Miała rozpocząć wielką kinową serię, a stała się jedną z najbardziej krytykowanych adaptacji w historii. Klęska Avatara: Ostatniego władcy wiatru na lata zamknęła drogę do kontynuacji.
Dzisiaj trudno w to uwierzyć, zwłaszcza po sukcesie aktorskiego serialu Netfliksa, ale uniwersum Avatar: Legenda Aanga już raz próbowało podbić Hollywood. Dokładnie 16 lat temu do kin trafił Ostatni władca wiatru (pominięto słowo Avatar w tytule, by nie mylić z filmem Jamesa Camerona) w reżyserii M. Nighta Shyamalana. Film miał zapoczątkować nową franczyzę, jednak zamiast tego niemal całkowicie pogrzebał plany związane z dalszym rozwojem serii.
Avatar: Ostatni władca wiatru
Adaptacja, która rozczarowała niemal wszystkich – Ostatni władca wiatru
Film opowiadał historię pierwszego sezonu kultowego serialu animowanego Nickelodeon. Poznawaliśmy Aanga, młodego Awatara władającego wszystkimi czterema żywiołami, który po stu latach snu budzi się w świecie wyniszczonym wojną rozpętaną przez Naród Ognia. Towarzyszą mu Katara i Sokka, a ich celem jest przywrócenie równowagi na świecie.
Choć materiał źródłowy należał do najwyżej ocenianych animacji w historii telewizji, filmowa adaptacja spotkała się z miażdżącą krytyką. Zarzucano jej sztywne dialogi, słabą grę aktorską, fatalne tempo oraz próbę zmieszczenia całego pierwszego sezonu serialu w zaledwie dwóch godzinach.
GramTV przedstawia:
Największe kontrowersje wzbudziła jednak obsada. Produkcji wytykano tzw. whitewashing, czyli obsadzenie białych aktorów w rolach bohaterów wyraźnie inspirowanych kulturami Azji i Inuitów. Dodatkowo fani nie kryli oburzenia zmianami w wymowie imion postaci – Aang stał się nagle „Ongiem”, co dla wielu było symbolem niezrozumienia materiału źródłowego.
Mimo że film zwrócił koszty produkcji, okazał się jedną z największych porażek artystycznych 2010 roku. Zdobył aż pięć Złotych Malin i przekreślił plany stworzenia całej trylogii. Co ciekawe, M. Night Shyamalan miał już nawet wstępny zarys kontynuacji, w której ważną rolę miała odegrać Azula. Po fali krytyki projekt trafił jednak do kosza.
Dopiero po latach marka doczekała się drugiej szansy za sprawą aktorskiego serialu Netfliksa. Tym razem twórcy znacznie wierniej podeszli do materiału źródłowego, a produkcja spotkała się z dużo cieplejszym przyjęciem. Dla wielu fanów Ostatni władca wiatru pozostaje jednak przykładem tego, jak nie powinno przenosić się ukochanej animacji na wielki ekran.
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!