Onimusha: Way of the Sword dobrze miesza nowe ze starym otwierając serię na nowy rozdział nawet, jeśli wiele elementów ograno w dość bezpieczny sposób.
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
Od premiery ostatniej, pełnoprawnej odsłony serii Onimusha minęło już dość sporo czasu, a Capcom powoli zaczyna odważniej ożywiać marki w swoim portfolio. Resident Evil hula aż miło, Devil May Cry w nieco inny sposób zaznacza swoją obecność… więc przyszedł czas również na samurajskie, demoniczne przygody.
Onimusha: Way of the Sword to powrót po dwudziestu latach i aż dziwi, że poza odświeżonymi pierwszymi dwoma grami z serii praktycznie nic się w tym temacie nie działo. Tym razem Capcom postawił na historię powiązaną z legendarnym Musashim Miyamoto, a pod względem mrocznego klimatu nadal potrafi robić wrażenie. Czy jest dobrze? Zdecydowanie tak, choć można mieć wrażenie, jakby z jednej strony twórcy próbowali mocno zmodernizować niektóre elementy serii, a z drugiej bali się przesadzić na wielu frontach.
Ale może to i lepiej, ponieważ taki mariaż starego z nowym wypada całkiem przyzwoicie.
Droga miecza jest drogą krętą…
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
Capcom decydując się na obsadzenie w głównej roli postaci Musashiego Miyamoto (legendarnego samuraja oraz mistrza miecza, który według podań był niepokonany w swoich 62 pojedynkach) również zdecydował się na jeszcze jeden ruch, którym było wykorzystanie wyglądu zmarłego przed wielu laty aktora Toshiro Mifune – równie legendarnego aktora znanego z kina samurajskiego, który to również wcielił się w tę samą rolę dwukrotnie w swojej karierze filmowej, a polscy fani mogą go dobrze kojarzyć z serialu „Shogun” z roku 1980, w którym to odkrywał rolę lorda Yoshiiego Toranagi.
I właściwie można byłoby powiedzieć, że to był dobry ruch. Co prawda, można byłoby śmiało dyskutować na temat tego, czy obsadzanie zmarłych aktorów jest etyczne, ale tutaj trzeba podkreślić to, co najważniejsze – cały proces pojawienia się aktora w grze był wspierany przez rodzinę, a także przez Mifune Productions i zajął dwa lata. Efekt? Moim zdaniem wyszedł o wiele lepiej, niż mogłoby się przypuszczać. Głównie dlatego, że sama historia Musashiego w Onimusha: Way of the Sword, który jest niepokornym, samotnym wilkiem poszukującym swojej własnej drogi do perfekcji we władaniu bronią białą, to bardzo typowy dla capcomowych gier tor rozwoju postaci w stylu „od zera do bohatera”. Jest tu bowiem miejsce na humor, na charakterystyczne cwaniactwo i one-linery, ale również na powagę sytuacji związanej z tym, co dzieje się w Kioto.
Nagle bowiem miasteczko atakują Genmy – demoniczne stworzenia, które zaskakują naszego głównego bohatera. Starcie z nimi nie idzie po myśli naszego wojownika i dzięki pewnemu splotowi wydarzeń staje się posiadaczem specjalnej rękawicy Oni, która pozwala mu pochłaniać dusz przeciwników. Z czasem jednak okazuje się, że zagrożenie jest o wiele większe, niż mogłoby się wydawać (bo zawsze takie jest!), a sam Musashi będzie musiał krok po kroku nauczyć się żyć w nieco innej rzeczywistości mocno związanej z walką z przeróżnymi stworami, potworami i nie tylko.
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
I jak już dobrze widzicie, staram się bardzo kluczyć z fabularnymi niuansami Onimusha: Way of the Sword, trzymając się tego, o czym można, a o czym nie można mówić, aby nie wyskoczyć za daleko.
Natomiast to, co jest zdecydowanym plusem, to fakt, że im dalej w las, tym bardziej polubiłem Musashiego i jego towarzyszy w tej podróży. Bowiem tak, jak napisałem chwilę wcześniej – jest tutaj miejsce na wiele elementów bardzo charakterystycznych dla bohaterów Capcomu, a też udało się jakoś w tym wszystkim balansować tak, aby nie wyszedł z niego drugi Dante. Bowiem o ile pewną krnąbrność można przypisać naszemu samurajowi, o tyle pojawiają się również momenty pokory.
Z drugiej strony, biorąc pod uwagę wszystkie wydarzenia z Way of the Sword, dochodzę do wniosku, że jako pewnego rodzaju nowy początek w serii Onimusha całość wypada dobrze na wielu frontach. Fabularnie bowiem nowi gracze będą powoli wgryzać się w ten świat oraz zasady nim rządzące. Weterani bowiem będą widzieć wiele podobieństw do poprzednich gier. Można byłoby tutaj pomarudzić na brak szaleństwa i granie bardzo bezpiecznych motywów, ale również nie dziwię się temu, bo gdyby pójść na całość w którąkolwiek ze stron, to łatwo można przesadzić i zrazić do siebie obie grupy.
Mogę tylko powiedzieć, że nie jestem zaskoczony zakończeniem, ale też odczułem pewnego rodzaju satysfakcję, widząc to konkretne rozwiązanie.
Onimusha: Way of the Sword łączy nowe z tym starym w grach tego typu.
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
To, co jednak najważniejsze w tym wszystkim, to fakt, że raczej nie nazywałbym Onimusha: Way of the Sword soulslike, a prędzej nieco bardziej zaawansowaną grą akcji/slasherem. Bowiem to, że w grze mamy jakichś bossów, uniki czy parowania, wcale nie musi oznaczać, że jest to soulslike.
Tryb fabularny w Way of the Sword wcale nie oznacza, że gra będzie się sama przechodzić. Tak, pojawiają się w niej prompty związane z tym, jak powinniśmy reagować na konkretne ataki, ale ostatecznie to my decydujemy, czy lepszy będzie unik czy parowanie. W obu przypadkach w trakcie walki otrzymamy jakiś efekt. Natomiast tryb akcji to już wyzwanie dla tych, którzy lubują się w czytaniu wszystkich ruchów przeciwników, odpowiednich timingów oraz kontroli pola walki na własnych warunkach. W nim również wykorzystujemy o wiele więcej przedmiotów wzmacniających Musashiego.
Każdy z wybranych trybów będzie stawiał na to, aby nauczyć się odpowiednich reakcji na ataki przeciwnika oraz specyficznych momentów, w których będzie to działało najlepiej. W najgorszym wypadku, wykonując daną akcję za wcześnie lub za późno oberwiemy.
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
Warto jednak podkreślić, że bez względu na wybrany przez nas tryb Onimusha z czasem będzie nam stawiała coraz to nowsze wyzwania, dokładając do już znanych przeciwników kolejnych lub też ich dodatkowych wariacji. Wtedy również z czasem okazuje się, że okiełznanie większej zgrai nie będzie aż tak łatwe nawet w trybie fabularnym – łatwo się tu bowiem mocno zapomnieć, zaszarżować z ułańską fantazją na „ciężkiego” i dostać prosty odklep od tych mniejszych, którzy wyprowadzą naszego samuraja z rytmu. I tak, nawet mając rozwiniętą większość drzewka umiejętności (m.in. możliwość agresywnego odpowiadania na ataki przeciwników czy też dobijania z doskoku), taka sytuacja może się po prostu wydarzyć, a zaawansowanych buildów również tutaj raczej nie uświadczymy. Trudno bowiem nazwać zmianę broni specjalnej czy zawieszek do broni czymś, co drastycznie zmieniałoby naszego głównego bohatera. Ot, zwyczajnie, w takim wypadku lekko nagniemy zasady, żeby było nieco lżej, np. woreczkami na przedmioty leczące, w zależności od potrzeb na polu walki.
Nie zmienia to jednak faktu, że zawieszki jako takie możemy ulepszać, składając specjalną ofiarę w kapliczce w naszej bazie wypadowej w Kioto, a potrzebne dodatkowe przedmioty czy surowce umożliwiające ulepszenie ekwipunku możemy również zakupić za czerwone dusze na późniejszym etapie gry.
Aby trochę podkręcić atmosferę, zawsze możemy wziąć się za czyszczenie zadań z placu treningowego. Przejście przez ćwiczenia czy ponowne walki z bossami (w trybie fabularnym oraz w trybie akcji) to coś, co zapewne będzie zabawą dla fanów platynowania gier. Ewentualnie zbierania dodatkowych elementów kosmetycznych.
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
GramTV przedstawia:
Jest jeszcze jedna rzecz, która odblokowuje się po ukończeniu gry… I powiedzmy sobie to wprost – tak, to będzie ten tryb wyzwania, który niektórzy gracze lubią i prawdopodobnie również go tutaj polubią.
To, co jednak może trochę uwierać w trakcie grania w Way of the Sword, to fakt, że ten system semi-otwartego świata może niewiarygodnie przypominać coś, co również możemy spotkać (poniekąd, nie bierzcie tego dosłownie do siebie) w grach RGG Studio.
Mamy tu bowiem główną lokację, w której miejscówki odblokowujemy wraz z postępami w fabule, oraz dodatkowe miejsca związane z misjami głównymi. Z czasem dostajemy również dwa typy zadań pobocznych – typowe fedexy, w których robimy coś szybkiego i dostajemy za to przedmioty lub surowce, oraz nieco dłuższe historie, które są powiązane z mieszkańcami Kioto. W nich zazwyczaj wracamy do miejsc fabularnych, w których byliśmy, i dostajemy kilka dodatkowych strzępków lore (co w późniejszych etapach gry jest nawet miłym dodatkiem).
Do tego otwieranie skrzynek, szukanie zwierzątek… czyli typowy zapychacz w kreacji tego typu półotwartego świata.
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
Z jednej strony rozumiem, że Capcom próbował tym samym połączyć pewnego rodzaju staroszkolny klimat Onimushy z nowoczesnym designem w grach. Nie ukrywam, że przez te około 24 godziny zabawy wiele rzeczy sprzątałem trochę na autopilocie (trochę jak w Code Vein 2, może z myślą nawet o maksowaniu całej gry), a robienie tego zawsze daje pewnego kopniaka pod rozwijanie Musashiego. Mam wrażenie, że dzięki temu przebicie się przez końcówkę gry przyszło mi nieco łatwiej, niż myślałem.
Druga strona jest natomiast nieco bardziej zawiła, ponieważ koniec końców daleko temu wszystkiemu do ciekawego, półotwartego miasteczka, które momentami staje się pewnego rodzaju parkiem rozrywki, niczym Kamurocho. To raczej wypełniacz, który służy głównie do dobijania ulepszeń zamiast do narracyjnej głębi. Najlepszym tego przykładem jest to, że niektóre losowe sytuacje z mieszkańcami potrafią się powtarzać wielokrotnie w tych samych sekwencjach, a poza jakimś przedmiotem do wykorzystania w walce nie zyskujemy zbyt wiele.
Czy można zatem przejść Onimushę bez eksploracji? W teorii pewnie tak, ale byłoby to o wiele trudniejsze wyzwanie niż zbieranie wszystkiego, co leci. Tym bardziej, że dobrze mieć tę lekką nadwyżkę mocy w trakcie pojedynków, a i autouzupełnianie przedmiotów użytkowych w kapliczkach również może nam drenować zasoby przechodząc z punktu A do B.
Ważne jest również to, że umierając nie tracimy dusz – możemy powtórzyć starcie, wrócić do kapliczki, zmienić przedmioty użytkowe czy sakiewkę leczącą, ale możecie być spokojni o swoje dusze.
Graficznie… no mogło być lepiej, ale wszystko zależy od punktu widzenia
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
Można byłoby powiedzieć, że na tle poprzednich hitów Capcomu, hulających na RE Engine, Onimusha zaskakująco wypada miejscami najsłabiej. Z jednej strony być może to wina tej szaroburej rzeczywistości, która dotyka mieszkańców Kioto, a z drugiej być może twórcy nie do końca chcieli przesadzać z efektami, których na ekranie momentami i tak jest całkiem sporo.
Żeby jednak nie było – to nie jest tak, że Onimusha: Way of the Sword jest grą brzydką. Po prostu, znając możliwości tego silnika, łatwo dojść do wniosku, iż można wyciągnąć z niego o wiele więcej (Pragmata to idealny przykład), poza kilkoma momentami, w których robi to wszystko niesamowicie dobre wrażenie. Być może również trochę boli fakt, że wersja PlayStation 5 Pro nie ma czegoś w postaci trybu „Quality Plus”, który daje więcej efektów niż zwykły tryb jakości – tutaj te 30 FPS w 4K sprawia, że i tak lepiej wybrać tryb osiągów z prostego powodu, jakim jest próba wejścia w odpowiednie timingi podczas walki. Co prawda można tutaj próbować kombinować z wyłączeniem blokady FPS oraz wyłączeniem efektów RayTracing, aby wyciągnąć coś zbliżającego się do 60 FPS, ale przyznam, że spodziewałem się jednak czegoś więcej po tym, co pokazywały gry na RE Engine w Resident Evil: Reuqiem czy Pragmacie.
Co do udźwiękowienia, to jest całkiem dobrze, ponieważ, zgrywając się z możliwościami kontrolera DualSense, wrażenia w trakcie walki związane z atakami z różnych stron przez przeciwników pozwalają reagować w odpowiedni sposób. Chociaż nie ukrywam, że w przypadku pojedynków z bossami liczyłem od strony kompozycyjnej na nieco mocniejsze akcenty. Natomiast dobra wiadomość jest taka, że zarówno angielski, jak i japoński dubbing w Onimushy wypada naprawdę świetnie… a i warto docenić fakt, że otrzymaliśmy polskie napisy.
Świetny powrót po latach – taki, jakiego oczekiwaliśmy?
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
I, prawdę mówiąc, to do nowej Onimushy nie można się za bardzo przyczepić od strony tego, czym tak naprawdę ma być – przeniesieniem pewnych staroszkolnych zasad na nowe warunki. Pod tym względem Way of the Sword jest świetnym powrotem i kolejną grą Capcomu, która w 2026 roku miesza w szeregach. Rzadko bowiem zdarza się, aby jeden wydawca miał w swoim portfolio w danym roku same hity i pod tym względem zdecydowanie jakość ponad ilość to bardzo dobra strategia. Dlatego też postanowiłęm te “pół” do oceny końcowej dorzucić, ponieważ takie powroty z zaświatów w porządnym stylu również można liczyć na palcach jednej ręki. Co prawda czuć, że momentami zagrano bardzo bezpiecznie, ale z drugiej strony być może na start po dwudziestu latach tak trzeba, aby nie przestraszyć nowych graczy, bo starzy docenią i tak do i owo.
Tutaj tak naprawdę wszystko jest na swoim miejscu, tak jak było to sprzed laty, i najważniejsze jest również to, że jest momentami wymagające. Fanów calakowania również czeka mała przeprawa, aby zdobyć wszystkie pucharki, a fabularnie jest dość prosto, ale satysfakcjonująco.
Onimusha: Way of the Sword – recenzja gry na PlayStation 5
Co prawda nie jest idealnie — można byłoby wprowadzić w tym wszystkim więcej różnorodności pod względem przeciwników (zwłaszcza minibossów). Podobnie wiele historii w Kyoto mogłoby być poprowadzonych o wiele ciekawiej, zwłaszcza w przypadku tych „substory”. Ostatecznie jednak nie ukrywam, że te kilkanaście godzin z Musashim spędziłem z uśmiechem na twarzy, bo takich bohaterów w giereczkowie nam potrzeba – niepokornych, z humorem, takich, których da się po prostu polubić.
Jedyne, co zasadniczo mi w tym obrazku mąci, to fakt, że w tym roku wyjdzie jeszcze jeden slasher, który naprawdę dobrze się zapowiada, a będzie nim Phantom Blade Zero. Tylko i wyłącznie dlatego wstrzymuję się z tym, aby powiedzieć „to najlepsza gra z gatunku w tym roku”, bo biorąc pod uwagę chiński rozmach oraz przywiązanie do detali, jest spora szansa, że będzie to godny rywal dla władającego mocami demonicznymi samuraja.
Dlatego też zdecydowanie warto zagrać w Onimusha: Way of the Sword i nie ma tu zaskoczenia, bo Capcom w ostatnim czasie nas do pewnej jakości swoich produktów przyzwyczaił. Premier będzie dużo, wiem, ale nie zapominajcie o Musashim, bo ostatni raz “tyle goli” jeden zawodnik miał wtedy, gdy to Robert Lewandowski strzelił pięć goli dla Bayernu Monachium w jednym meczu w mniej niż 10 minut… a to nie zdarza się nader często. To samo można powiedzieć o Japończykach w tym roku.
8,5
Onimusha: Way of the Sword to bezpieczny, nowy początek serii - można nawet wybaczyć to i owo, bo jakoś to wszystko trzeba rozruszać na nowo.
Plusy
Musashi jako główny bohater nowej Onimushy sprawdza się w pełni.
System walki, który mimo łatwego opanowania i tak wymaga odrobiny wyczucia oraz finezji, a satysfakcja po walce jest ogromna.
Dwa tryby rozgrywki - dla tych, co wolą więcej luzu oraz tych, którzy lubią się trochę spocić w każdym starciu.
W miarę przystępny system rozwoju umiejętności oraz posiadanego ekwipunku - bez przesadzonych i zaawansowanych opcji.
Starcia z dużymi bossami oraz momenty, które potrafią wywołać duży uśmiech na twarzy.
Spora gama opcji dostępności oraz dostosowania gry pod siebie.
Dźwiękowo pod wieloma względami cieszy ucho i to bardzo.
Szarobury, brudny i momentami bardzo posępny wizerunek Kioto...
Minusy
... oraz RE Engine, który tym razem mógł prezentować się lepiej w rozgrywce również na PS5 Pro.
Minibossowie, którzy momentami powtarzają się niczym stacia z Kuze w Yakuzie.
Nowoczesność w Onimushy ze wszystkimi jej przywarami np. czyszczeniem mapy ze znaczników itp.
Z-ca Redaktora Naczelnego Gram.pl. Wielbiciel wyścigów, bijatyk i tych gier, które zasadniczo nikogo. To ja zacząłem ruch #GrajciewYakuzę. Po godzinach fan muzyki niezależnej i kuchni koreańskiej.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!