W kinach pojawił się długo oczekiwany nowy film z serii Resident Evil. Oceniamy, czy jest lepszy od poprzednich prób adaptowania kultowej marki Capcomu.
Normalna wizyta w Raccoon City
Seria Resident Evil nie ma szczęścia do filmów. Pierwsza kinowa adaptacja z Millą Jovovich była całkiem udana, choć luźno podchodziła do materiału źródłowego. Jednak wraz z każdą kolejną częścią jakość serii spadała, aż otrzymywaliśmy takie potworki, jak Resident Evil: Retrybucja i Ostatni rozdział. Marka Capcomu jest jednak większa niż kilka nieudanych filmów, dlatego szybko podjęto decyzję o całkowitym restarcie serii. Tak powstało Resident Evil: Witajcie w Raccoon City w 2021 roku, które okazało się fatalną ekranizacją, z jeszcze bardziej kuriozalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Następnie przyszedł czas na serialowy prequel od Netflixa w postaci aktorskiego Resident Evil: Remedium, które nie poprawiło sytuacji. Fani gier mogli więc liczyć na niezłe, ale wciąż daleko niezadowalające animowane filmy, które w miarę regularnie pojawiają się na rynku od 2008 roku. W momencie, gdy growy Resident Evil przeżywa swój prawdziwy rozkwit i prawdopodobnie najlepszy okres w serii, Sony Pictures i Capcom nie mogli dopuścić do kolejnego filmowego blamażu. W tym celu zatrudnili Zacha Creggera, który dopiero co zachwycił widzów oscarowymi Zniknięciami. Jednak czy nawet tak uzdolniony i doświadczony reżyser może przełamać klątwę złych adaptacji Resident Evil na dużym ekranie? Okazuje się, że tak i nawet jeżeli nowy film nie jest idealny, to zdecydowanie najlepsza kinowa odsłona popularnego cyklu. Wszystko dlatego, że reżyser na poważnie potraktował horror jako najważniejszy element Resident Evil, a nie jedynie przeszkodę do stworzenia widowiska wypełnionego akcją.
Resident Evil
Bryan (Austin Abrams) jest zwyczajnym kurierem medycznym, który otrzymuje z pozoru prostą pracę. Ma dostarczyć tajemniczy ładunek do szpitala w Raccoon City. Problem polega jednak na tym, że trafia do miasta w momencie, gdy wybucha epidemia wywołana przez wirus T. Ludzie przemieniają się w krwiożercze zombie, a w zaułkach miasta pojawiają się groteskowe potwory, przed którymi można jedynie uciekać. Chłopak musi podjąć desperacką walkę o przetrwanie, a jako że nie posiada żadnego wyszkolenia bojowego, musi liczyć wyłącznie na swój spryt i szczęście. Bryan przedziera się przez opuszczone tunele, kanały, ulice wypełnione zombie, czy pełny niebezpieczeństw szpital, aby wykonać swoje zadanie i przeżyć tę jedną, fatalną noc.
Chociaż Bryan jest zupełnie nową postacią i nie pasuje do postaci znanych z gier, takich jak Leon S. Kennedy, czy Chris Redfield, to właśnie w tym tkwi największa siła nowego filmowego Resident Evil. Główny bohater to zwykły chłopak, pozbawiony umiejętności walki wręcz, a już tym bardziej strzeleckich, aby skutecznie bronić się przed armią zombie. Bryan jest zagubiony i przestraszony, przez co popełnia błędy, często uciekając przed zagrożeniem, aby zwiększyć swoje szanse na przeżycie. To zdecydowanie postać bliższa nam samym, gdyby przyszło nam mierzyć się z podobnymi trudnościami. Czuć, że bohater musi ciągłe radzić sobie z kolejnymi zagrożeniami i każdy pojedynczy zombie może zakończyć jego podróż. Rzecz jasna nie jest to nic nowego w horrorach o zombie, ale w serii Capcomu jest w tym pewien powiew świeżości. Nawet Grace Ashcroft z najnowszego Resident Evil Requiem nieźle radziła sobie z przeciwnikami. Bryan to jednak inny typ bohatera, który po prostu nie chce brać w tym wszystkim udziału.
Resident Evil
Dlatego tak dobrze wypada warstwa horrorowa, a co więcej, Creggerowi udało się przenieść na ekran esencję znaną z produkcji Capcomu, również w wykorzystywaniu języka gier. Kamera czasami znajduje się za plecami bohaterami, a nawet przechodzi do perspektywy pierwszoosobowej, zaś droga Bryana, którą przebywa, przypomina przechodzenie kolejnych etapów. I chociaż może brzmieć jak schemat, gdzie bohater trafia do nowej lokacji, odnajduje jakiś przedmiot, zazwyczaj broń, po czym napotyka na zagrożenie i zostaje zaatakowany, to w rzeczywistości nie jest aż tak źle. W Resident Evil jest trochę powtarzalności, ale twórcy potrafią to urozmaicić, co rusz zaskakując nowymi rozwiązaniami, jak chociażby odnajdowaniem przez Bryana broni, czy amunicji, gdzie podobnie jak w pierwszych odsłonach growej serii, każdy nabój jest na wagę złota. Nie brakuje też charakterystycznych ciasnych lokacji, zamkniętych przejść (świetny żart za kłódkami), czy szukania innej drogi,. Zaskakująco jest tu wiele z samych gier, choć całość nie sprawia wrażenia nachalnego puszczania okiem do graczy, czy tanich easter eggów.
Strach ma wielkie oczy
Najlepiej pod tym kątem działa pierwszy akt filmu, który nastawiony jest na budowanie atmosfery, ciągłe napięcie i próbę odnalezienia się bohatera w tym niebezpiecznym świecie. Nieco inaczej robi się pod koniec filmu, kiedy wirus zaczyna zbierać swoje żniwo i film staje się bardziej krwawy i brutalny, choć nadal nie zamienia się w pełnoprawnego akcyjniaka jak poprzednie ekranizacje Resident Evil, za to zaskakuje sporą dawką humoru. Wtedy skąpane w mroku uliczki Raccoon City zamieniają się w szpital i laboratorium opanowane przez mutanty. I chociaż w tym momencie zanika aura tajemniczości, to otrzymujemy czystą zabawę konwencją. Fani Zniknięć będą więc zadowoleni, ale również sympatycy serii Capcomu będą zadowoleni, mogąc na ekranie obejrzeć kultowe potwory. I chociaż w filmie znajdą się również bestie, będące wariacjami na znane wszystkim stwory, to wciąż pasują do tego uniwersum, szczególnie gdy zdamy sobie sprawę, że zostały stworzone za pomocą praktycznych efektów, dzięki czemu na ekranie nie oglądamy słabo wykonanych potworów stworzonych jedynie w grafice komputerowej.
Resident Evil
GramTV przedstawia:
Szkoda jedynie, że w tym wszystkim najgorszym elementem filmu okazuje się sam scenariusz. Historia nie rozwija bohaterów tak, jak by mogła, szczególnie Bryana. W Resident Evil nie brakuje pewnego ważnego, osobistego wątku tego bohatera, który zastanawia się, czy chce wejść w zupełnie nową rolę w swoim życiu. To mógłby być ciekawy wątek w fabule, który nadałby więcej dramatyzmu, ale również filozoficznej warstwy. Co prawda film kilkukrotnie sugeruje, że ten motyw jest istotny, ale koniec końców temat zostaje zepchnięty przez kolejnego potwora, który staje na drodze głównemu bohaterowi. Podobnie jest z innymi postaciami, w których wcielają się Zach Cherry, Kali Reis, czy Paul Walter Hauser. Wprowadzają sporo energii, a niektórzy nawet humoru, ale to pomniejsze role, które nie pełnią jednak żadnej istotnej funkcji w tej fabule. Cregger świadomie buduje nowe Resident Evil wokół Bryana, ale chciałoby się lepiej poznać innych uczestników tych wszystkich dramatycznych wydarzeń.
Film niemal w całości oparty jest na grze aktorskiej Austina Abramsa. Wybór takiego aktora był ryzykowny, ale idealnie sprawdził się w tej roli. Abrams potrafi pokazać niepewność i nerwowość swojego bohatera, ale również bardziej zabawną i empatyczną stronę. Łatwo więc z tą postacią sympatyzować. Nieźle radzą sobie również Paul Walter Hauser oraz Zach Cherry, choć mają niewiele czasu ekranowego, ale i tak potrafią go wykorzystać. Nieco gorzej pod tym względem wypada Kali Reis, której postać zupełnie nie wpada w pamięć, co nie powinno być tak trudne, skoro film oferuje zaledwie tylko kilka postaci.
Resident Evil to film pod pewnymi względami nawet lepszy od Zniknięć, stanowiąc miły powiew świeżości nie tylko dla serii Capcomu, ale również aktorskich growych adaptacji. To nie kolejna próba stworzenia horrorowego akcyjniaka na motywach znanej franczyzy, ale zupełnie nowy rozdział, który idealnie działa jako samodzielny spin-off, który pełnymi garściami wykorzystuje motywy znane fanom marki. Przy okazji to naprawdę udany horror, przy którym dobrze będą bawić się również te osoby, które nie miały wcześniej styczności z Resident Evil. Jedynie szkoda, że twórcy nie pokusili się o nieco lepszą historię, jak również finał, który nie wykorzystuje w pełni swoich możliwości. Mimo to otrzymaliśmy zdecydowanie najlepszy aktorski film Resident Evil w historii.
7,5
Resident Evil to krwawy i brutalny, ale również zabawny i sprawiający sporo frajdy, nie tylko fanom growej serii, horror, który pomimo prostego scenariusza, wykorzystuje potencjał drzemiący w serii Capcomu.
Plusy
Powiew świeżości w filmowych adaptacjach Resident Evil
Zach Cregger rozumie nie tylko serię Capcomu, ale również jak stworzyć udany survival horror
Świetnie buduje napięcie, szczególnie w pierwszej połowie filmu
Udane połączenie kina grozy i czarnego humoru
Projekt potworów, który w dużej mierze został oparty na praktycznych efektach
Sporo odniesień do gier, w tym nawet techniczne detale, jak praca kamery
Austin Abrams sprawdził się w tej roli
Minusy
Scenariusz mógłby być nieco lepszy (mniej oparty na schematach)