś? Dziś na hasło "gra sieciowa" przychodzą nam do głowy MMO, MOBA, surwiwalowe sandboksy i tak dalej. I może potem, długo potem, właśnie jedna z archaicznych strzelanek. Nie bójmy się tego słowa. Battlefield, Call of Duty i ich pociotki to gry archaiczne już. Ma się do nich sentyment, myśli się o nich ciepło i z nostalgią, ba, można nawet czasem zagrać. Ale nuda i monotonia aż wali po oczach. I wraca się do gier bardziej nowoczesnych, lepiej przemyślanych, ciekawszych i bardziej emocjonujących. Siły sentymentu nie można nie doceniać, co zresztą widać po solidnych wynikach sprzedaży takich gier jak Doom czy Shadow Warrior 2, odwołujących się właśnie do tradycji i kultowości dawnego strzelania z perspektywy pierwszej osoby. Ale te gry nie żyją. Nie tworzą się wokół nich społeczności. Nie takie, jak dawniej wokół Quake, Unreala, Battlefielda i Call of Duty czy tam innego Halo. Teraz społeczność ma League of Legends. Ma Overwatch. Ma Rainbow Six: Siege. Gry, które zastąpiły dawne shootery.

Titanfall 2

Ale dlaczego? Tak, koncepcja jest przestarzała już nieco, ale bez przesady. Miliony ludzi nadal mają sentyment do tych gier. I kupują je, tak jak Battlefielda 1. Ale potem już nie grają z takim zapałem, prawda? Po części dlatego, że są gry inne, lepsze sieciówki. Po części zaś dlatego, że nie ma już społeczności. Zostały pocięte na kawałki dla pieniędzy. Wielkie koncerny dostrzegły w shooterach żyłę złota. I zaczęły eksploatację rabunkową za pomocą głupiej, krótkowzrocznej techniki spamu płatnych dodatków. Pisałem już o tym w tekście o DLC. Nic nie zabija tak skutecznie społeczności fanów, jak sztuczne podziały. Na tych, którzy mają dodatki i tych, którzy ich nie mają. Wydawcy mieli radosne, dochodowe żniwa, ale nie zauważyli, że przy okazji niszczą spoiwo tego wszystkiego. Społeczność musi grać razem. Cała. Wtedy może rosnąć, kwitnąć, całymi latami. Jeśli będzie się rozszczepiała, to sama z siebie, dzieląc się na fanów takich, a nie innych modów na przykład. I to jest zdrowe. Dzięki temu gra żyje i się rozwija. Ale dzielenie jej na tych co mają, i tych co nie mają? Zmuszanie do kupowania kolejnych wersji co rok? To nie jest pielęgnowanie tej społeczności, tylko jej bezlitosne, głupie dojenie. Czy w takiej sytuacji ktoś się dziwi, że ludzie odchodzą, że przerzucają się na różne inne gry? Zwłaszcza, gdy te inne gry są obiektywnie lepsze, ciekawsze i bardziej nowoczesne? No właśnie. Klasyczne shootery faktycznie powoli odchodziły sobie w cień, ale polityka wielkich wydawców ten proces znacznie przyspieszyła i wzmocniła. I stąd te dzisiejsze fatalne wyniki.

Overwatch

I co teraz? Coś się musi zmienić. Jak na razie jeszcze nie wiadomo co dokładnie. Następnego Battlefielda nie będzie przez kilka lat, to już wiemy. Electronic Arts i DICE też zauważyli, że coś im się tutaj sypie. Będą kombinować. Następne Call of Duty? Pewnie będzie, jak zwykle. Ale jeśli ktoś nie wpadnie na jakiś genialny pomysł i nie zagra kartą sentymentu oraz dobrą promocją, to sprzedaż będzie jeszcze gorsza. Na kolejnego Titanfallnajprawdopodobniej w ogóle nie mamy co liczyć. Nie po takiej porażce. Co zostaje? Różne niszowe produkcje niezależne. Tych nigdy nie braknie. Ale jakiś duży, popularny shooter z prawdziwego zdarzenia? Cóż, tutaj bym oddechu nie wstrzymywał w pełnym nabożnej czci oczekiwaniu. Szkoda. Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz... Już lepiej sobie odpalić Overwatcha. I czasem rzewnie wspomnieć stare, dobre czasy spędzone na Strike at Karkand albo na Rust.

No dobra, można też wyprzeć prawdę, zaprzeczyć rzeczywistości i iść grać w Counter-Strike'a...

Najnowsze
Lubisz nas?