Na Netflixie możemy już oglądać drugi sezon Awatara. Oceniamy, czy twórcy naprawili problemy pierwszej serii.
Coraz bliżej animacji
W pierwszej połowie tego roku nie tylko One Piece wrócił z nowym sezonem, ale również inna aktorska ekranizacja popularnej serii animowanej, czyli Awatar: Ostatni władca wiatru. Gdy pierwsza z produkcji w nowych odcinkach ustanowiła poprzeczkę jeszcze wyżej, tak drugi sezon Awatara miał trochę inne zadanie i musiał udowodnić zarówno fanom animacji, jak i pozostałym widzom, że twórcy potrafią uczyć się na błędach i zrozumieli problemy, jakie trapiły poprzednią partię odcinków. Drugi sezon Ostatniego władcy wiatru jest na szczęście lepszy od pierwszego, ale do zachwytów nadal sporo brakuje.
Awatar: Ostatni władca wiatru
Historia w nowych odcinkach rozpoczyna się niedługo po finale poprzedniego sezonu. Drużyna Aanga (Gordon Cormier) uratowała Północne Plemię Wody przed inwazją Narodu Ognia, a Awatarowi udało się opanować magię wody. Teraz stoi przed nim kolejne wyzwanie, czyli znalezienie odpowiedniego nauczyciela magii ziemi, aby przybliżyć się do opanowania wszystkich czterech żywiołów i przywrócenia równowagi w świecie. Aang, Katara (Kiawentiio) oraz Sokka (Ian Ousley) wyruszają do Królestwa Ziemi, a konkretniej do Ba Sing Se, ogromnego miasta otoczonego potężnymi murami, która wygląda, jak ostatnie bezpieczne miejsce w pogrążonym przez wojnę świecie. Tam spotykają Toph (Miyako), młodą księżniczkę, która pomimo braku zmysłu wzroku, opanowała magię ziemi jak nikt inny. Aang próbuje przekonać Toph do zostania jego mentorką. W międzyczasie reszta próbuje pomóc mieszkańcom królestwa przed zbliżającymi się wojskami Narodu Ognia.
Drugi sezon nadal pozostaje daleko w tyle za kultowym serialem animowanym. Ale czy kogoś to dziwi? Dlatego Awatar: Ostatni władca wiatru najlepiej traktować jako samodzielną produkcję, która choć nie bez potknięć, to w drugim sezonie stała się nieco lepsza. Nowe odcinki oferują o wiele bardziej złożone relacje między bohaterami, lepiej poprowadzony główny wątek i skupienie się na ważnym wycinku historii, zamiast skakaniu po różnych wątkach, z których każdy wymagał nowych scen ekspozycyjnych. Mimo to fani oryginalnego serialu szybko zdadzą sobie sprawę, że historia została skrócona i przyśpieszona, omijając niektóre poboczne, ale równie ciekawe wątki z oryginału. Fabuła drugiego sezonu najlepiej więc sprawdza się wtedy, gdy skupia się na podróży, poznawaniu kolejnych postaci, odkrywaniu miejsc i konfrontowaniu się bohaterów z nową rzeczywistością. Przeniesieni akcji do Królestwa Ziemi pozwala serialowi na zmianę narracji, ale i tonu całej opowieści. Zdecydowanie mniej jest tu tłumaczenia świata, a więcej jego pokazywania, odkrywania nowych sekretów i kształtowania relacji między postaciami. Historia nadal cierpi na sporo ekspozycji, czy też objaśnienia wszystkiego w dialogach, ale i tak widać tu sporą poprawę względem pierwszego, przepełnionego pod tym względem sezonu.
Największym problemem pozostaje jednak tempo. Netflix musiał zmieścić spory zakres materiału z oryginalnej historii w znacznie krótszej, zaledwie siedmioodcinkowej formie. Plus taki, że każdy odcinek trwa co najmniej godzinę, ale nadal twórcy musieli mocno pociąć tę fabułę. Z jednej strony to spora zaleta, gdyż akcja jest wartka i nie ma wiele miejsca na przestoje i nudniejsze momenty. Ale drugiej niektóre wątki zasługiwały na znacznie więcej miejsca i rozszerzenie ich w kolejnych epizodach. Najlepiej widać to w pobocznych wątkach, takich jak zaginięcie Appy, niepewność Aanga, czy zdoła stać się prawdziwym Awatarem, czy politycznych intrygach Long Fenga, które aż proszą się o poświęcenie im więcej czasu. Serial często ma dobry pomysł na ich wykorzystanie, ale nie zawsze ma wystarczająco dużo czasu, aby pozwolić im w pełni wybrzmieć. Traci na tym emocjonalny ciężar tych wątków, który mógłby zadziałać o wiele lepiej, gdybyśmy otrzymali coś więcej, niż tylko zarys tych poszczególnych historii.
Awatar: Ostatni władca wiatru
Jednak drugi sezon ma jeden niepodważalny atut, który jest postać Toph. Twórcom udała się trudna sztuka przeniesienia tej bohaterki do aktorskiej wersji, która wymagała sporo wrażliwości i odpowiedniego podejścia. W animacji jej siła polegała nie tylko na charakterze, ale również na sposobie, w jaki serial prezentował jej brak wzroku, niezwykły poziom umiejętności, brutalną bezpośredniość i absolutną pewność siebie. Aktorska wersja musiała znaleźć sposób, aby nie zrobić z niej ani karykatury, ani tym bardziej ugrzecznionej kopii. Na szczęście Toph wnosi do serialu potrzebną energię, wprowadzając trochę zamętu w znaną już z pierwszego sezonu grupę bohaterów. To postać, która jednocześnie ma w sobie dziewczyński urok niczym Katara, ale i potrafi być cyniczna, czy bezczelna niczym Azula. Zyskuje na tym również sama magia ziemi, stając się nie tylko kolejnym etapem treningu dla Aanga, ale również innym sposobem myślenia o świecie. Toph nie jest cierpliwą nauczycielką, za to ostro traktuje Awatara, nie zawsze mówiąc mu słowa, które chciałby od kogokolwiek usłyszeć. Jest dokładnie takim kontrapunktem, jakiego potrzebuje bohater obciążony coraz większą odpowiedzialnością.
Ostatni dobry władca ognia
Sam Aang wypada całkiem dobrze, choć nie zawsze bezproblemowo. Serial wymaga od bohatera ukazywania silnych emocji, przy czym nie zawsze daje mu wystarczająco dużo przestrzeni, aby do nich dojść. Gdy bohater mierzy się z lękiem przed własną mocą, odpowiedzialnością za świat i stratą, widz rozumie, o co chodzi, ale nie zawsze jednak czuje pełnię tego ciężaru. Podobny problem dotyczy Katary. W animacji była sercem drużyny, lecz nie była tylko empatyczną towarzyszką. Potrafiła być uparta, impulsywna, moralnie nieustępliwa, czasem wręcz zaborcza w swoim poczuciu sprawiedliwości. Aktorska wersja nie zawsze pozwala jej na taką wielowymiarowość. W efekcie relacja Katary i Aanga, bardzo ważna dla całego sezonu, momentami wypada zbyt skrótowo. Znacznie pewniej wypada Sokka. Drugi sezon częściej pozwala mu być kimś więcej, czyli chłopakiem, który próbuje zachować swój optymizm, choć nosi w sobie żal, poczucie winy i świadomość własnych ograniczeń. Mocnym filarem obsady pozostaje jednak Zuko. W drugim sezonie nie jest już wyłącznie ścigającym Awatara księciem ze znienawidzonego kraju Ognia. To człowiek na wygnaniu, rozdarty między pragnieniem uznania, gniewem, wstydem, lojalnością wobec rodziny oraz ojczyzny i rosnącą świadomością, że jego dotychczasowy cel mógł być fałszywy. Jego wątek nadal jest jednym z najbardziej emocjonalnych elementów historii.
Awatar: Ostatni władca wiatru
GramTV przedstawia:
Pod względem produkcyjnym drugi sezon Awatara bywa nierówny. Kostiumy, choreografia i wiele elementów scenografii potrafią robić bardzo dobre wrażenie. Widać, że nie jest to tania próba zarobienia na nostalgii fanów. Jednocześnie efekty specjalne nadal bywają problemem. Krajobrazy potrafią wyglądać pięknie, ale w ciaśniejszych ujęciach, scenach z pełnym CGI już tak nie zachwycają. Dodatkowo drugi sezon bywa zbyt ciemny, szary i kolorystycznie przygaszony. W oryginalnym Awatarze każdy naród, każde miejsce i każdy żywioł miały własną kolorystyczną tożsamość. Netflixowa wersja czasami zapomina, że ten świat powinien być nie tylko epicki, ale również żywy. Mimo to Ba Sing Se wyróżnia się na tym tle, nawet jeżeli miasto pozbawione jest wspomnianych kolorów. To jednak miejsce, które idealnie pasuje do takiego fantasy, ze względu na swoją architekturę, przekrój społeczny, czy politykę. Aż szkoda, że twórcy jeszcze bardziej nie wykorzystali tej lokacji.
Warto jednak pochwalić sceny akcji, które są szybsze, płynniejsze i zrealizowane z większą dynamiką niż w pierwszym sezonie. Szczególnie dobrze wypadają moce żywiołów, które jeszcze bardziej przypominają sztuki walki niż zwykłe czarowanie rękami. Co istotne, moce są ważnym elementem charakteru każdego z bohaterów. Woda Katary jest płynna i emocjonalna, ogień Zuko gwałtowny i pełen napięcia, ziemia Toph pewna i nieustępliwa.
Drugi sezon Awatara: Ostatniego władcy wiatru zdecydowanie ma serce po właściwej stronie. Widać w nim ambicję, przywiązanie do świata i chęć poprawienia błędów poprzedniej serii. To nadal nie jest adaptacja idealna, ale wyraźnie lepsza, pewniejsza i bardziej świadoma. Wprowadzenie Toph zdaje egzamin, ale również inne postacie, w tym świetny Zuko, wciąż potrafią błyszczeć. Do tego nowe odcinki mają ciekawsze relacje w drużynie, lepiej poprowadzone wątki i kilka zmian, które wzbogacają oryginalny materiał. Nie obyło się jednak bez wyraźnych problemów, żeby tylko wspomnieć o pośpiesznym poprowadzeniu niektórych wątków, ale mimo to serial ogląda się z zaangażowaniem. To rozrywkowe, dynamiczne fantasy, które potrafi wciągnąć zarówno widzów znających animację, jak i tych, którzy dopiero odkrywają świat czterech narodów. Pokazuje, że Netflixowy Awatar nie musi być skazany na rolę gorszej kopii. Teraz najważniejsze będzie, czy twórcy zdołają wykorzystać to wszystko do opowiedzenia historii z większą odwagą w trzecim sezonie. Bo potencjał jest i po drugim sezonie widać go wyraźniej niż wcześniej.
7,0
Awatar: Ostatni władca wiatru staje się w drugim sezonie poważniejszy, bardziej emocjonalny i lepiej poukładany pod względem historii. Nadal jednak serial cierpi na kilka poważnych problemów.
Plusy
Udane wprowadzenie Toph, która wnosi do serialu energię i nową dynamikę w drużynie
Mocny wątek Zuko, nadal będący jednym z najlepiej napisanych postaci
Lepsze tempo niż w pierwszym sezonie
Więcej emocjonalnych momentów dla głównych bohaterów, szczególnie Sokki i Zuko
Udana próba przepisania części znanych wątków na potrzeby aktorskiej wersji
Bardzo dobra strona realizacyjna
Widowiskowe sceny używania mocy żywiołów w scenach akcji
Minusy
Zbyt mocno skondensowana fabuła, przez co część ważnych wątków nie ma czasu odpowiednio wybrzmieć
Nierówne efekty specjalne
Relacja Aanga i Katary wypada chwilami zbyt skrótowo i mało przekonująco
Warstwa wizualna bywa zbyt ciemna, szara i kolorystycznie wyblakła jak na tak barwny świat
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!