Zdecydowanie najlepszy Silent Hill, który nie jest Silent Hillem.
Są takie gry, na które tylko się spojrzy i wiadomo, że jest w nich coś niezwykłego. Silver Pines to zdecydowanie jedna z takich produkcji. Mimo skali tytułu niezależnego, zachwyca oprawą wizualną, klimatem i realizacją. To jak mały Silent Hill w perspektywie 2,5D. Jeśli Wy też widząc Silver Pines pomyśleliście, że musicie w to zagrać, mam dla Was dobrą wiadomość. Intuicja Was nie zawiodła.
Witaj w Silver Pines
Silver Pines pokazuje jak tajemniczą jest grą już w pierwszej scenie. Rozgrywkę zaczynamy w knajpie na obrzeżach miasta. W środku, oprócz głównego bohatera, nie ma nikogo. Protagonista jest prywatnym detektywem, który musi odnaleźć muzyka Eddiego Velveta. Jedynym kontaktem jest mężczyzna, z którym czasami rozmawiamy przez telefon. Już z tonu jego głosu można wywnioskować, że w tym wszystkim jest jakiś haczyk. Ciekawie prezentuje się też opuszczone, tytułowe miasto. To jednak nie jest Silent Hill, gdzie wszyscy zniknęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Mieszkańcy Silver Pines zostali ewakuowani przed zbliżającym się huraganem. Nie każdy jednak boi się żywiołu. Przemierzając opustoszałe uliczki czasami trafimy na kogoś, kto może wie, co się dzieje z Eddiem.
Poszukiwania człowieka, który nagle rozpłynął się w powietrzu, nie są proste, zwłaszcza kiedy trudno o jakiegokolwiek świadka. Naszym celem będzie więc eksploracja miasta w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji. W głównej części rozgrywki będziemy przeszukiwać kilka większych budynków (np. posterunek policji) – każde z tych miejsc to nieco inny zestaw informacji o muzyku. Eddie był nie tylko zdolny, ale też ewidentnie skrywał w sobie jakąś tajemnicę. Prędko też okazuje się, że jego znalezienie nie jest zwykłym zleceniem, lecz czymś znacznie poważniejszym. Od samego początku Silver Pines karmi nas tajemnicą, a danie to konsumować będziemy aż do napisów końcowych. Dokładnie tak jak to powinno mieć miejsce w tego typu grze.
Musimy jednak pamiętać, że Silver Pines nie jest produkcją wysokobudżetową, a indykiem stworzonym przez kilkuosobowy zespół ze Skandynawii. Fabuła nie jest więc tak rozbudowana, wielowątkowa i głęboka jak dowolna z ostatnich odsłon Silent Hill. Jak na grę niezależną należy jednak docenić, jak dużym osiągnięciem było napisanie scenariusza, który nieustannie serwuje nowe strzępki informacji, które sprawiają, że poszukiwania muzyka są coraz bardziej ekscytujące. Bez wątpienia to zasługa unoszącego się w powietrzu poczucia, że za chwilę wydarzy się coś, co diametralnie zmieni odbiór historii.
Chociaż twórcy często określają Silver Pines jako metroidvanię, jest to przede wszystkim survival horror w stylu Silent Hill (jedno jednak nie stoi daleko od drugiego). Podstawą rozgrywki jest eksplorowanie kolejnych obszarów. Większość miejsc jest początkowo zablokowana, ale regularnie zdobywamy nowe przedmioty, które pozwolą dostać się do wcześniej niedostępnych pomieszczeń. Struktura rozgrywki jest standardowa i nie ma w niej jakichś szczególnych innowacji. Większe znaczenie ma brak znaczników na mapie i wyraźnie określonych celów. Silver Pines jest więc grą, która wymaga samodzielnego łączenia kropek. To też powoduje, że w kilku momentach miałem drobne problemy ze znalezieniem rozwiązania. Zagadki nie są zbyt skomplikowane, ale odrobina nieuwagi potrafi sprawić, że pominiemy coś istotnego.
Silver Pines ma więc bardzo wolne tempo rozgrywki. Nie jest to jednak zarzut – design jest tak skonstruowany, abyśmy powoli przeszukiwali wszystkie pomieszczenia i regularnie zaglądali na mapę. Ona jest kluczem, bo zaznaczone na niej są zablokowane przejścia. Gra więc nic nie mówi wprost, ale dostępne notatki wystarczą, aby rozeznać się w terenie. Jeśli trafiamy do jakiejś lokacji związanej ze śledztwem (np. kościół), mapa pokaże nam miejsca, do których możemy się dostać. Jak znajdziemy sposób, to już jednak nasza sprawa. Tylko raz prawie się poddałem, bo nie mogłem rozgryźć instrukcji pozwalającej znaleźć kod do drzwi. Rozwiązanie okazało się jednak relatywnie proste do znalezienia. Zawiodła mnie jednak pamięć o pewnym istotnym przedmiocie, który wcześniej zdobyłem.
GramTV przedstawia:
Eksplorując opuszczone miasto natrafimy nie tylko na dosłownie kilku tajemniczych mieszkańców, ale również na jeszcze bardziej enigmatyczne potwory przypominające ludzi, którzy popadli w obłęd i stracili kontakt ze świadomością. Walka z nimi jest dosyć prosta i odrobinę toporna. Takie jednak są założenia gry, która nie ma być akcyjniakiem, a mocniej stawiać na realizm. Zabicie wroga nie jest specjalnie trudne. Wystarczy zachować spokój i nie szarżować. Drobne zarzuty mam tylko do strzelania, które wymaga stania w miejscu i skierowania się w stronę celu. W normalnych okolicznościach nie jest to zbyt trudne, ale gra stawia nas też przed kilkoma większymi przeciwnikami, a nawet bossami. Przy grze 2,5D nie ma przestrzeni na rozbudowane potyczki z “szefami”, a więc wszystkie te starcia się do siebie podobne. Zazwyczaj ich największym wyzwaniem jest odpowiednie ustawienie się, aby w ogóle móc strzelić do wroga. To zdecydowanie jedyny duży minus gry – kiedy twórcy podkręcają tempo, toporność systemu walki przestaje budować klimat, a zaczyna być uciążliwa.
Poziom trudności taki, jaki chcesz
Silver Pines jest ciekawym przykładem gry, która jest trudna i prosta jednocześnie. Już pierwsze minuty pokazują, że trzeba szanować każdy nabój, a nawet znalezioną monetę. Zapis odbywa się tylko w budkach telefonicznych, do których trzeba wrzucić pieniądze i wybrać odpowiedni numer. To sprawia, że bardzo rzadko zapisywałem postęp, bo wolałem oszczędzać gotówkę (niepotrzebnie, jest jej sporo). Do tego dochodzi brak znaczników i wyraźnie określonych celów w dzienniku czy wymagająca skupienia walka. Gra oferuje jednak aż cztery poziomy trudności, dzięki czemu ci, którzy nie chcą się męczyć, też znajdą sporo przyjemności. Ja wybrałem sobie taką wersję, w której musiałem szanować zasoby i skupiać się na walce, ale jednocześnie nie frustrowałem się zbyt wysokim wyzwaniem. To pozwoliło w pełni delektować się klimatem i historią. Wyjątkiem są zagadki, które nie zmieniają się w zależności od poziomu trudności.
Rzeczą, którą warto docenić, jest też długość rozgrywki. Jak na grę niezależną, Silver Pines oferuje wyjątkowo długą, kilkunastogodzinną kampanię. Wiele oczywiście zależy od poziomu trudności, łatwości w rozwiązywaniu zagadek i stylu gry. Gracze, którzy lubią lizać ściany i odwiedzać wszystkie miejsca, na pewno spędzą w tym małym miasteczku mnóstwo czasu. Czy w pewnym momencie dopadnie ich nuda? Przyznam, że na jakimś etapie poczułem, że rozgrywka opiera się na jednym schemacie, który jest wałkowany w kółko. Teoretycznie to źle, ale jednocześnie nie robiło mi to aż tak dużej różnicy. Mimo że czułem, że największą nowością w kolejnych etapach są nowe bronie, nadal bawiłem się fantastycznie i wykorzystywałem każdą wolną chwilę, aby grać dalej. Ogromna w tym zasługa historii, której rozwiązanie po prostu chce się poznać. Jednocześnie sam gameplay jest na tyle wciągający, że chce się odkrywać coraz to nowe zakątki miasta.
Nowoczesna forma retro
Niezwykłą robotę robi też oprawa wizualna. Silver Pines nie jest klasycznym pixel artem – to raczej gra, która jednocześnie potrafi być skromna jak typowa produkcja niezależna, ale w kilku momentach prezentuje bardzo szczegółowe kadry. Miasteczko nie jest pokryte mgłą, tylko mroczną aurą, łączącą gotycki horror z przygaszoną kolorystyką. To z jednej strony retro, z drugiej nie można odmówić Silver Pines nowoczesności. To właśnie sprawia, że klimat jest jeszcze gęstszy i ekscytujący zarazem. Wracamy w tym momencie do początku recenzji, kiedy napisałem, że to przykład gry, która zachwyca po zobaczeniu pierwszego screena. To właśnie styl artystyczny odpowiada w największym stopniu za ten efekt.
Kto więc po pierwszym kontakcie z Silver Pines czuł, że może to być gra nietuzinkowa, miał dobrego nosa. To jedna z najlepszych produkcji niezależnych tego roku. Chociaż brakuje jej oryginalnych i świeżych pomysłów na gameplay, samo przeniesienie idei Silent Hill do perspektywy 2,5 D wystarczyło, aby rozgrywka zachwycała od pierwszych chwil. To gra, która może nie jest trudna, ale na pewno satysfakcjonująca i angażująca. Nic nie jest tutaj podane na tacy, ale zachęt do zaglądania pod każdy kamień i wczucia się w detektywa jest aż nadto.
Nie jest to gra idealna. Nie jest też nad wyraz świeża i innowacyjna. Jest za to kwintesencją tego, za co gracze kochają survival horrory w stylu Silent Hill, mimo swojej mniejszej skali. Nie zwlekajcie więc i ruszajcie na poszukiwania Eddiego Velveta.
8,8
Gdyby dodać mgłę, to byłby mały, ale nadal genialny Silent Hill.
Plusy
Kapitalny klimat
Historia, która przykuwa tajemnicą od pierwszej sceny
Elastyczny poziom trudności - od trybu fabularnego po survival
Bardzo satysfakcjonująca eksploracja miasta
Świetny art style
Minusy
Przy większej intensywności czuć toporność walki
Momentami łatwo na czymś utknąć
Mało nowych pomysłów na rozgrywkę (co jednak nie jest wielkim problemem)
Prześwietlam polski gamedev - piszę o grach, biznesie i kulisach branży, do których inni nie docierają. Rozmawiam z twórcami i analizuję co dzieje się za zamkniętymi drzwiami.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!