Sylvester Stallone jesienią życia udowadnia, że spadające liście z drzew mu niestraszne. Gasi na nich swoje cygaro. Poza tym nadal jest wielbiony. I ma dobrych scenarzystów.
Dostrzegam ironię w tym, że Paramount+ buduje swoją pozycję na rynku streamingowym poprzez dostarczanie nam seriali o wyraźnie kryminalnym, gangsterskim zabarwieniu. Całe uniwersum Yellowstone, a także Strefa gangsterów i Tulsa King, to przecież historie o szemranych interesach. Jeśli wierzyć obiegowej opinii, Paramount jest raczej prawoskrętnym medium, tak chętnie odwołującym się do konserwatywnych wartości. Na pewno działa tu chęć odróżnienia się na tle Netfliksa, zdecydowanie bardziej progresywnego w treściach, liberalnego i otwartego światopoglądowo. Ale jaki podprogowy komunikat wysyłany jest do widowni, jeśli co drugi główny bohater tych produkcji ma coś za uszami? Najwyraźniej, wszyscy mamy swoje tajemnice.
Zostawmy to. Im dłużej przyglądam się temu, co zbudował Taylor Sheridan, bo bez wątpienia na jego pomysłach wypracowany został charakter Paramount+, tym bardziej dostrzegam, że nie tyle o chęć ukazywania brutalnego świata w tych serialach chodzi, ile o pokazanie, jakie jest brzemię zaprzedania duszy diabłu. Kiedy patrzysz w otchłań, otchłań także patrzy na ciebie, jak mawiał Nietzsche. Okazuje się, że jedynym ratunkiem dla bohaterów tych historii jest wówczas pokładanie wielkiej wiary w dziedzictwie, trzymanie się zasad, a także budowanie na tej podstawie poczucia wspólnoty. Taki był John Dutton. Taki jest Dwight Manfredi.
Tulsa King
Wszyscy mają swoje tajemnice
Nie sądziłem, że będę w stanie w tej historii dojść do momentu, w którym ponownie zrozumiem, co stanowi jej największą siłę. Otwierający sezon Tulsa King był rewelacyjny – przedstawił ciekawego bohatera, obciążył go pokaźnym brzemieniem w postaci 25 lat odsiadki i wzbudził ciekawość tym, jak potoczą się dalsze losy człowieka, który nie ma już nic do stracenia. Ale drugi i trzeci sezon oferowały już rozwodnioną papkę, która niespecjalnie angażowała do dalszego seansu, lub przynajmniej nie dawały niczego, co byłoby ponad to, co już widzieliśmy. Serial opierał się w całości na charyzmie Sylvestra Stallone'a, ale w pewnym momencie dało się dostrzec, że nawet on, na swoich potężnych barkach, nie jest w stanie utrzymać tej produkcji samodzielnie, jeśli wokół ma tylko muppety.
Czwarty sezon w gruncie rzeczy nadal opiera się na tym samym schemacie. Stallone wciąż gra figurę ojcowską, która wysłuchuje żali swoich współpracowników, doradza im i nadaje kierunek prowadzonej przez siebie „firmie”. Wszystko przechodzi przez niego i odbywa się z jego inicjatywy. Ale wokół dobudowano sporo ciekawych wątków, rozwinięto niektóre postacie, dodano też nowe i zrobiło się tu nieco bardziej różnorodnie. To bagno w końcu zaczęło wciągać. Co jednak najistotniejsze, nie bano się dostarczyć bohaterowi problemów, które w pewnym sensie nawet go przerosły.
Tulsa King
Gdy robi się nudno, bohater musi dostać nowy problem do rozwiązania
Sprawdzona zasada dobrego scenariusza mówi, że bohater musi mieć problem, wpaść w kłopoty, byśmy mogli z dystansu obserwować, jak się z nich wygrzebuje. Na zastój w serialu nie działa zatem nic tak dobrze, jak wywrócenie wszystkiego do góry nogami. To właśnie Taylor Sheridan razem z Terence'em Winterem, scenarzystą Rodziny Soprano, zrobili w czwartym sezonie Tulsa King. Dwight Manfredi przeżywa osobistą tragedię. Nie będę mówił, jakiego jest wymiaru, by nie psuć zabawy z seansu, ale to mocne, dość zaskakujące uderzenie. Mam wątpliwości co do tego, czy mogło do tego dojść tak nagle, bo trochę przypomina to zerwanie kontraktu z danym aktorem, a nie uzasadnione działanie scenariusza. Nie zmienia to jednak faktu, że zniknięcie pewnej postaci wpływa na głównego bohatera i buduje podwaliny pod to, co dzieje się w czwartym sezonie.
Dwight Manfredi zyskuje bowiem nowego przeciwnika – i mamy tu do czynienia z najgrubszą rybą w mieście. Mowa o nowej pani gubernator Oklahomy, Amanda Clark, granej przez dawno niewidzianą Gretchen Mol. Mała dygresja, bo to ciekawy powrót aktorski. Swego czasu grała pierwsze skrzypce w nieco już zapomnianym Zakazanym imperium, serialu produkowanym przez Martina Scorsese. Ktoś jeszcze pamięta? Zacna produkcja, a warto dodać, że jej scenarzystą był także Terence Winter. Mol ma umiejętność grania dam, które wcale nie są tak niewinne, jak sugerowałby ich uroczy uśmiech, a pod spódnicą potrafią trzymać nóż. Mniej więcej tego rodzaju postacią jest pani gubernator, która ów nóż postanawia wbić w plecy Manfrediego, zamykając jego „legalne” interesy.
Tulsa King
Tulsa King to serial od scenarzysty Rodziny Soprano i Zakazanego imperium
W międzyczasie sytuacja bohatera komplikuje się także na samym mafijnym szczycie. Ray Renzetti, grany przez Jamesa Russo, wciąż depcze mu po piętach. Dogadują się, by już za chwilę ponownie popaść w konflikt. Wszystko przez to, że Manfredi nie ma z czego spłacić swojego długu. W trzecim sezonie pojawiła się postać Russella Lee Washingtona Jr., zabójcy, który niestety nie zdołał wyeliminować Dwighta (postać grana przez Samuela L. Jacksona dostanie za dobre zachowanie własny serial). Ray wysyła więc do Tulsy kolejnego zabójcę – niejakiego Turca, bezwzględnego brutala, który budzi trwogę w szeregach Dwighta. On także ma znajomą twarz – gra go kultowy aktor Robert Davi, etatowy czarny charakter, znany choćby z takich filmów jak Licencja na zabijanie czy Szklana pułapka. Tej twarzy się nie zapomina.
GramTV przedstawia:
I to wystarczyło, by zaskarbić moją uwagę. Ale najnowsza odsłona Tulsa King ma jeszcze kilka innych asów w rękawie. Scenarzyści postanowili ponownie sięgnąć po postać graną przez Vincenta Piazzę (kolejne wspomnienie z Zakazanego imperium). To był dobry ruch, bo między nim a Goodiem zarysowuje się ciekawa dynamika relacji, jeśli w ogóle można to tak określić. Vince Antonacci ma jasne motywacje – chce być kimś. Niezależnie od tego, który boss w końcu doceni jego starania. Iskrzy również pomiędzy Dwightem a jego głównym współpracownikiem, Billem Bevilaquą, granym przez Franka Grillo. Przyznaję, że nie spodziewałem się, że scenarzyści akurat taki kierunek wybiorą dla tej postaci po tym, jak została wciągnięta do współpracy z FBI. Co zaczyna łączyć go z głównym bohaterem, choć obaj jeszcze o tym nie wiedzą.
Tulsa King
Dwight Manfredi zmierza na podbój Nowego Jorku
Z innych, mniej udanych rzeczy – ten serial wciąż ma irytujące postacie, które wpływają na jego wiarygodność i sprawiają, że całość wygląda momentami jak cyrk, ze Stallone w centrum jako mistrzem ceremonii. Nie podoba mi się sposób, w jaki poprowadzono rozwój postaci Tysona – poznaliśmy go jako kierowcę głównego bohatera, a w czwartym sezonie staje się pożal się Boże raperem.Wciąż da się wyczuć, że Dwight ma do niego słabość, wiele mu wybacza, ale prawda jest taka, że jest on źródłem niekończących się problemów, które tym razem przybierają już dość groteskową formę. On tu nie pasuje. Jest sztuczny i irytujący. Nie widzę dla tej postaci innego końca niż tragiczny – nie wyobrażam sobie, by Dwight bezustannie wybaczał mu niemal każdy występek. Zabawnie wygląda także udział córki Stallone'a w serialu. Grana przez Scarlet Stallone Spencer mizdrzy się do Mitcha i jest to tak nachalne, a jednocześnie tak źle zagrane, że prawie pęka szkło ekranu. Garrett Hedlund, wcielający się w Mitcha, ma wypisane na twarzy zakłopotanie w scenach pocałunków ze Spencer, co dowodzi, że nie udało się wypracować autentyzmu w graniu u boku czystej amatorki.
Są seriale, którym wybacza się głupoty, są takie, które obciążają statek na tyle, że sprowadzają go na dno. Mam wrażenie, że Tulsa King należy do tych odpornych produkcji. To nie jest historia opowiedziana aż tak „serio”, byśmy mogli przejmować się tym, że pewne elementy wypadają dalece niewiarygodnie. Deus ex machina, które scenarzyści wybrali jako metodę rozwiązywania problemów, powoli staje się tu standardem. Im dłużej się to ogląda, im lepiej poznaje się te metody, tym bardziej stajemy się na nie niewrażliwi. Czerpiąc autentyczną radość z tych dziesięciu odcinków. Po wypiciu tej herbaty fusy zostają na dnie. Jest gorzka, z domieszką cytrusa, więc ma smak i wyrazistość. Trochę jest w tym cukru, ale generalnie, co warto podkreślić, wszystko opiera się na tym, by oddać ciepło relacji głównego bohatera z tym, co zbudował, oraz z ludźmi, którymi się otacza.
Wiemy już z wcześniejszych zapowiedzi, że piąty sezon Tulsa King jest potwierdzony. Ujawniono nawet, że akcja rozgrywać się będzie w całości w Nowym Jorku. To naturalna konsekwencja wydarzeń, które mają miejsce w czwartym sezonie, i zapowiedź tego, że twórcy poszerzają skalę i znaczenie tej historii, prowadząc Stallone'a prosto w stronę największego wyzwania jego gangsterskiej kariery. Oby sił mu nie zabrakło, bo o to, czy dadzą mu dobrą historię, już się nie martwię.
7,5
Mogłoby się wydawać, że jakość i energia tej produkcji z sezonu na sezon spada. Nic bardziej mylnego. Stallone wciąż dostarcza sporo powodów, by mu kibicować.
Plusy
Serial, któremu wybacza się głupoty i ogląda się go bezboleśnie
Stallone ponownie udowadnia, że ten garnitur leży mu idealnie - świetnie czuje się w tej roli
Bardzo ciekawe poprowadzenie postaci granej przez Franka Grillo - tego się nie spodziewałem
Sentymentalny powrót Roberta Davi - spory smaczek dla fanów kina lat 90.
Jeśli to czwarty sezon, a ja znam jego schemat, a i tak oglądam z wypiekami na twarzy, to znaczy, że się udało
James Russo jako Ray jest po prostu genialny
Minusy
Banda Stallone nadal wygląda jak zgraja małp w cyrku skupiona wokół mistrza ceremonii
Wśród najgorszych postaci wymieniłbym Tysona. Błagam, zróbcie coś z jego wątkiem
Deus Ex Machina, czyli cudowne i nagłe rozwiązania do złożonych problemów powoli stają się tu standardem
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!