Recenzja

South Park: Kijek Prawdy - recenzja

Sławek Serafin, 04.03.2014 09:02 65

Nazistowskie zombie, sondy analne, Jezus z karabinem i magiczne bździny - czy jesteście na to gotowi?

Czego się spodziewaliście po South Park: Kijek Prawdy? Od dłuższego czasu wiadomo już było, że grę tworzą weterani z Obsidian, ściśle współpracując z autorami animowanego serialu, co pozwalało spodziewać się produkcji jak najbardziej dopracowanej i wiernej oryginałowi. Ale czy South Park to dobry materiał na grę? Taką grę, która broni się sama, nie tylko swoją licencją, ale własnymi rozwiązaniami i własną jakością? Ja w to wątpiłem, przyznam się bez bicia. Lubię gry ludzi z Obsidian, ale trzeba uczciwie przyznać, że nie wszystkie im wychodzą i czasem spod prasy wypadnie jakiś potworek w stylu Dungeon Siege 3 na przykład. Spodziewałem się, że Kijek Prawdy to będzie właśnie coś kalibru tego przedsięwzięcia. Blisko związane z serialem i tak dalej, ale średnio sprawdzające się jako gra sama w sobie. I gdy zacząłem grać, niestety się w tym przekonaniu utwierdziłem.

South Park: Kijek Prawdy wygląda jak South Park. I brzmi też identycznie. Od pierwszych chwil czujemy się jak w części kolejnego odcinka, dziwnego, bo interaktywnego, ale mimo wszystko takiego, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma tu w ogóle mowy o tym, że Kijek Prawdy to gra na podstawie South Park, jakaś cyfrowa adaptacja czy coś. Nie, to jest po prostu kolejny odcinek. Ciutkę długi, bo rozciągnięty na 15 godzin w moim przypadku. No i taki, który pozwala nam samodzielnie działać w jego ramach. Ale to nie zmienia faktu, że autorom udało się, głównie dzięki wykorzystaniu scenografii nie do odróżnienia od tej z serialu, sprawić, że gra jest tożsama z telewizyjną animacją na wszystkich możliwych poziomach. Fanom South Park nie może się to nie spodobać, nawet jeśli nigdy nie marzyli o tym, by przenieść się do tej porąbanej mieściny i pobawić się z Cartmanem, Kennym i całą resztą paczki.

A w Kijku Prawdy właśnie będziemy się z nimi bawić. W co? W role-playing na żywo, klasycznego LARPa, którego odgrywają właśnie prawie wszystkie dzieciaki z miasteczka. Podzieleni na dwa obozy - ludzi pod przywództwem arcymaga Cartmana oraz elfy, których królem jest Kyle - walczą ze sobą zażarcie o legendarny artefakt, tytułowy Kijek Prawdy. Tenże daje swojemu posiadaczowi moc władzy nad całym wszechświatem, zrozumiałe więc, że obie strony pragną go posiąść. W momencie gdy wkraczamy na scenę tego dramatu, a właściwie postrzelonej serią z cekaemu komedii, Kijek znajduje się w siedzibie KKK, Królestwa Kupa Keep, gdzie strzegą go ludzie Cartmana.

No właśnie, wkraczamy na scenę jako Nowy. Całkiem słusznie twórcy South Park: Kijek Prawdy nie pozwalają nam grać żadnym z serialowych bohaterów. Owszem, będą nam oni towarzyszyli w późniejszych wyprawach, ale nasz bohater to po prostu nowy dzieciak, który właśnie sprowadził się z rodzicami do Kolorado. Mama i tata każą mu wyjść na dwór, poszukać jakichś innych dzieci, z którymi mógłby się pobawić i... tak zaczyna się ta szalona jazda bez trzymanki. To znaczy, na początku trochę trzymania będzie, zwłaszcza trzymania się na wodzy przez autorów. Ale to tylko w pierwszym akcie całej opowieści, niestety najnudniejszym, najspokojniejszym i prawie że usypiającym swoim niespiesznym tempem. Gdy pierwszy dzień Nowego w South Parku kończy się umiarkowanie epickim tryumfem nad siłami mrocznych elfów, kładziemy się grzecznie spać do łóżeczka... i wtedy następuje odjazd. Tak jakby twórcy specjalnie zaplanowali, że na początku będą się zachowywać, ale w tym momencie przestaną i zaczną dawać czadu. Wulgarnie, dosadnie, według najlepszych obrazoburczych tradycji serialu. I od tego pierwszego wieczora zaczyna się robić lepiej. Tudzież gorzej, jeśli ktoś nie przepada za mocno niewybrednymi żartami. Ale po co ktoś taki miałby grać w South Park?

Bardzo chciałbym zdradzić szczegóły fabuły, ale nie zrobię tego, bo tylko popsułbym wszystkim zabawę. Akcja rozwija się tutaj ruchem wężowym i potrafi zaskoczyć raz, drugi i trzeci nawet, a wkraczające na scenę coraz to nowe zastępy świeżych wrogów sprawiają, że nie nudzi się to... co nudzić by się tutaj mogło. Co dokładnie? No, granie, czyli te wszystkie mechaniczne czynności, które nie mają nic wspólnego z serialem jako takim. To, co South Park: Kijek Prawdy bierze aportem ze swego animowanego pierwowzoru jest w zasadzie bez skazy, jeśli patrzeć oczami fana serialu - bohaterowie, dialogi, humor i cała scenografia są dokładnie takie, jakie być powinny. W zasadzie nie ma im nic do zarzucenia. W zasadzie, bo można się przyczepić do tego, że gra fabularnie jest dość... płytka. South Park, ten telewizyjny, to satyra, prawda? Za pomocą swojego, co tu dużo gadać, rynsztokowego języka mówi o rzeczach zaskakująco ważnych i w mało wybredny, ale za to bardzo celny i autentycznie zabawny sposób wyszydza to, co na wyśmianie zasługuje. I wszystko inne też. Autorom zdarza się przekroczyć granice, nie tylko dobrego smaku, jednak w szczytnym celu. I to jest świetne... ale niestety nie udało się przenieść tych "wartości" do gry. Wszystko jest na swoim miejscu, włącznie z tysiącem nawiązań do różnych kultowych odcinków i pojawiających się w nich postaci, co docenią fani zarówno starzy, jak i nowi. Ale gdyby South Park: Kijek Prawdy był faktycznie kolejnym odcinkiem serialu, to byłby... o niczym tak w zasadzie. Nie da się stwierdzić o co w nim chodzi, oprócz upchnięcia jak największej ilości odwołań, nawiązań i gagów. Czy to źle? Trochę tak, ale tylko trochę. Przecież to nic złego pośmiać się nawet i bez sensu, prawda? Nie ma przesłania? Trudno, ważne, że jest fajnie i gdyby nie spiczaste uszy po bokach głowy, to uśmiechalibyśmy się tutaj cały czas na okrągło.

No tak, ale co jest nie tak z mechaniką rozgrywki? Zacząłem o tym i nie dokończyłem, zostawiając tę kwestię w niepokojącym zawieszeniu. Czy w South Park: Kijek Prawdy niedobrze się gra? Tak. Na początku. Zręby mechaniki nie są wcale złe, wręcz przeciwnie. Oprócz biegania po mieście, czyli zwiedzania serialowej rzeczywistości i spotykania dobrze nam znanych postaci, mamy tutaj również walkę. Taką niby na serio, ale jednocześnie mocno LARPową, w której pobite dzieciaki uciekają z płaczem lub tracą przytomność zamiast zginąć. I ta walka jest bardzo sprytnie pomyślana. Rozgrywa się w retro-klasycznym turowym stylu, w którym poszczególni uczestnicy starcia wykonują po kolei różnego rodzaju ataki, mniej lub bardziej specjalne, ale jest też wzbogacona o element zręcznościowy - wszystkie akcje, czy to ofensywne, czy obronne, mogą zostać bardzo znacząco wzmocnione poprzez naciśnięcie w odpowiedniej chwili określonego klawisza. W przypadku prostych ataków to zwykle lewy lub prawy przycisk myszki, ale bardziej zaawansowane umiejętności wymagają już większego kombinowania. No właśnie, bardziej zaawansowane, czyli niedostępne na początku.

Ten początek jest właśnie relatywnie kiepski, bo po pierwsze, nie mamy jeszcze dostępu do najfajniejszych zabawek, a po drugie, spotykamy ciągle tych samych wrogów. Na dodatek cały pierwszy dzień to łażenie po mieście i łapanie się robót publicznych przypominających najmniej wymyślne "zabij 10 królików" z jakiejś gry MMO. Słabe to i mało ekscytujące, chyba że kogoś bawi bieganie ciągle tam i z powrotem i ustawiczne starcia z tymi samymi, coraz łatwiejszymi do pokonania przeciwnikami. Pierwszy dzień w South Parku jest tak mało porywający, że gdybym nie miał tej gry recenzować, to najprawdopodobniej przestałbym grać właśnie w jego trakcie lub pod koniec, lekko zniechęcony i rozczarowany. Co z tego, że jest humor i że jest mruganie okiem do fanów, skoro gra się ciągnie i jest nudna? Tak, przestałbym grać. I to byłby duży błąd. A to dlatego, że później naprawdę robi się lepiej. Nie tylko fabularnie, jak już wspomniałem wyżej, ale też pod względem mechaniki. Scenariusz nabiera tempa i sama rozgrywka również staje się bardziej dynamiczna. Pojawiają się nowe umiejętności do wykorzystania, nie tylko w walce, ale i poza nią, które sprawiają, że całkiem nieoczekiwanie robi się świeżo, ekscytująco i po prostu fajnie. Nowi, o wiele bardziej odjechani wrogowie to nie tylko wyzwania, ale przede wszystkim urozmaicenie. Pojawia się także więcej towarzyszy z ich własnymi zdolnościami, więcej sprzętu i więcej typowo RPGowego kombinowania. I choć nadal South Park: Kijek Prawdy wygląda na grę w zasadzie prostą, to okazuje się, że pod względem mechaniki rozgrywki wcale nie ustępuje aż tak bardzo rasowym erpegom, zwłaszcza jeśli chodzi o to, jak wygląda walka z jej wszystkimi zawiłościami. Fakt, nie jest to gra zbyt trudna, ale trzeba też przyznać, że niektóre starcia wymagają stosowania specjalnego podejścia. I autorom udało się także sprawić, że nawet w sytuacji, gdy zwycięstwo przychodzi nam dość łatwo, to nie przestaje być satysfakcjonujące, bo było widowiskowe, odjazdowe i można się było pośmiać z nazistowskich zombie krów, które... eee, dobra, nie spalę tego dowcipu, sami zobaczycie.

Czyli co, dobrze jest? Owszem, bardzo dobrze. Oprócz tego zdecydowanie zbyt mało kopiącego tyłki pierwszego aktu South Park: Kijek Prawdy nie wydaje się mieć zbyt wielu wad. Fakt, pewnym problemem jest nieco niewygodny system zarządzania ekwipunkiem, zwłaszcza zaś to, ile klikania zajmuje sprzedawanie różnych śmieci zebranych z szuflad, toreb, szafek, garaży i tym podobnych skrytek. No i lekko niepokojące są niektóre sceny w klinice aborcyjnej, które mogą się bardziej wrażliwym graczom wydać jednak zbyt obrzydliwe - przyznam, że mnie nie zemdliło, ale miałem takie dziwne wrażenie w trzewiach przez chwilę raz czy dwa razy. A i potem, gdy trzeba było zanurkować w odbycie... tak, owszem, wybaczcie, że spaliłem dowcip, ale dojdzie tutaj i do tego. I będzie to jedna z najbardziej niesmacznych, ale i najśmieszniejszych rzeczy, które kiedykolwiek robiliście w grach. Nie wiem, czy była absolutnie niezbędna i czy autorzy nie przegięli... ale, psia mać, to South Park jest czy Miś Uszatek? South Park, nie?! No to nie może tu być mowy o zbyt wielkim przegięciu. Prawda? Prawda, prosta jak kij. Kijek. Kijek Prawdy.

A więc tak - bawiłem się przy South Park: Kijek Prawdy bardzo dobrze. I jestem pewien, że i wy się będziecie tak bawić... chyba, że jesteście jakimiś ideologicznie skrzywionymi i chirurgicznie pozbawionymi poczucia humoru zdecydowanymi jego przeciwnikami. Ale jeśli jesteście, to po co ślepicie w recenzję gry na nim bazującej? Czy może nie tracicie w ten sposób bezsensownie czasu? Ja wiem, że moje teksty znakomicie się czyta, ale bez przesady, jeśli South Park to nie wasza bajka, to idźcie i poszukajcie recenzji czegoś innego. Z drugiej strony jednakowoż, jeśli lubicie ten skrzywiony serial, to zapewniam, że wybierając South Park: Kijek Prawdy nie wybierzecie źle. Brakuje mu rozmachu i głębi dużych gier RPG, to fakt, ale ma sprytną mechanikę i tyle charakteru oraz porażającego (i przerażającego czasem) humoru, że nie musi się niczego wstydzić. Bo ludzie odpowiedzialni za tę grę niczego się nie wstydzą. Sami zresztą zobaczycie. A zobaczyć tak czy inaczej powinniście, bo to jedna z tych gier, które się potem wspomina latami z dużym uśmiechem. No i nie można też przecież przepuścić najnowszego, rekordowego, piętnastogodzinnego odcinka South Park, nie? Właśnie. No to do boju.

South Park: Kijek Prawdy

  • fantastycznie tożsame z serialem
  • mnóstwo nawiązań i odwołań dla fanów
  • wartka akcja i zaskakujący scenariusz
  • solidna, sprytna mechanika rozgrywania walk
  • potężna dawka niewybrednego humoru prosto z South Park
  • naprawdę niezła wersja polska
  • wyraźnie słabszy pierwszy akt
  • miejscami humor mocno przegięty
  • drobne niewygody związane z interfejsem
  • dwa czy trzy znaczące potknięcia w wersji PL
Gra, w której odnajdziemy Jezusa. Dwa razy. Między innymi. 8.8
najnowsze