Strefa gangsterów, sezon 2. - recenzja 4. odcinków. Gra o tron trwa

Jakub Piwoński
2026/09/22 13:00
0
0

Przebojowy serial SkyShowtime wraca z drugim sezonem. Jesteśmy już po seansie czterech pierwszych odcinków. Sprawdzamy, na jakie problemy tym razem natrafiła rodzina Harriganów.

W ostatnim czasie, w kontekście Strefy gangsterów, żyliśmy bardziej nie tyle powrotem serialu, ile tym, jaki kształt przybierze produkcja Paramountu po rzekomym odejściu Toma Hardy’ego. Medialna burza okazała się burzą w szklance wody, choć wywołała sporą presję podczas prowadzonych przez aktora negocjacji z twórcami. Efekt? Hardy w serialu pozostał, a kontrakt został podpisany — zapewne na lepszych warunkach, niż gdyby całej burzy nie było.

Wracamy więc do Strefy gangsterów rok po premierze pierwszego sezonu. Powiedzieć, że serial wdarł się do naszych domów przebojem, to trafić w punkt. Nieco w klimacie Peaky Blinders, ale we współczesnej odsłonie, dostaliśmy historię gangsterskiej rodziny — równie mocną, równie emocjonującą, ale przy tym także dość zaskakującą. Nawet jeśli na ekranie znaleźli się były James Bond i królowa Anglii, nie mogliśmy być pewni ostatecznego efektu. Składniki wrzucone jednak do tego dość typowego dania nadały całości wyjątkowy smak. Teraz przyszedł czas sprawdzić, czy twórcy potrafili wykorzystać ten sukces.

Strefa gangsterów
Strefa gangsterów

Tom Hardy nadal sprząta

Strefie gangsterów się udało i nie ma co ukrywać, że duża w tym zasługa Toma Hardy’ego. Jego postać miała w sobie coś z Raya Donovana — etatowy „fixer”, specjalista od zadań specjalnych, a przede wszystkim lojalny pies, który zawsze znajdzie sposób na to, by jego pan spał spokojnie. Ujęło mnie to za pierwszym razem i ujęło mnie też teraz, w drugim sezonie, jak ta postać została zbudowana. Harry ma nieustanny kontakt z brutalnym światem i jest zdolny do wejścia na samo dno przepaści, tylko po to, by inni nie musieli już brudzić sobie rąk. A jednak wciąż zachowuje rozwagę, wrażliwość i wręcz nienaturalny spokój. To przykuwa uwagę niemal za każdym razem, gdy Tom Hardy jest na ekranie. Jego obecność zmienia atmosferę sceny. I robi różnicę.

Po przeciwnej stronie mamy z kolei teatr doświadczonego duetu — Helen Mirren i Pierce’a Brosnana. Po doniesieniach o rzekomym odejściu Toma Hardy’ego z serialu szybko pojawiły się głosy, że ta produkcja nie istniałaby bez niego. Owszem. Ale ten serial nie istniałby również bez tej diabolicznej pary, która przecież nadaje reszcie motywacji. Brosnan ściągnął nieco przyciasny i już zakurzony garnitur Jamesa Bonda i popuścił wodze fantazji, nie musząc już udawać dżentelmena. Jego Conrad to krzepki narwaniec, który swoimi wybuchami momentami przesadza z aktorską szarżę, ale koniec końców jest też punktem zapalnym wszystkiego, co dzieje się na ekranie. Strefa gangsterów albo opowiada o sprzątaniu bałaganu Conrada, albo zajmuje się, jak w drugim sezonie, obroną jego dziedzictwa.

Strefa gangsterów
Strefa gangsterów

Cały ten jazz

Mała uwaga do twórców: chęć ukazania bardziej sprawczej, aktywnej strony Conrada i danie mu do rąk nabitej broni, gotowej do użycia, nie było chyba najlepszym rozwiązaniem. Sceny jego bezpośredniej ingerencji sprawiają wrażenie pozbawionych realizmu — który boss pozwoliłby sobie na takie ryzyko? Rozumiem intencję, ale w przypadku tej postaci jej siła tkwiła dotąd właśnie w tym, że nie musiała osobiście brudzić sobie rąk. A Helen Mirren? To klasa sama w sobie i prawdziwy ewenement. Nie znam drugiej 80-latki, która potrafiłaby z taką gracją i energią zagrać kobietę doświadczoną przez życie — silną, samostanowiącą, a przy tym nieudającą za wszelką cenę, że wciąż wygląda młodo. Jest w tym coś odświeżającego.

GramTV przedstawia:

Twórcy, w tym także Guy Ritchie (którego zresztą w jednym z odcinków możemy zobaczyć na ekranie), obrali na kontynuację bardzo zasadny i sprawdzony pomysł. Jeśli pierwszy sezon rozłożył pionki na szachownicy tej gry o tron, ukazując siłę i bezwzględność Króla, a jednocześnie wskazując innych pretendentów do tronu pośród jego dzieci, to drugi sezon nieco komplikuje sytuację, bo na scenie pojawia się nowy przeciwnik. Conrad mylił się, jeśli zakładał, że wyeliminował wszystkie przeszkody. W Londynie pojawia się niejaki Frankie Cooper. To niepozorny, cichy, spokojny i nieco zabawny typ, który skrywa w sobie mnóstwo mroku. Jest trochę jak Joker, który stał się fanem zespołu Oasis, a przy tym jest bardziej powściągliwy. Ma w sobie jednak ten pierwiastek chaosu, który wywołuje w szeregach Harriganów istne spustoszenie.

Strefa gangsterów
Strefa gangsterów

Joker jak fan Oasis

To nowa, kluczowa dla fabuły postać. We Frankiego Coopera wciela się Johnny Flynn. Aktora widziałem wcześniej w netflixowym Replayu i już wtedy zwrócił moją uwagę. Ma w sobie coś elektryzującego, co sprawia, że osoby w pomieszczeniu milkną i zamieniają się w słuch, gdy ten zaczyna mówić. Tak jest właśnie jednej ze scen drugiego sezonu, powiedziałbym — przełomowej dla przebiegu historii. Jeszcze nie wiem, jak Harry poradzi sobie z tym problemem, bo to na jego barki spadnie rozgryzienie nowego przeciwnika, ale już teraz wiadomo, że w kolejnych odcinkach ten pojedynek zapowiada się niezwykle efektownie.

Mała dygresja, w formie ciekawostki. Powrót serialu zbiega się z istotną rocznicą. Kilka dni temu minęło 36 lat od premiery filmu ze wszech miar wyjątkowego i kultowego. Chłopcy z ferajny Martina Scorsese obfitowali w siarczyste dialogi i mocne, brutalne sceny. Byli też dalecy od wynoszenia gangstera do rangi ikony, jak robił to Ojciec chrzestny. O wiele lepiej radzili sobie z demitologizacją tego świata, mówiąc wprost: gangster dobry nie jest, ale nie znaczy to, że nie możemy się nim fascynować. W końcu napędza go uniwersalna ludzka cecha — chciwość, którą tak mocno staramy się trzymać na wodzy. Ta historia utorowała wizerunek gangstera, jaki znamy obecnie w popkulturze. Ba, mniemam, że bez Chłopców z ferajny nie byłoby Grand Theft Auto.

Jest dobrze. I na razie tyle wystarczy

Ale nie byłoby też Strefy gangsterów, która choć rozgrywa się w Londynie, garściami czerpie ze stylu amerykańskiego kina gangsterskiego. Produkcja nadal czyni atut z siarczystych dialogów i igrania z przemocą. Najlepsze jest jednak to, że zachowuje kontakt ze zwykłymi zjadaczami chleba. Gangsterzy zabijają i walczą o dominację, ale jednocześnie muszą rozwiązywać swoje małżeńskie problemy. I tutaj wyłania się jeden ze zgrzytów Strefy gangsterów — na skutek tego, otrzymaliśmy bowiem rezygnację z ukazania zaplecza przestępczego procederu. Jeśli przypomnimy sobie takie Zakazane imperium, na jaw wyjdzie mnóstwo wątków pobocznych, rozgrywających się gdzieś na drugim planie, ale jednocześnie uwiarygadniających fakt istnienia całego przestępczego systemu. Tutaj słyszymy tylko, czym zajmują się Harriganowie, ale tego nie widzimy. Wiemy, że są wielcy, ale nie wiemy, na czym właściwie ta wielkość się opiera.

Scenarzyści nie poszli w tym kierunku. Uczynili tę rozgrywkę bardziej kameralną, niemal teatralną. Ale można na to spojrzeć również z drugiej strony — Strefa gangsterów dostarcza nam przez to samo mięso. Prze do przodu, nie oglądając się specjalnie na boki. Pytanie tylko, jak długo wystarczy jej naboi w magazynku. Na razie nie powinniśmy się jednak tym martwić. Tom “Harry” Hardy nadal ma co sprzątać.

7,0
Serial wdzięczny do kontynuowania, mnożenia problemów i umiejętnego wykorzystywania postaci, która te problemy rozwiązuje.
Plusy
  • Tom Hardy naprawdę dźwiga ten serial na własnych barkach
  • Twórcy nie zwlekają, by wrzucić widza w sam środek nowego problemu
  • Antagonista jest atutem nowej odsłony - przyciąga uwagę, elektryzuje
  • The Prodigy wplecione w scenie akcji - miód na moje uszy i oczy
  • Scenarzyści skupili się na konretach, unikają rozwadniania fabuły
Minusy
  • Brak ukazania zaplecza przestępczego świata - nie wiemy, co dzieje się za kulisami
  • Pierce Brosnan czasami przesadza z aktorską szarżą - zarówno gdy strzela słowem, jak i bronią
  • Niektóre wątki obyczajowe (relacja Harry'ego z żoną) zaczynają serialowi ciążyć
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!