Recenzja - mobile

South Park: Phone Destroyer - recenzja - festiwal parówek

Katarzyna Dąbkowska, 09 listopada 2017 10:00 0

Randy i cosplay rodem z Pocahontas? Takie rzeczy tylko w tej grze.

South Park: The Fractured but Whole było zdecydowanie jedną z najlepszych produkcji, w jakie dane mi było zagrać w tym roku. Twórcom nie brakuje jednak pomysłów na następne przygody Cartmana i ekipy. Tym razem nasi małoletni bohaterowie wezmą udział w walkach rodem z Dzikiego Zachodu.

South Park: Phone Destroyer różni się od tego, co zaserwowało nam The Fractured but Whole. Cartman dochodzi do wniosku, że trzeba w końcu dorosnąć i pobawić się w Dziki Zachód. Nasi bohaterowie wdziewają zatem stroje kowbojów i Indian i stają naprzeciw siebie w bratobójczej walce. Poleje się krew i posypią sztuczne pióra. W międzyczasie okaże się jednak, że na Dziki Zachód mogą trafić też kosmici, piraci (bo to przecież mniej więcej ten sam okres w czasie), a nawet niedźwiedź, który pije i sika do rzeki. Głównym bohaterem jesteśmy my, czyli Nowy. Okazuje się, że jako jedyny posiada umiejętność szybkiego posługiwania się największą z dostępnych broni – smartfonem. Dzięki temu pnie się na szczyt władzy w South Parku i zdobywa szacunek na dzielni.

Mechanika walki odbiega od tego, co mogliśmy zobaczyć w konsolowych odsłonach. Nadal jest to gra strategiczna, jednak sporo tutaj karcianki. Naszych bohaterów oraz ataki kolekcjonujemy w postaci kart. Takie karty zdobywamy zarówno na poziomach (są poukrywane w szafkach szkolnych, które otwieramy po wygranych walkach), jak i w dodatkowych pakietach. Podczas rozgrywki gracz staje naprzeciw przeciwnika i wystawia kolejnych bohaterów (lub atakuje specjalnymi mocami) z pomocą wspomnianych kart. Wystawienie takowej wymaga określonej liczby punktów mocy. Moc regeneruje się przez cały czas trwania walki, więc zadaniem gracza jest odpowiedni dobór bohaterów, których „wrzucamy” na pole walki. Wszystko opiera się tutaj o dobre zarządzanie punktami mocy.

W grze możemy zagrać zarówno w trybie dla pojedynczego gracza, jak i PvP. Ten pierwszy składa się może i na wiele ciekawych poziomów, ale już w okolicach 14-go gra przestaje się z nami certolić i po prostu serwuje naprawdę solidnego bossa, którego nie przejdziemy, jeśli nie dopakujemy naszego bohatera. A to jednak trwa, bo wszystko opiera się tutaj na wspomnianych kartach – dopakowujemy w ten sposób naszego bohatera, ataki, czy inne postacie. Nawet poziom doświadczenia zależny jest od tego, jak ulepszamy nasze karty. Mamy zatem dwa wyjścia - albo łaskawie czekamy na odblokowanie kolejnej paczki kart, albo, co bardziej popłaca, pakujemy się w wir walki PvP...

Muszę przyznać, że twórcy gry postarali się o naprawdę solidny matchmaking oraz w miarę prawą i sprawiedliwą rozgrywkę na planszach. Pomimo tego, że lista graczy wciąż była mocno ograniczona (grałam przed premierą), to i tak dostawałam przeciwników „na poziomie”. Nie musiałam również czekać godzinami, co zdaje się sugerować, że matchmaking nie będzie kulał w przyszłości. Tryb PvP polega na krótkich, trzyminutowych walkach na planszach. Gracz ma za zadanie, oczywiście, solidne przyfasolenie wrogowi. Twórcy postarali się o prawe i sprawiedliwe traktowanie obu stron, nieważne, czy jest na wyższym czy niższym poziomie doświadczenia. Każdy ma równo rozdzielone „życie” na trzy części – wygrywa ten, który albo wykończy przeciwnika przed zakończeniem wyznaczonego czasu, albo zdejmie oponentowi więcej „części” z życia. Wygrać może zatem każdy, kto ma moc w palcach.

Chociaż Cartman z ekipą są łasi na kasę, to sama gra nie zarżnie naszego portfela. Produkcję pobierzemy za darmo i po drodze z pewnością będziecie kuszeni mikrotransakcjami. Nie ma jednak tak, że gra stanie okoniem i nie pozwoli nam przejść dalej, jeśli nie zaczniemy w nią rzucać złotówkami. Naszego bohatera możemy (choć mozolnie) ulepszać dzięki walkom PvP. Jeśli liczycie jednak na bogatą ścieżkę fabularną, muszę was ostrzec – jeśli chcecie ją przejść szybko, żeby poznać zakończenie, liczcie się z wydatkami, bo gra nie będzie was oszczędzać.

Najważniejsze jest jednak to, że Phone Destroyer to wciąż South Park. Nie jest to poboczna produkcja zrobiona „na odwal się” jak niektóre buble mające na celu promowanie „większych braci”. Może nie jest to fabularne dzieło sztuki jak serial, Kijek Prawdy czy The Fractured but Whole, ale już od pierwszych chwil z grą jesteśmy karmieni absurdami pokroju pirackich Indian czy kosmitów walczących z kowbojami. Wszystko zakrawa o dziecięcą zabawę, ale całość nadal jest okraszona sporą dozą mocnych wulgaryzmów. Innymi słowy – to gra zdecydowanie nie dla dzieci.

Brawa należą się też twórcom za fantastyczną oprawę graficzną, co przekłada się na „spożycie” baterii. Za to mamy do czynienia z prawie „serialowymi” wrażeniami. Całość podkreśla idealnie dobrany dźwięk z głosami oryginalnych bohaterów. Słowem – miodzio. Problem stanowi jednak fakt, że gra lubi nas wysłać do ekranu głównego, nawet podczas walki toczonej w ramach PvP. Miejmy nadzieję, że twórcy zwrócą na to uwagę, bo skutecznie może to popsuć nawalankę.

South Park: Phone Destroyer wprowadza małą dawkę realizmu. Całość oparta jest o naszego smartfona (podobnie jak we Fractured but Whole), z tą różnicą, że tu faktycznie dostajemy powiadomienia podobne do tych prawdziwych, co jeszcze bardziej podkreśla klimat gry. Kenny, Cartman, Kyle, Stan i inni (oprócz Timmy'ego, który jest na bakier z pisaniem) przekrzykują się między sobą, kto tak naprawdę ssie (i co powinien ssać), dlaczego Stan znowu zmienił zasady gry wprowadzając do niej swoją mamę, pojawiają się też gramatyczni naziści poprawiający stylistykę wiadomości, dysputy na temat tego, czy rodowici Indianie mogli być jednocześnie Afroamerykanami, Mimsy opowiadający o gwałcie rekina, a nawet Randy, który bezskutecznie stara się szukać bliskości z synem poprzez grupowy czat.

South Park: Phone Destroyer to mobilna kwintesencja South Parku. Owszem, tryb kampanii można by tu doszlifować i wprowadzić kilka ciekawych historyjek, a przyjemniej grałoby się, gdyby gra się jednak nie wywalała, ale naprawdę warto pobrać ten tytuł, jeśli jesteście zagorzałymi fanami zbrukanego humoru. Chociażby tylko po to, by zobaczyć Randy'ego w roli Pocahontas.

South Park: Phone Destroyer

  • klimat rodem z South Parku
  • tryb PvP
  • elementy karciane
  • walka
  • słaba fabuła w trybie kampanii
  • lubi się zawiesić
Cartman i spółka dają radę nawet na smartfonach. 8.5
Imperium Zioła - recenzja Weedcraft Inc
Wielkie i czerwone... nic - recenzja filmu Hellboy
Gdy magowie się kłócą, planety się rozpadają - recenzja Driftland: The Magic Revival
Pieniądz robi pieniądz - recenzja Anno 1800
najnowsze