InformacjeRecenzja - PC

Nareszcie dobry Battlefield! Recenzja Battlefield 1

... Sławek Serafin

Jakże miło jest zagrać w końcu w Battlefielda, który nie jest dokładnie taki sam jak poprzednie lub też tak bardzo inny, że wręcz niegrywalny.

Battlefield 1 przywraca wiarę... no, nie w ludzkość na pewno, ale w studio DICE i wydawcę Electronic Arts. Przez kilka ostatnich lat próbowali uparcie mierzyć się z głównym konkurentem, serią Call of Duty, na polu bitwy współczesnych konfliktów zbrojnych, co im z każdą kolejną odsłoną cyklu wychodziło coraz gorzej i coraz bardziej żałośnie. A potem, tak jakby uznając swój błąd, skierowali się w strony zupełnie nowe, wydając na świat biednego, upośledzonego Battlefield: Hardline oraz skrojone pod płytkie, masowe gusta Star Wars: Battlefront. Wiem, wiem, to ostatnie nie było Battlefieldem z imienia, ale chyba nie ma wątpliwości, że duch rozgrywki był ten sam. Tyle, że uproszczony do bólu. Krótko mówiąc, DICE pogrążało się coraz bardziej. Na szczęście w końcu ktoś tam poszedł po rozum do głowy i wymyślił Battlefield 1. Czyli najlepszą grę w serii od lat sześciu i premiery Battlefield: Bad Company 2. I na dodatek wyjątkową.

Battlefield 1 wyjątkowy jest bez wątpienia, a to dlatego, że jako pierwszy ma naprawdę porządnego singla. To już dziesiąta gra Battlefield. Pierwsze znakomicie obywały się bez rozgrywek dla pojedynczego gracza i kampanii fabularnych. Potem jednak, wraz z migracją serii na konsole, takie tryby się pojawiły. I były złe. Albo w najlepszym wypadku bardzo średnie i nudnawe. Co zresztą mówię z bólem serca, jako wielki fan chłopaków z Bad Company, którzy byli fenomenalni, tylko sama gra dookoła nich była słaba. Ale to już przeszłość, bo oto DICE, proszę pań i panów, zrobiło kampanię, w którą się dobrze gra. A właściwie pięć kampanii od razu. Kampanijek w zasadzie, bo rozgrywanych na dwóch, trzech, w porywach do czterech map. Każda opowiada nam inną historię z I wojny światowej, każda ma innych bohaterów i inne założenia podstawowe. W jednej szarpiemy się w wojnie okopowej na półwyspie Gallipoli, po australijsku. W innej oddychamy alpejskim powietrzem walcząc z żołnierzami cesarsko-królewskimi. W jeszcze innej po łotrowsku latamy nad Francją, a w kolejnej taplamy się w tymże francuskim błocie razem z dumą brytyjskiego korpusu pancernego, Dużą Bess.

Te małe kampanie nie są równe. Są lepsze i gorsze. Ale najsłabsza i tak jest powyżej średniej. Opowiadane przez nie historie są całkiem niezłe i dobrze prowadzone za pomocą scenek przerywnikowych i narracji w tle. Próbują chwytać za serce i snuć przejmujące wizje ludzkich dramatów. Nie udaje im się to zwykle, prawdopodobnie przez drewniany polski dubbing, ale są wystarczająco emocjonujące, by nie narzekać. Twórcy postarali się by je zróżnicować, nie tylko tak ogólnie, jedną od drugiej, ale też w ramach każdej opowieści. Tempo ulega zmianie, klimat też, podobnie jak scenerie a nawet sam sposób rozgrywki. Fajne to. Dobrze się gra. Nie nudzi. Przyjemna zabawa. Na kolana nas Battlefield 1 tymi swoimi historiami z I wojny światowej nie rzuca, ale jest solidnie, rozrywkowo i chce się każdą opowiastkę zaliczyć do końca. A to już jest dziesięć razy więcej, niż w przypadku poprzednich gier z serii. Szkoda trochę, że nie mamy tutaj, nie wiedzieć dlaczego, spodziewanej rzezi w okopach na froncie zachodnim, z gazem, artylerią i całą to otoczką, ale podejrzewam, że to sobie twórcy zostawiają na dodatek, który wprowadzi żołnierzy francuskich. Wtedy nam zrobią jakieś Verdun pewnie. Na razie musimy przeżyć bez niego. Ogólnie na plus wszystko, nie jakiś olbrzymi, ale porządny i wyraźny.

Ale wiadomo, to Battlefield. Kampania singlowa się tak naprawdę w ogóle nie liczy, czy jest niezła, czy słaba, czy też w ogóle jej brak. Najważniejsze są rozgrywki wieloosobowe. Które po raz pierwszy od lat pachną świeżością, oryginalnością i ogólnie czymś przyjemnym. Żadnych gadżetów z kosmosu, żadnych dronów, kolimatorów, wyrzutni rakiet i tego wszystkiego, co już nas zmęczyło pojawianiem się w każdej kolejnej grze z tej serii. Tu wracamy do podstaw. Mężczyźni, ich karabiny, ich granaty gazowe. Cóż, może z tymi karabinami przesadziłem trochę. Jeśli pamiętacie z lekcji historii, programów popularnonaukowych czy być może samodzielnie i samorzutnie, o zgrozo, przeczytanej książki, jakim uzbrojeniem posługiwali się żołnierze w I wojnie światowej, to grając w Battlefield 1 zapewne trochę się zdziwicie. Nikt tutaj nie biega z normalnymi karabinami, oprócz zwiadowców-snajperów. Wszyscy pozostali gracze, czyli znakomita większość, nosi broń albo automatyczną całkiem, albo przynajmniej półautomatyczną tudzież samopowtarzalną. Czyli coś, czym w rzeczywistości posługiwał się jakiś jeden procent ówczesnych żołnierzy. I to dopiero pod koniec wojny. Ja rozumiem, że wszyscy już się przyzwyczaili nie do celowania i strzelania, lecz do walenia seriami mniej więcej w ogólnym kierunku wroga. Ja wiem, że obsługa klasycznego karabinu to byłby horror dla posiadaczy konsolowych padów. To wszystko jest oczywiste. Ale mimo wszystko szkoda, że pod względem uzbrojenia osobistego autorzy zrobili z I wojny światowej wojnę współczesną. Z drugiej strony jednak wypada być wdzięcznym, że przynajmniej reszta jest w miarę wierna realiom. A do tych automatów w sumie dość szybko można się przyzwyczaić. A nawet trzeba.

W Battlefield 1 najbardziej podoba mi się nowy tryb rozgrywek sieciowych, Operacje. W końcu udało się DICE wymyślić nie tylko coś nowego, ale też faktycznie grywalnego, emocjonującego i fajnego. Operacje to wersja rozwojowa tego, co wprowadzono w Star Wars: Battlefront. I w sumie, tak naprawdę mieszanka pomysłów wziętych z klasycznego Podboju oraz również już klasycznej Gorączki. Ale udało się to połączyć naprawdę dobrze. Każda Operacja to prawie godzinna bitwa rozgrywana na dwóch kolejnych mapach, gdzie jedna strona atakuje cały czas, a druga się broni. Każda mapa podzielona jest na kilka sektorów obrony, które muszą być zdobywane po kolei, poprzez zajęcie dwóch czy trzech kluczowych punktów w danym sektorze. Brzmi trochę jak Gorączka, ale gra się inaczej, bowiem punkty mogą przechodzić z rąk do rąk, jak w Podboju. Ogólnie jest bardzo fajnie, intensywnie i tak dalej... choć tylko na mniejszej wersji Operacji, tej dla 40 graczy. Można grać również na serwerach dla 64 osób, ale odradzam. Mapy są zaprojektowane z myślą o mniejszych drużynach po prostu. Są dobrze przemyślane, bogate w przejścia, podejścia, wąskie gardła i tak dalej, ale naprawdę z myślą o dwóch zespołach po dwadzieścia osób. Przy maksymalnej liczbie 64 zawodników gra robi się zbyt przypadkowa, zbyt chaotyczna i bezmyślnie rzeźnicka. Jak stare, dobre Metro z Battlefield 3 na serwerach 64 24/7. Operacje są naprawdę klimatyczne, lekko nawet podbudowane fabularnie i gra się je znakomicie. Ale na mniejszych serwerach. Pełen garnitur 64 osób zostawmy sobie na Podbój, gdzie jest miejsce na takie tłumy.

I wojna światowa dobrze służy Battlefield 1. Sprzęt z tamtych czasów jest przyjemnie starodawny i bawimy się tymi dwupłatowcami, sterowcami, czołgami i pociągami pancernymi z prawdziwą radością. Mapy usiane są również stanowiskami kaemów, cekaemów i dział, wszystkich bardzo przydatnych, jeśli się wie co robi i zna teren. Znajomość terenu zresztą jest warunkiem koniecznym do tego, by nie ginąć raz za razem nie wiadomo jak, skąd i dlaczego, nawet na najmniejszych mapach, nie mówiąc już o tych naprawdę dużych. Ale ta wiedza przyjdzie z czasem, podobnie jak obligacje wojenne, za które można wykupić nową broń i dodatkowe wyposażenie dla każdej z czterech podstawowych klas postaci oraz podklas pozostałych, takich jak czołgiści, piloci i żołnierze elitarni, pancerni, w mordercze zabawki uzbrojeni. Bardzo przemyślnie potraktowano zresztą właśnie operatorów pojazdów, którzy stają się nimi w momencie odrodzenia w tymże pojeździe. Sprzętu żadnego sensownego nie mają, ale mogą naprawiać ów pojazd od środka w powolnym tempie. Lub też wyskoczyć na zewnątrz i zaryzykować szybszą naprawdę pod kulami. Skończyło się już jeżdżenie szturmowcem w czołgu czy też branie samolotu przez snajpera, żeby sobie podlecieć na górkę, na której jaśnie pan będzie siedział całą rundę i zabije trzy osoby w sumie. To zdecydowany plus Battlefield 1, kolejny już.

Ogólnie Battlefield 1 składa się z samych plusów w zasadzie. Niezbyt dużych, nie takich, które górują monumentalnie nad wszystkim dookoła, spowijając otoczenie w dusznym cieniu swojej wielkiej pozytywności. Nie, te plusy tutaj są albo małe, albo średnie, ale za to jest ich dostatek, gdzie by nie spojrzeć i jak by nie słuchać. A chyba nie muszę mówić, że Battlefield 1 wygląda świetnie i brzmi jeszcze lepiej. Ani też, że pięknie się tu wszystko rozwala? A tym razem rzeczywiście się wszystko rozwala, a nie tylko ten jeden czy dwa zaplanowane elementy. Pod tym względem powrócono do czasów nieskrępowanej demolki z Bad Company 2. I pewnie też dlatego jest to właśnie najlepszy Battlefield od tamtego pięknego 2010 roku. Szkoda tylko, że nie będzie wspierał modów, bo wtedy można by go nawet porównać do pierwszych części cyklu. Tak dobrze jednak nie ma. Nie ma nawet trybu hardcore jeszcze, ale na szczęście ma zostać wprowadzony wkrótce, a już teraz można sobie go ustawić ręcznie, grzebiąc w poszczególnych opcjach serwera, więc nie o co drzeć szat. Jest dobrze. Nie genialnie, ale dobrze.

Battlefield 1 wyciąga serię z marazmu. Nie odchodzi od niego daleko, rewolucji i trzęsienia ziemi nie serwuje, ale jest dużym krokiem w dobrym kierunku i sprawia, że znów można się bez wstydu nazwać fanem Battlefielda, po wielu latach przerwy. To bardzo dobra, solidna, w przemyślany sposób poukładana gra, która wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi powinna sprawić dużo radości wszystkim miłośnikom drużynowego strzelania do siebie z karabinów, dział, armat i tym podobnych. Szkoda oczywiście, że gra bardzo dobra nie będzie mogła stać się grą fenomenalną, bo społeczność nie ma dostępu do narzędzi modderskich i nie może jej sama ulepszyć tak jak chce, ale mówi się trudno, przycina się nieco ocenę końcową z uwagi na ten feler i jakoś się żyje. Ogólnie polecam. Jest fajnie. Wielka Wojna jest może i stara, ale daje czadu.

PCBattlefield 1

  • dobry tryb singlowy, zupełnie jak nie w Battlefield
  • oprawa techniczna jak zwykle na najwyższym poziomie
  • zaskakująco skromne wymagania sprzętowe
  • świetny sieciowy tryb Operacji
  • dużo nietypowych zabawek z Wielkiej Wojny
  • ładne, ciekawe, dobrze pomyślane mapy
  • polski dubbing taki drewniany, jak zwykle
  • nie ma Francuzów, Rosjan i porządnej wojny w okopach
  • broń automatyczna wszędzie gdzie się nie obrócimy
  • brak wsparcia dla modderów, po raz kolejny już

Bardzo dobry Battlefield i najlepsza I wojna światowa

Najnowsze
Lubisz nas?