Middle-Earth: Shadow of Mordor i Shadow of War trafiają na Nintendo Switch 2. Sprawdziłem jak się w to gra i jest całkiem nieźle, choć jak zawsze nie bez potknięć.
Śródziemie: Cień Mordoru oraz Cień Wojny to jedne z ciekawszych produkcji osadzonych w uniwersum Władcy Pierścieni. Miały pomysł na siebie, tworzyły własne, ale intrygujące historie, oferowały sprawdzony gameplay będący miksem Assassin’s Creed i Batmana od Rockesteady, a do tego posiadały fantastyczny system Nemesis. Dzięki Aspyrowi ponownie możemy zajrzeć do fikcyjnego świata Tolkiena, ale tym razem w wersji na Nintendo Switch 2.
Middle-Earth: Shadow of Mordor i Shadow of War
Przetestowaliśmy Shadow of Mordor i War na Nintendo Switch 2
Sprawdziłem obie produkcje pod kątem ich działania i podzielę się z wami swoimi spostrzeżeniami, ale zaznaczam, że absolutnie nie będzie to recenzja samych gier. Tymi zajęliśmy się już dawno temu i jeśli macie ochotę wrócić do tego pamięcią, odsyłam was do recenzji Shadow of Mordor oraz Shadow of War. Tutaj skupiam się na jakości portów, za które odpowiedzialne jest Aspyr. Jak być może wiecie, całkiem niedawno wspomniane studio wydało ponownie The Lord of the Rings: War in the North i zdecydowanie nie wyszło to dobrze, dlatego obawiałem się, że Cień Mordoru i Wojny mogą mieć podobne problemy. Wygląda na to, że do katastrofy z Wojny na Północy jest bardzo daleko, ale do ideału również trochę brakuje (w jednym przypadku).
Middle-Earth: Shadow of Mordor
Zacznijmy od tego, że obie produkcje celują w 30 klatek na sekundę. Shadow of Mordor faktycznie trzyma się tego idealnie i nawet podczas starć z dużymi grupami orków lub na otwartych obszarach zawierających dużą liczbę budynków, detali, skał, roślin i tym podobnych, nie miałem najmniejszych problemów ze spadkami fps. Do tego gra wygląda bardzo przyzwoicie i choć przy zbliżeniach kamery na twarz naszej postaci widać delikatne ząbkowanie przy kapturze, a także mniej wyrazistą buzię to jednak podczas normalnego grania bez spoglądania na wszystko z lupą, Cień Mordoru prezentuje się naprawdę bardzo dobrze. Nintendo Switch 2 świetnie sobie radzi nawet z realistycznym ukazaniem mokrej zbroi oraz peleryny. Oczywiście w wersji przenośnej jest super, ale w trybie zadokowanym nawet z nieco podbitą rozdzielczością, na moim telewizorze 4K dostrzegłem już pewne uproszczenia graficzne, ale co ważne – obraz nie jest rozmyty (również w kontynuacji), co strasznie męczy oczy w niektórych produkcjach. Świetnie za to prezentują się przerywniki filmowe, niezależnie od tego w jaki sposób gramy.
Middle-Earth: Shadow of Mordor
Niestety tego samego nie można powiedzieć o Shadow of War dla którego utrzymanie 30 klatek na sekundę jest już pewnym wyzwaniem. O ile w przypadku spokojnej eksploracji wszystko było w porządku, to jednak podczas grubszych akcji lub nagłych zmian kierunku kamery bywały drobne spadki fps. Już oblężenie twierdzy na początku gry dało przedsmak tego jak gra może działać na Switchu i faktycznie temat powraca nawet w innych, mniej rozbudowanych lokacjach. Zaznaczam jednak, że te spadki nie są super nachalne. Zwyczajnie w jednej chwili musi się wydarzyć kilka rzeczy na raz, np. duża liczba orków + wybuch beczki i mamy lekki drop na dosłownie ułamek sekundy. To co zaciekawiło mnie jeszcze bardziej, to w wyższej rozdzielczości w zadokowanej wersji Switcha, dzieje się to odrobinę częściej. Nadal da się grać, ale trudno to też w pełni zignorować.
Middle-Earth: Shadow of Mordor
W przypadku grafiki w Cieniu Wojny znacznie bardziej widać ustępstwa. Przykładowo nasz bohater jest całkowicie pozbawiony cienia i choćbyśmy stali przy najjaśniejszej pochodni to nie ma mowy o jakimkolwiek choćby delikatnym zarysie czerni za postacią. Tekstury również są niższej rozdzielczości, co mocno odbija się na twarzach i niektórych obiektach otoczenia. Mocno w oczy rzuca się także brak wygładzania krawędzi, zwłaszcza w wersji zadokowanej. Na swój sposób jest to zrozumiałe, wszak Shadow of War jest nowszą, bardziej wymagającą produkcją, ale z drugiej strony nie mam na to usprawiedliwienia, ponieważ totalnie nowe produkcje jak choćby Final Fantasy 7 Remake, potrafią wyglądać o niebo lepiej, przy tym działając bez zarzutu. Na pocieszenie przerywniki filmowe wyglądają o wiele korzystniej. Jeśli zatem jesteście wrażliwi na jakość oprawy wizualnej to przy Cieniu Wojny możecie mieć lekki zgrzyt.
Middle-Earth: Shadow of War
GramTV przedstawia:
W kwestii samej rozgrywki, Shadow of Mordor sprawdza się wyśmienicie i tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń, ale już przy Shadow of War jest odczuwalne delikatne opóźnienie podczas sterowania. Jeśli mnie pamięć nie myli to chyba taki sam problem miałem lata temu na PS4 Pro. To jest coś do czego z czasem się przyzwyczaiłem, ale ponownie – trudno to zignorować, zwłaszcza podczas dynamicznych momentów rozgrywki, gdzie reakcje muszą być natychmiastowe. Najbardziej dało się to odczuć podczas celowania z łuku, gdzie musiałem wykazać się wysoką cierpliwością, w odróżnieniu od pierwszej części, gdzie kierowanie celownika na głowy orków było bułką z masłem. Poza kwestią sterowania w przypadku Cienia Wojny, są to nadal te same gry, bez żadnych dodatkowych opcji, zawartości i usprawnień.
Middle-Earth: Shadow of War
O ile poprzednie „Pierścionki” od Aspyr były fatalne pod kątem błędów, tak tutaj muszę pochwalić studio za to, że przez dwa dni i dwie noce intensywnego grania jedynymi glitchami na jakie trafiłem to dziwnie upadające ciała orków lub bohater opierający się o mur, tyle że dłonie miał w odległości pół metra od powierzchni, której “dotykał”. Są to zatem rzeczy raczej mało krzywdzące i nawet niezbyt często występują. Poza tym wszystko działało o dziwo bardzo dobrze, nic się nie działo z animacjami, questy się nie psuły – zupełnie jak nie Aspyr z poprzedniej Wojny na Północy. Pamiętajmy jednak, że nie miałem zbyt wiele czasu na sprawdzenie obu gier, dlatego nie mam pewności jak obie produkcje mogą działać pod koniec swoich historii (dlatego też nie jest to pełnoprawna recenzja, a jedynie wrażenia z obcowania z portem przez kilkanaście godzin w przypadku obu tytułów). Duży plus należy się również za to, że obie gry posiadają polską wersję językową w postaci napisów.
Middle-Earth: Shadow of War
Kolejnym zaskoczeniem jest zużycie baterii oraz oddawanie ciepła przez konsolę. Obie gry „zjadały” energię mojego Switcha 2 w miarę wolno i porównywalnie między sobą (w porównaniu do Assassin’s Creed Shadows, wręcz w ślimaczym tempie), a jedyną różnicą było to, że Shadow of War grzało konsolę nieco bardziej niż Shadow of Mordor, ale nie tak, że dało się poparzyć (ponowny spojrzenie na “gorące” AC Shadows). Myślę, że spokojnie do trzech godzin w trybie przenośnym pogracie, w zależności od ustawień jasności ekranu i tym podobnych (ja zwykle testuję trzymając jasność w granicach 90-95 procent). Obie gry zajmują około 126 GB miejsca na dysku, z czego pierwsza odsłona nieco ponad 50 GB, a druga ok. 70 GB.
Middle-Earth: Shadow of Mordor
Studio Aspyr tym razem poradziło sobie całkiem nieźle. Na pewno mogę polecić Shadow of Mordor, które jest bardzo dobrze wykonanym portem. Przy drugiej części już bym się nieco zastanawiał, choć pomimo wymienionych problemów, nadal da się w Shadow of War w miarę normalnie pograć. Na szczęście obie te gry można kupić w Nintendo eShop osobno, ale jak ktoś lubi bundle to można spokojnie pokusić się o taki zestaw. Póki co, dla mnie jest 1-1. Pierwszy powrót gry z uniwersum Władcy Pierścieni w wykonaniu Aspyr był fatalny, ale tym razem, nawet już licząc z potknięciami dwójki, Middle-Earth: Shadow of Mordor i War pokazują, że da się zrobić coś fajnego. Oby tak dalej i czekam na kolejne powroty do Śródziemia, a wiele wskazuje na to, że takowe będą.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!