Powoli i z duszą na ramieniu.
Silent Hill f, mimo sporego potencjału drzemiącego w nietypowym jak na tę serię japońskim settingu, rozczarował mnie bardziej, niż się tego spodziewałem. Townfall to z kolei fikołek w drugą stronę pod każdym względem. I szczerze? Trailery nijak mnie nie ruszyły, ale kiedy pograłem półtorej godziny, nowy projekt mnie zaczął kupować.
Użyłem słowa fikołek, bo niemal wszystko jest odwrotnie, niż w SHf. Akcja ma miejsce w szkockim, portowym miasteczku St. Amelia w połowie lat dziewięćdziesiątych. Bohaterem jest Simon Ordell, o którym nie wiemy zbyt wiele, a i on sam ewidentnie nie ma pojęcia, czemu znalazł się w tym miejscu. Co ciekawe rozgrywkę prowadzi w widoku FPP, co jest nietypowe dla tej serii i fanom zapewne skojarzy się ze słynnym P.T. Kojimy. Za projekt odpowiada mało znane szkockie studio Screen Burn Interactive, wcześniej działające pod nazwą No Code.
Pograć pozwolono mi przez ledwie półtorej godziny, ale wystarczyło to w zupełności, by wyrobić sobie jakieś zdanie na temat nowego Silent Hilla. Dobrze też, że był to sam początek rozgrywki, a nie wyrwany z kontekstu fragment, bo właśnie budowanie suspensu może być w tym przypadku kluczowe. Gra zaczyna się spokojnie i powoli, przez kilkanaście minut błąkamy się we mgle (Szkocja nad morzem, ma sens, prawda?) po ewidentnie opuszczonym, rybackim miasteczku, w którym wydarzyło się coś dramatycznego. Kupiło mnie to. Ten brak pośpiechu połączony z towarzyszącym nam poczuciem zagrożenia i… niemocy. Zupełnie, jakby ten rozciągnięty wstęp miał nam uświadomić, że jesteśmy słabi, nieuzbrojeni i zupełnie nieprzygotowani do stawienia czoła zagrożeniom.
Eksplorujemy miasteczko, powoli odkrywamy, co się wydarzyło, choć są to zazwyczaj tylko poszlaki, które raczej pobudzają wyobraźnię, a nie odpowiadają na wszystkie pytania. Sporo tu zagadek środowiskowych, w klasycznym gatunkowym stylu: znajdź przedmiot i włóż go w odpowiednie miejsce, czy połącz coś ze sobą. Podoba mi się, że czasem trzeba choćby uważnie przeczytać instrukcję, aby wykonać czynności w odpowiedniej kolejności, czy znaleźć klucz do rozwiązania. Jeśli dalej będą nieco bardziej skomplikowane i wymagające, to tylko będę się cieszył.
Zwiedzając pomieszczenia od razu zauważyłem, że sporo z nich posiada zamki lub zasuwki. Od razu zapaliła mi się lampka z hasłem “Będzie jak w Alienie!” i wiele się nie pomyliłem. W pewnym momencie pojawiają się pierwsi przeciwnicy, nieliczni, ale śmiertelnie groźni dla naszego bezbronnego, a potem uzbrojonego jedynie w deskę bohatera. Uciekanie, chowanie się i zamykanie od wewnątrz stanie się zapewne kluczowe nie tylko na początku gry, bo mimo uzyskania później broni palnej, amunicji do niej nie będzie podobno zbyt wiele. Tak, czy inaczej grało mi się tutaj trochę jak w pierwszej połowie Resident Evil Requiem podczas zwiedzania szpitala wystraszoną Grace. A to moja ulubiona sekcja z tej gry.
Na początku oprócz wszechobecnej mgły i sporadycznie pojawiających się sztachetogłowych, nie doświadczamy zbyt wielu “paranormalnych” aspektów. Z czasem jednak rzeczywistość wokół nas zaczyna się czasem zmieniać, zapewne trafimy wtedy “na drugą stronę”. Są epizody dość krótkie, mam jednak wrażenie, że ich obecność będzie z czasem coraz wyraźniejsza. Oprócz latarki dość szybko zdobywamy też ręczną kamerę CRTV, która działa jak rozbudowana wersja radia z pierwszych gier. Generuje szum w ważnych miejscach, ale nie tylko ostrzega w ten sposób o przeciwnikach, ale też po dostrojeniu pokazuje ich pozycje, a także… transmisje z przeszłości. Które pełnią tu często rolę mechanizmu pokazującego nam kolejny etap zadania lub wskazówki do jego wypełnienia. Pomysłowe, niezłe, podoba mi się.
Zupełnie jak nastrój całej gry. No dobrze, nie całej, ale pierwszej godziny z okładem. Nie zmienia to faktu, że organy Silent Hill: Townfall zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie, niż jego wcześniejsze zajawki. Podoba mi się bardzo jego prostota połączona z tym niespiesznym budowaniem napięcia. Oczywiście nie uda się dowieźć kilkugodzinnej gry tylko na tym, ale jest to wyraźny sygnał, że twórcy bardziej stawiają na klimacik i napięcie, niż wypełnione akcją efekciarstwo. Ja jestem na razie bardzo na tak. Fajne zaskoczenie.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!