Mnóstwo pomysłów, dawka szaleństwa, ale też totalny chaos i gameplay opóźniony o minimum jedną generację. Może nawet dwie.
Nowa gra popularnego designera zawsze jest jakimś wydarzeniem, a Goichi Suda, znany jako Suda51, również do nich należy. Tyle że za nim nie stoją wielkie tytuły – Killer7, No More Heroes czy Fatal Frame mają swoją publikę, ale nie są klasykami. Japoński projektant rozpoznawalność zawdzięcza głównie temu, że jest mocno medialny, wyrazisty i tworzy gry, które zawsze mają w sobie jakiś zwariowany pomysł. Idealnie wpisuje się w to jego nowa produkcja – niepodobna do niczego innego, maksymalnie oryginalna, ekscentryczna, ale jednocześnie gameplay’owo mocno zapóźniona. W końcu Suda51 jest wyrazisty, ale z jakiś powodów na liście największych japońskich designerów przed nim znajdziemy wiele nazwisk.
Znacie ten moment, kiedy praktycznie zabija was jakiś potwór, ale chwilę przed śmiercią pojawia się wasz genialny dziarek i za pomocą strzykawki ratuje przed zgonem, ale w sumie to jesteście i tak praktycznie martwi i musicie nosić wielki hełm? Ja nie wiem jak to jest, ale Romeo, główny bohater recenzowanej gry, tego właśnie doświadczył. Teraz dostaje miecz i może walczyć z potworami. Szaleństwo trwa nadal, bo dzięki dziadkowi wstępujemy do elitarnej jednostki podróżującej w czasie i zabijającej monstra. Mniej więcej, bo historia w tej grze jest tak irracjonalna, że szybko staje się tłem. Nie dlatego, że jest maksymalnie pokręcona, tylko po prostu plastikowa, nieciekawa i słabo napisana. No ale przyznajmy szczerze, nie przyszliśmy tutaj dla walorów artystycznych.
Problemem Romeo is a Dead Man nie jest tylko to, że ta opowieść jest jak z filmu klasy B (taka zresztą ma być). To jest gra, która wygląda jak efekt burzy mózgów, która wymknęła się spod kontroli. Suda51 umieścił w swojej nowej produkcji absurdalną wręcz liczbę pomysłów – niestety każdy z innej bajki. Są więc komiksowe przerywniki, po bazie chodzimy jak w 16-bitowej grze, a intro wygląda jak z zupełnie innego tytułu. Twórcy mieszają rozwiązania narracyjne oraz style wizualne. Taki eklektyzm bynajmniej nie wpływa na pozytywny odbiór całości.
Jeśli ktoś spodziewał się gry o siekaniu zombiaków mieczem, mam niespodziewaną informację. Otóż Romeo is a Dead Man w swojej mieszance pomysłów znalazł też miejsce dla metafizycznych motywów mocniej przypominających późne Remedy (Alan Wake II i Control) czy Death Stranding. Ten miks, polany typowo japońską estetyką, sprawia że jeszcze trudniej powiedzieć jaką grę stworzył Goichi Suda. Nie pamiętam, abym widział produkcję z taką masą wymieszanych, odmiennych od siebie koncepcji. W tym przypadku ani trochę nie sprawia to, że gra jest jeszcze ciekawsza.
Mieszanka pomysłów to nie tylko narracja, ale też gameplay.
Walczymy mieczem, ale mamy też pistolet. Możemy korzystać z przedmiotów jednorazowych, ale też hodować zombiaki, które pomogą w czasie walki czy, jak przystało na japońską grę, gotować dania, które dają odrobinę większe boosty. O rozwoju postaci nie będę się rozwodzić, bo to kilka rozwiązań, w tym wzorowana na Pac Manie mini-gierka. Jest tego bardzo dużo, a i tak wymieniam tylko niektóre elementy. Może w recenzji nie brzmi to tak zawile, ale musicie mi uwierzyć, że Romeo is a Dead Man komplikuje wszystko, co się da, miesza style, dodaje często niepotrzebne nikomu pomysły, w efekcie tworząc grę, którą czasami ciężko zrozumieć.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tych pomysłów zabrakło w najważniejszych elementach rozgrywki. Zacznijmy od walki. Mocno przypomina mi to inną produkcję Goichiego Sudy, czyli Lollipop Chainsaw. To było jednak dwie generacje temu. Teraz już chyba rozumiecie dlaczego uważam Romeo is a Dead Man za grę opóźnioną w rozwoju. Do naszej dyspozycji oddane są raptem dwa ataki (lekki i mocny) oraz ładujący się co chwilę specjalny, który dodatkowo regeneruje zdrowie. No i na tym koniec. W samych podstawach walka jest bardzo prosta i mocno opiera się na klikaniu oraz wykonywaniu uników. Te jednak nie zawsze działają optymalnie. W dobrej grze odskok jest szybki i intuicyjny. Tutaj często działa z opóźnieniem, przez co łatwo dostać cios, mimo że teoretycznie wcisnęło się właściwy guzik. Ostatecznie pojedynki, które powinny być najciekawsze, niczym specjalnym się nie wyróżniają.
Istotnym problemem jest też poziom trudności. Gra najpierw rzuca w naszą stronę zwykłe zombiaki, które stanowią mięso armatnie. Nie jest to trudne, ale kiedy przychodzą walki z bossami, nagle trzeba się znacznie mocniej postarać. Później gra miesza zombiaki z mocniejszymi wrogami, którzy potrafią być upierdliwi, głównie przez przeciętnie działające uniki. Jednocześnie Romeo is a Dead Man ma mocno oszukany poziom trudności, który wynika z tego, że wrogowie zadają pojedynczymi atakami dużo obrażeń. Do tego niekiedy w małych lokacjach robi się chaos, przez który ciężko użyć apteczki. Jednocześnie gra wymaga korzystania z masy wcześniej opisanych opcji, głównie przy walkach z bossami, aby w miarę sobie radzić. Aby było jeszcze lepiej, nie można zmienić poziomu trudności w czasie gry, co w 2026 roku uważam za karygodny błąd. Ciekawostka – poziom trudności ustala się wybierając czekoladkę z pudełka. To tak w ramach mieszania dziwacznych pomysłów.
Nic na co narzekam nie byłoby aż tak problematyczne, gdyby na odpowiednim poziomie stał level design. Walka jest opóźniona o minimum jedną generację, ale z lokacjami jest znacznie gorzej. Wizualnie są nudne, puste i, co jak na tę grę jest zaskakujące, bez żadnego ciekawego pomysłu. Aby było dziwniej, w trakcie eksploracji natrafiamy na telewizory, przez które możemy przechodzić do czegoś na kształt cyfrowego świata. Tam nie ma wrogów, a jedynie banalnie prosty kawałek lokacji do pokonania, przejście do kolejnego telewizora i powrót do świata rzeczywistego. No i tak w kółko, aż uda się odblokować walkę z bossem. Polotu w tym tyle co kot napłakał.
Suda51 jest kreatywny pod warunkiem, że kreatywność określamy jako umiejętności wymyślania nieoczywistych rzeczy. Tyle, że z kreatywności trzeba też umieć zrobić użytek. Romeo is a Dead Man ma mnóstwo niecodziennych koncepcji, ale one nie łączą się w spójną całość. Do tego w obszarze mechaniki ta pomysłowość jakby się ulotniła, zostawiając mocno przestarzały akcyjniak na poziomie, który dawno nie jest akceptowalny. Brakuje w nim prawdziwych emocji i grywalności na wysokim poziomie. Romeo is a Dead Man próbuje być troszkę śmieszny, troszkę straszny i troszkę ezoteryczny, ale ostatecznie jest jak ten typ kolorowego ptaka, który chce być inny niż wszyscy i wyróżniać się w tłumie, ale w rzeczywistości brakuje mu charyzmy.
Myśląc nad plusami miałem więc spory zgrzyt. Nic w tej grze nie jest jednoznacznie i obiektywnie dobre. Głupio jednak niczego nie wskazać, bo to sugerowałoby straszny dramat, a to jednak nie jest prawda. To nie jest aż tak zła gra, chociaż w zalewie fantastycznych produkcji, które każdego miesiąca trafiają na rynek, trudno mi wskazać powód, aby ktoś kupił właśnie Romeo is a Dead Man. Szkoda czasu, chyba że komuś pomysł na świat z jakichś powodów tak bardzo przypadł do gustu.
5,7
Dwie generacje temu może to by zrobiło jakieś wrażenie. Może, chociaż szanse nie są duże
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!