Hype: The Time Quest to jedna z ciekawszych gier końcówki lat 90. Wydawałoby się, że to prosta gra dla dzieci, ale oferowała znacznie więcej głębi niż można było się spodziewać.
Hype: The Time Quest to być może nie jest najpopularniejsza gra retro, ale wystarczająco wyjątkowa, aby dziś mogła wywołać uśmiech na twarzach osób, które miały z nią styczność. Rycerz w stylistyce ludzika Playmobil, średniowieczne królestwo, podróże w czasie, magia, zagadki i ciekawa walka – tyle wystarczyło, by dla części graczy przygoda z Hypem była jedną z najfajniejszych jakie mieli okazję przeżyć pod koniec lat 90.
Hype: The Time Quest
Wracamy wspomnieniami do Hype: The Time Quest
Za grę Hype: The Time Quest odpowiadało studio Ubisoft Montreal. Co ciekawe, wśród osób zaangażowanych w projekt znalazł się między innymi Patrice Desilets, który wiele lat później stał się jedną z najważniejszych postaci odpowiedzialnych za stworzenie serii Assaassin’s Creed. Gra była częścią inicjatywy Playmobil Interactive. W tamtym czasie firma produkująca zabawki próbowała przenieść swoje plastikowe zestawy do świata wirtualnej rozgrywki, aby były kojarzone nie tyle z zabawą co z wielką przygodą. Z resztą, nie oni jedyni próbowali, wszak w tamtych latach LEGO również próbowało podbić rynek gier wykorzystując swoje kultowe zestawy. Warto jednak zaznaczyć, że Playmobil i Ubisoft podeszli do tego na poważnie, dlatego nie stworzyli gry, która była wyłącznie prostą reklamą zestawów z rycerzami i zamkami, ale stworzyli świat oparty o własną mitologię oraz historię, nadając mu przy tym odpowiedniej głębi – nawet jak na grę dla dzieci. O czym zatem opowiadał tytuł?
Hype: The Time Quest
Tytułowy Hype jest młodym rycerzem służącym królowi Taskanowi IV. Na początku gry wszystko wygląda tak, jakby bohater właśnie doczekał się chwili na którą czekał przez całe swoje życie. Królestwo Torras zakończyło wojnę domową, a Hype został nagrodzony za swoją odwagę i lojalność. Podczas uroczystej ceremonii otrzymał potężny Miecz Pokoju i jedną nogą był już w nowym życiu ze swoją narzeczoną Vibe. Oczywiście szczęście w takich produkcjach nigdy nie trwa zbyt długo, dlatego przyjemna atmosfera szybko została zakłócona przez złego czarnego rycerza władającego potężną magią. Hype próbował go powstrzymać, ale został zamieniony w posąg i przeniesiony w przeszłość o około 200 lat. W innej epoce odnalazł go młody adept magii, któremu udaje się przywrócić naszą postać do życia i tak właśnie zaczynała się wielka przygoda.
Hype: The Time Quest
Jeśli jednak myślicie, że podróże w czasie to jedynie pretekst do opowiedzenia historii to od razu informuję, że był to jeden z filarów rozgrywki. W grze odwiedzamy królestwo Torras w łącznie czterech różnych epokach. To co jednak ciekawe, w każdej z nich możemy obserwować te same miejsca, ale w zupełnie innym stanie. Zmieniają się władcy, ludzie, sytuacja polityczna i naturalnie wygląd świata. Pierwsza epoka przypada na czasy panowania Taskana I i niestety za jego rządów królestwo znajduje się w trudnej sytuacji. Przeżywa konflikt z zakonem działającym przy klasztorze, a także zmaga się z wojną domową. Druga epoka Taskana II rozkwitała. Pojawiają się nowe instytucje, laboratoria i ciekawe miejsca przeznaczone dla wojowników. Trzecia epoka jest najmniej przyjazna. Mieszkańcy nie mają zaufania do Taskana III, a konflikt wewnętrzny wyniszcza królestwo. Czwartą epoką jest naturalnie ta do której próbujemy powrócić przez całą grę, aby uratować otaczający nas świat przed czarnym rycerzem Barnaką. Przyznam, że za dzieciaka robiło to na mnie ogromne wrażenie. Niby odwiedzaliśmy te same tereny, a jednak za każdym razem było czuć świeżość za sprawą wielu zaimplementowanych zmian.
Hype: The Time Quest
GramTV przedstawia:
Rozgrywka była znajoma dla swoich czasów. Świat był już trójwymiarowy, kamera umieszczona za postacią, a na gracza czekały eksploracja świata, zdobywanie ciekawych przedmiotów, zagadki i oczywiście walka, w tym również z bossami. O zwiedzanym królestwie już nieco wiemy. Jeżeli jednak chodzi o zagadki, te oferowały różny poziom trudności. Niektóre dało się rozwiązać bez chwili zastanowienia, a nad innymi trzeba było się porządnie zastanowić. Pamiętam nawet, że do jednej z nich potrzebowałem solucji, które swego czasu były zamieszczane w polskiej prasie. Walka była uproszczona i mało brutalna ze względu na młodszych odbiorców, ale nie oznacza to, że ograniczała się do korzystania z jednego ataku. Hype przede wszystkim walczył mieczem (uwielbiam jego design), ale mógł również korzystać z magii oraz z kuszy. Oznaczało to, że walkę można było prowadzić na różne sposoby i dostosowywać swoje możliwości pod konkretnych przeciwników. Twórcy uwzględnili nawet system pancerza, który towarzyszył paskowi życia. Jego uszkodzenie sprawiało, że Hype był bardziej podatny na obrażenia złoli. Całość stanowiła fajnie zbalansowane wyzwanie, które nie było karkołomne, ale też nie czuliśmy, że bezmyślnie przedzieramy się przez kolejne wyzwania.
Hype: The Time Quest
To co jednak pokonywało mnie najbardziej to sterowanie. W 1999 roku były już jakieś pady do komputerów, ale ja cały czas dzielnie trzymałem się klawiatury (i tak w sumie do 2008 roku…). Teoretycznie sterowanie było w porządku, ale czasami gdy trzeba było wycelować w jakiś obiekt kuszą, albo akcja znacząco przyspieszała, to zaczynało być nieco niewygodnie. Granie na klawiaturze miało to jednak swoje plusy, choć pewnie nie każdy tego spróbował. Pamiętam jak dziś, że raz przechodziłem Hype: The Time Quest z kolegą, dzieląc się sterowaniem na pół – jeden z nas odpowiadał za poruszanie postacią, a drugi ogarniał przyciski odpowiedzialne za walkę. Piękne czasy.
Hype: The Time Quest
Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że Hype był w pełni zdubbingowany, a w tamtych latach to nie była oczywistość. Był to co prawda dubbing do którego zaangażowano mniej aktorów, a więc Ci podkładali głosy za kilka postaci, ale był! Dla młodszego odbiorcy było to jednak bardzo ważne, w końcu w 1999 roku ja sam niewiele rozumiałem z języka angielskiego, dlatego każda gra z pełną polską lokalizacją była dla mnie jak święty Graal. Poza tym gra trafiła do polskiej prasy, wówczas było to Komputer Świat Gry, więc tym bardziej cieszyło, że otrzymaliśmy kolejną grę w rodzimym języku.
Hype: The Time Quest
Hype: The Time Quest nigdy nie zdobyło większego rozgłosu, ale oddaję pokłon twórcom gry za to, że zamiast zrobić prostą gierkę dla dzieci na licencji Playmobil, postanowili podejść do tematu bardziej ambitnie, przez co gra pokazała więcej, niż mogłaby sugerować wspomniana licencja. Mam ogromny sentyment do tej produkcji i niestety ubolewam ponieważ nie jestem jej w stanie odpalić na systemie Windows 11. Jeśli tylko GOG jakimś cudem dostosuję tę produkcję do nowoczesnych urządzeń, to z miejsca posłużę się kultowym memem „shut up and take my money!”.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!