Felieton

Pou - Ziemniak? Kosmita? Kupa? Mówcie mu Tamagotchi nowej ery

Piotr Bajda, 14 lipca 2013 17:03 17

Kim jest Pou? W czym tkwi jego fenomen? Dlaczego jest tak popularny? Dlaczego nie jest aż tak popularny, jak być powinien? Czy to prawda, że sukcesu nie sposób przewidzieć, ale warto się na jego wypadek zabezpieczyć?

Nasz bohater rozgościł się w kieszeniach w drugiej połowie zeszłego roku, ale opowieść o nim trzeba zacząć znacznie wcześniej, bo w szalonych latach 90-tych. Ostatnia dekada ubiegłego wieku stała pod znakiem wielu trendów i szałów, lecz tylko jeden miał kształt jajka - Tamagotchi. Stworzona przez Bandai (po latach doszło do fuzji z Namco) elektroniczna zabawka oddawała w ręce gracza opiekuna małego kosmitę z obowiązkiem karmienia, sprzątania i uczenia delikwenta ziemskich obyczajów. Od troski właściciela zależało czy darmozjad wyrośnie na zadowolonego, pełnego życia, samowystarczalnego przyjemniaczka, czy na smutną, żałosną ciamajdę. Tak to wyglądało w założeniach. Nie zapominajmy bowiem, że Tamagotchi debiutowało w roku 1996. Mimo pewnych ograniczeń przywieszka do kluczy z monochromatycznym ekranem oczarowała wówczas świat. Nazwany połączeniem słów tamago (z japońskiego jajko) i watch (z angielskiego zegarek na rękę) gadżet znalazł niemal 80 milionów nabywców.

Czy ten sukces da się powtórzyć dziś? Oczywiście. Już to zrobiono.

Niepotrzebne było zaplecze potężnego koncernu czy dedykowany stworkowi sprzęt. Za Tamagotchi naszych czasów, aplikację na smartfony Pou odpowiada jeden człowiek - 24-letni Paul Salameh z Libanu. To może nie historia godna filmowej adaptacji, ale pokazuje, że powodzenie często sprowadza się do bycia w dobrym miejscu w odpowiednim momencie. I pożyczania od innych.

Ale najpierw parę słów o Pou. Internet ochrzcił aplikację mianem "Tamagotchi 2.0" i choć sam autor odwołuje się od tego, zaznaczając, że Bandai żadnych pretensji do niego nie rości, to nie sposób temu nie przytaknąć. Oczywiście są pewne różnice. Tamagotchi to zestaw różnych stworków, Pou jest jeden. Tamagotchi mogły umrzeć, Pou jest nieśmiertelny. I tu się w zasadzie kończą. Salameh wykorzystał zwłokę Namco Bandai w przeniesieniu Tamagotchi w nową erę i przekuł ich pomysł w swój sukces. To historia stara jak sama własność intelektualna.

Pou trafia do nas w opłakanym stanie. Brudny, głodny, otoczony sugestywnymi (to ważne, zrozumiecie za chwilę) kupami z oczami (na pewno znacie ten kreskówkowy archetyp z zawijasem na górze). Po nakarmieniu, przemyciu podopiecznego gąbką (za wszystko dostajemy monety) oraz sprzątnięciu fekaliów zaczyna się dożywotnia przygoda z Pou . Przynajmniej w założeniach, moja skończyła się po 15 minutach. Cały świat aplikacji, na który składa się kilka pomieszczeń (kuchnia, salon, laboratorium) i podwórko stoi przed nami otworem. Od naszego doboru garderoby zależy czy Pou to chłopiec, czy dziewczynka. Ale oprócz ciuchów możemy też dokupić dekorację dla domu czy różnorakie gadżety. Skąd wziąć na to pieniądze? To proste. Monety dostajemy za opiekę nad Pou czy sukcesy w minigierkach (klony Doodle Jump i innych popularnych gier oraz kuglarskie sztuczki, także online) lub dokupujemy za prawdziwą krwawicę. I to by było na tyle. Proste, przejrzyste, niezbyt oryginalne, ale działa. I to jak.

Psychologowie mieliby z fenomenu Pou pożywkę. Aplikacja żeruje na wielu podstawowych potrzebach rodzaju ludzkiego. Opiekujemy się tu istotą słabszą, która bez nas sobie nie poradzi. To miłe uczucie. Jesteśmy nagradzani monetami za każdą duperelę. Kto tego nie lubi? Mamy świadomość, że biedny Pou czeka samotnie aż go odwiedzimy. A przez natychmiastowość aplikacji jest to banalnie proste, wystarczy sięgnąć do kieszeni. Pou to też ciekawość, co tam u naszego przyjaciela słychać. Tak, przyjaciela. Takich jak ten fanpejdży na FB jest zastraszająco wiele. To proste, cwane, dobrze znane mechanizmy. Pou wie, kiedy i w którą strunę uderzyć. Działa na niemal każdą demografię. Od uczących się nieświadomie odpowiedzialności dzieciaków po yuppies, którym ciągły wyścig szczurów nie pozwala na prawdziwe zwierzątko.

Pomysł narodził się trzy lata temu, gdy jeden ze znajomych, którzy wołają na Paula "Pou" stwierdził, że ten powinien zrobić inspirowaną sobą aplikację (uprzedzając fakty - to nie był żart miły lub Paul opacznie go zinterpretował). Związany etatem Salameh nie robił sobie nic z sugestii, aż do dnia gdy trafił na zorganizowaną w Bejrucie konferencję dla twórców gier. Jedyny warty ekranizacji moment genezy Pou to Paul wybiegający z prelekcji po zapaleniu się wartej miliony dolarów żarówki w głowie. Gdy prowadzący wspomniał o dochodowej, europejskiej firmie produkującej gry dla dzieci, Salameh skojarzył to ze swoją postacią i sposobami na zarobek poprzez napędzaną mikrotransakcjami kustomizację pokraki. W maju zeszłego roku Paul rzucił dzienną pracę i poświęcił się marzeniu.

I Pou już w sierpniu wziął szturmem platformy z Androidem, a w listopadzie zaatakował również te z iOS-em. Efekt? Darmowa, androidowa wersja dominuje miesięcy listę najchętniej ściąganych darmowych aplikacji w sklepie Play. Nie sposób określić dokładnej, całkowitej liczby pobrań z platformy Google, ale mowa o rejestrze od 50 do 100 milionów. I to górnych jego przedziałach, które lada moment i tak staną się za ciasne, bo każdego dnia Pou znajduje około 300 tysięcy nowych domów. Na AppStore, gdzie aplikację wyceniono na 1.99$ nie radzi sobie gorzej. Pou zdobył szczyt popularności w kategorii produkcji dla dzieci w ponad 90 krajach i regularnie gości w top 10 wszystkich płatnych appek. To niesamowity sukces. Czy Salameh, który wydał grę pod szyldem Zakeh jest na niego gotowy?

Twórcy Angry Birds, wzorca dla wszystkich mobilnych przedsięwzięć, czyli studio Rovio to w tej chwili 550 pracowników zajmujących się wszystkim co związane z marką. Od produkcji gier, przez ciuchy i maskotki, aż po powstająca kinową animację z ptakami. Zakeh to natomiast jeden stały pracownik (sam założyciel) i dwóch pomocników. Siostra Paula, pomagająca przy projektowaniu nowych gadżetów dla Pou i kolega, od którego wszystko się zaczęło, służący pomocą przy oprawie dźwiękowej, obsłudze klienta i reklamie. Ale Paulowi nie brakuje zapału, wizji i ambicji. To nic oficjalnego, lecz pojawiały się ponoć propozycje przejęcia Pou za 20 milionów dolarów. Pracujący 18 godzin na dobę (a i tak ma w skrzynce ponad 50.000 nieprzeczytanych maili) przedsiębiorca nie skorzystał. Chce zrobić rzeczy po swojemu. Przewiduje, że Pou poświęci jeszcze co najmniej dwa lata życia.

Disney nie przestał pracować przy Myszce Miki po pierwszym sukcesie, prawda? Czemu miałbym zająć się czymś innym? - pyta Libańczyk.

Plan na te 24 miesiące jest prosty - wyjść poza aplikację, zaistnieć w zbiorowej świadomości, zostać nowym Rovio. Salameh, pomimo że nie ma pod sobą 549 pracowników, już ciężko nad tym pracuje. Po cichu powstaje linia produktów i trwają rozmowy z sieciami komórkowymi na całym świecie, które mają sprzedawać telefony z już zainstalowanym Pou. Do europejskich i amerykańskich sklepów trafią niebawem słodycze czy kolekcjonerskie karty, a Salameh czeka na próbki maskotek. Na naszych oczach rodzi się kolejne imperium. Czy na przeszkodzie nie staną mu jednak skromne początki?

Pou jest ponoć wzorowany na osobie Salameha, więc skojarzenia, które budzi są dla autora co najmniej krzywdzące. Nie ma ładnego sposobu, by to napisać: Pou wygląda jak kupa. Nie pomaga mu też imię. Pou brzmi jak "poo", czyli z angielskiego - bez niespodzianek - kupa. Trudno ocenić czy to żart połączony z brakiem początkowych perspektyw na sukces, czy cena braku doświadczenia w tworzeniu gier (kodowania Salameh nauczył się w Google'u). Te kloaczne konotacje mogą się jednak położyć cieniem na świetlanej przyszłości imperium z Bejrutu. Bo czy Angry Birds pisany byłby taki sam sukces, gdyby jej bohaterami nie były sympatyczne, skrojone do bycia pluszakami ptaki? Nawet przebrzydłe, wrogie świnie z gry budzą sympatię. Założenie koszulki z zawadiackim, czerwonym ptakiem to jedno. Dumne paradowanie z czymś, co dla nieobeznanych w temacie jest jedynie produktem przemiany materii to zupełnie inna para kaloszy. Jeśli coś może pokrzyżować ambitne plany Salameha, to jest to właśnie ludzka natura i moc asocjacji.

Tony Hawk's Skate Jam - recenzja - Panie Hawk, daj pan już spokój!
Westworld - recenzja - Fallout Shelter na Dzikim Zachodzie
Dead Island: Survivors - recenzja - zmierzch żywych trupów
Heksy dają do myślenia - recenzja Hexologic
najnowsze