Quentin Tarantino – „Grindhouse: Death Proof”
Tarantino nie przestaje fascynować. Sztubacka radość, jaką sprawia mu robienie filmów udziela się widzom.
Mieliśmy szczwany plan opublikować recenzje obu odsłon projektu Grindhouse naraz. Myśleliśmy, że filmy od siebie będzie dzielił niewielki odstęp czasu. Okazało się inaczej. Na dodatek dystrybutor prosi, by z recenzjami drugiej odsłony zaczekać do premiery. Tak długo wstrzymywać się z Death Proof nie możemy, więc dekompletujemy materiał...
Tarantino nie przestaje fascynować. Sztubacka radość, jaką sprawia mu robienie filmów udziela się widzom.
Zjawisko zwane „grindhouse” ma typowo amerykański rodowód. Tak nazywano podrzędne kina, które w latach 60., 70. i wczesnych 80. prezentowały na podwójnych, a czasem potrójnych seansach niskobudżetowe tzw. “exploitation films”. Były to dzieła klasy C – niezwykle brutalne, krwawe i przesiąknięte seksem. Pokazy grindhause’owe, organizowane również w kinach samochodowych, trwały zazwyczaj od zmierzchu do świtu (tak, tak - tytuł filmu Rodriqueza – „From Dusk Til Dawn” – jest jawnym nawiązaniem do tamtych czasów!), a twórcy uważani dziś za kultowych, tacy jak David Cronenberg, Wes Craven oraz nieco zapomniany Sean S. Cunningham zaczynali właśnie swoją przygodę z celuloidową taśmą od “exploitation films”. Gdy dodać do tego fakt, że dziełka owe miały nawet swoje podgatunki (np. Biker, Kung-Fu, Zombie), widać wyraźnie z jak szerokim i głęboko zakorzenionym w amerykańskiej kulturze masowej zjawiskiem mamy do czynienia. Zjawiskiem, z którego zarówno Tarantiono („Death Proof”) jak i Rodriguez („Planet Terror”) czerpią pełnymi garściami, bawiąc się przy tym znakomicie. Wprawdzie tytuły takie jak „Gator Bait”, „Supervixens” oraz „The Wild Angels” niewielu coś mówią, a i większość subtelnych aluzji z „Death Proof” polski widz zapewne przegapi, ale... nie ma wcale czego żałować. Film broni się nawet bez tego.
Pełen tekst znajdziecie tutaj