Tożsamość matki - recenzja filmu Inwazja barbarzyńców

Joanna Kułakowska
2022/11/21 23:50

Inwazja barbarzyńców to nie barbarzyńska, a erudycyjna inwazja nietuzinkowych pomysłów malezyjskiej reżyserki na kino akcji z metafilmową perspektywą.

Malezyjska Nowa Fala nie kojarzy się ani z kinem akcji, ani kinem gatunkowym, ani też komercyjnym. To kino autorskie, filmy artystyczne i często bardzo osobiste. Dlaczego by jednak tych elementów nie połączyć? Należąca do grona pionierów owego nurtu artystka Tan Chui Mui, współzałożycielka studia Da Huang Pictures mającego na celu przede wszystkim robić takie filmy, które filmowcy chcą robić, będąca filmowym człowiekiem renesansu, nie tylko udowodniła, że można, ale także iż rezultaty mogą być znakomite. Inwazja barbarzyńców (ang. Barbarian Invasion) z 2021 roku to utwór, który stanowi mariaż Wschodu z Zachodem i zręczne połączenie prywatnych odczuć i doświadczeń z erudycyjnym ukłonem, a zarazem tyleż dowcipnym, co wnikliwym komentarzem odnośnie do popkultury (z naciskiem na siostry Wachowskie, Philipa K. Dicka i Roberta Ludluma). Otrzymujemy ironiczne, nieco złośliwe spojrzenie na rodzicielstwo, zwłaszcza w aspekcie macierzyństwa, i zmiany, jakie niesie ono w życiu kobiety oraz postrzeganiu jej przez społeczeństwo, jak również pomysłową historię nasyconą żywą akcją, miłymi dla oka scenami sztuk walki, żartobliwymi odniesieniami do kinematografii i literatury tudzież metawarstwami, kiedy to rzeczywistość i film przenikają się i karmią nawzajem.

Tożsamość matki - recenzja filmu Inwazja barbarzyńców

Odzyskać swoje ciało

Główna bohaterka, czyli słynna aktorka Yoon Moon (Tang Chui Mui), wymęczona „rozkoszami macierzyństwa” i rozwodem, wypatruje szansy powrotu do pracy, na plan filmowy. Na szczęście jej stary przyjaciel, reżyser Roger Woo (Pete Teo), ma dla niej ciekawą propozycję. Kobieta przybywa na miejsce, siłą rzeczy przywożąc ze sobą synka Yu Zhou (Nik Hadiff Dani). Chłopiec okazuje się istnym potworem, oczekującym, że całe otoczenie zostanie podporządkowane jego kaprysom, matka zaś wręcz szokuje swą bezradnością, specyficznym koktajlem wielkiej miłości do dziecka i równie szczerą, wyraźną chęcią ucieczki – niczym przed tytułową Inwazją barbarzyńców. Symptomatyczna jest scena, w której po raz pierwszy spoglądamy na Moon – dziwacznie podskakująca głowa i ramię kobiety o nieprzytomnym wyrazie twarzy... szarpanej przez pociechę domagającą się przekąski. Jak stwierdza Woo: To ty powinnaś go kontrolować, a nie on ciebie. Niestety, nasza bohaterka musi się tego dopiero nauczyć... podobnie jak wielu innych rzeczy.

Odzyskać swoje ciało, Tożsamość matki - recenzja filmu Inwazja barbarzyńców

GramTV przedstawia:

Ku zdziwieniu bohaterki Inwazji barbarzyńców reżyser nie zamierza kręcić kameralnego filmu. Ma w planach obraz, który ponownie wprowadzi ich oboje na szczyty popularności i pozwoli nieźle zarobić – wysokobudżetowy film akcji, stanowiący niemal kopię jednego z zachodnich hitów, tyle że zrobiony po „naszemu” (perskie oko odnośnie do identycznego zachowania zachodnich twórców wobec kina azjatyckiego). Problem stanowi to, że Yoon Moon nie tylko nieco zardzewiała fizycznie, ale i nie zna sztuk walki, a Woo oczekuje, iż dla poklasku widzów i krytyków wykona choć jedną sekwencję akcji bez dublerki. Koniec końców godzi się podjąć miesięcznego treningu w szkole mistrza Loha (James Lee). Mężczyzna z początku jest bardzo sceptycznie nastawiony (podobnie jak sama podopieczna), ale aktorka okazuje się pojętną uczennicą (nic dziwnego, kiedyś – przymuszona sytuacją – na potrzeby realizowanych filmów nauczyła się nurkowania, tańca na rurze i kilku języków), która dzięki bynajmniej nie metafizycznym naukom mistrza odkrywa swoje możliwości i pragnienia, zaczyna wierzyć w siebie i drążyć swą psychikę w poszukiwania prawdy o własnej tożsamości. Bo żeby zrozumieć siebie i zyskać kontrolę nad życiem, trzeba najpierw odzyskać kontrolę nad swoim ciałem. I choć nie jest to żadna wielka filozofia, zmęczonej matce ciężko było to wbić sobie do głowy, chociaż serce dawno wiedziało. Mało tego, alter ego Tang Chui Mui wyraziła to w rozmowie z asystentką reżysera, stwierdzając, że kiedy zachodzi się w ciążę, obcy ludzie podchodzą, aby dotykać brzucha, tak jakby ciało matki przestawało być jej własnością, a zaczynało należeć do społeczeństwa, a po porodzie wmawia się rzeczonej, że dziecko to jej największe osiągnięcie, tak jakby inne dążenia, plany, ambicje, osobiste człowieczeństwo miały się skończyć lub przynajmniej stracić na znaczeniu.

Komentarze
0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!