Buntownik – recenzja filmu. Za mało serca

Łukasz M. Wiśniewski i Joanna Kułakowska
2026/08/25 15:00
0
0

Nowy film z Jasonem Stahamem w sumie lepiej zobaczyć w kinie, gdyż duży ekran sporo dodaje, ale warto celować w dzień, gdy bilety są tańsze.

Buntownik – recenzja filmu. Za mało serca
Monolith Films

Bardzo się cieszymy, gdy otrzymujemy zaproszenia na pokazy prasowe filmów z Jasonem Stathamem. Przede wszystkim dlatego, że wtedy mamy wyraźny znak, iż dystrybutor uznał, że ten konkretny przykład Stathamploitation wyraźnie wyrasta ponad średnią owego „podgatunku”. Tym razem zaproszenia nie było, żadnego pokazu zresztą chyba również nie. Reguła została potwierdzona: Buntownik to po prostu produkcyjniak, dość sprawnie zrealizowany średniak, lecz nic ponadto. W skali filmów, w których Jason Statham gra kolejną iterację Jasona Stathama, możemy przyznać jakieś 5,5/10, a jeśli chodzi ogólnie o akcyjniaki, nie więcej niż 5.

Monolith Films

Przy okazji warto zwrócić uwagę na pewien koloryt lokalny. W Polsce jakoś się przyjęło, by kolejne opowiastki spod znaku Stathamploitation nazywać od profesji lub cechy charakterologicznej bohatera. Jasne, przez lata powstało takowych wiele, ale ostatnio oryginalne tytuły od tego lekko odchodzą. Dwa ostatnie obrazy to Shelter i Mutiny – no, ale u nas nie mogło to być Schronienie i Bunt, lecz Samotnik i Buntownik. Choć w niniejszym przypadku tytuł nie ma absolutnie żadnego sensu. Podstawowe znaczenie słowa „mutiny” stanowi bunt na pokładzie. W dziełku wyreżyserowanym przez Jeana-François Richeta, twórcy obu części Wroga publicznego numer jeden czy filmu Przerwany lot, jest to bunt części pracowników morskiej firmy spedycyjnej, dla których nadchodzące zmiany oznaczają koniec lukratywnego handlu... ludźmi. Jason Statham nie gra żadnego buntownika, jest brutalnym (jak to on) narzędziem tłumienia owego buntu z racji piastowania funkcji szefa ochrony właścicieli firmy… Ogólnie tłumaczenie tego filmu robione jest na szybko i bez szukania kontekstów. Gdy ktoś mówi, że postawiłby na coś nawet swojego Shelby’ego 76 (kultowy model Forda Mustanga), w przekładzie dostajemy jakąś głupotkę o strzelbie Shelby… Kwiatków jest więcej, ale na szczęście to napisy, więc można je ignorować.

Duże Ilości Naraz Stathamów

Ikoniczną wręcz cechę Stathamploitation stanowi przeszłość postaci centralnej, która teraz żyje żywotem prostym, ale wcześniej była superagentem, superszpiegiem, superżołnierzem, albo nawet wszystkim naraz (jak tytułowy bohater filmu Pszczelarz, którego drugiej części już nie możemy się doczekać). No więc tutaj cała obsada kontenerowca to tylko pozornie marynarze, okazuje się bowiem, że każdy z nich jest w rzeczywistości najemnikiem, weteranem sił specjalnych bądź wywiadów wojskowych z całego świata. Tak więc grany przez Stathama Cole Reed ma godnych siebie przeciwników, przez co musi radzić sobie z nimi raczej pojedynczo lub w małych grupach, zamiast zmiatać wrogów hurtowo. Niestety, mimo takiego założenia eleganckich choreografii walk występuje tu zaledwie kilka (acz te, które są, robią spore wrażenie dzięki naturalistycznemu wykorzystaniu przedmiotów i wszelakich elementów otoczenia podczas masakrowania złoli).

Monolith Films

Pomysł, by areną walk uczynić statek handlowy, jest zacny. Jako że siedzimy w grach, wiemy wszyscy doskonale, że z labiryntu kontenerów da się wykrzesać sporo, tak samo jak z infrastruktury opartej o zewnętrzne schody i ogólnie dość otwartą stalową konstrukcję. W Buntowniku to gra kilka razy, ale również i ten element nie został odpowiednio wygrany: w zasadzie poza jedną walką morską potężna jednostka zdaje się stać sztywno zakotwiczona, nie wymuszając na Stathamie i jego przeciwnikach dodatkowego łapania równowagi, co powinno mieć miejsce na statku znajdującym się na morzu – jasne, potężny kontenerowiec mniej sobie robi z fal, ale w tym wypadku jest tak, jak gdyby tkwił w strefie morskiej ciszy. Ciszy za to nie ma w oprawie muzycznej – mamy tu po raz kolejny współczesną, częstą w filmach z tym aktorem, gęstą i pulsującą rockowymi nutami ścieżkę dźwiękową. Fajną, ale jakby już skądś znaną...

Pilot serialu

Jeśli podzielić Buntownika na części, to mamy dość długą rozbiegówkę, podczas której jedynie czekamy na coś, co zmusi głównego bohatera do srogiej pomsty w zapalczywym gniewie. Potem dostajemy nader solidną pigułę akcji, z dodatkiem niesłusznych oskarżeń pod adresem Reeda, po czym nadchodzi finał, który… no jest, i to tyle. Taki na szybko sklecony i z pominięciem większości kwestii budujących dotąd fabułę. Ot, dokrętka na szybko, aby domknąć choć jeden wątek. Całość znacznie lepiej wypadłaby jako pilot miniserialu, po którym następowałyby dwa czy trzy odcinki prezentujące Reeda, jak to z niespożytą energią sprząta kolejne elementy spisku, którego ofiarą padła jego przybrana rodzina.

Monolith Films

GramTV przedstawia:

Na koniec w sumie ciekawostka: Samotnik porusza mocno kwestię ojcostwa, a postać odgrywana przez Stathama stanowi swoistą figurę ojca. Tu mamy rodzaj dialogu z tamtym filmem, bo to Cole Reed czuje się usynowiony i musi jakoś sprostać i traumie z przeszłości, i tej odnowionej w wyniku ataku na jego nową rodzinę. Jest to zaledwie naszkicowane i pozbawione jakości psychologicznej, jaka charakteryzowała poprzedni film, ale dla fanów i fanek może okazać się ciekawą zabawą formalną. Rodzicielstwa dotyka też wątek trzeciej oficer statku (trochę na zasadzie Deus ex machina wrzuconej w wydarzenia), ale i tu nie otrzymujemy w ogóle sensownego domknięcia. Jak gdyby zabrakło na nie czasu i ochoty. Aż prosi się, by postać Angie Ellis, w którą wciela się Annabelle Wallis (niestety, jakby bez większego przekonania), ponownie dołączyła do Reeda w kolejnych odcinkach nieistniejącego serialu. Patrząc na Buntownika całościowo, można dostrzec cały szereg niewygranych pomysłów, przez to zaś coś, co mogłoby być naprawdę solidnym akcyjniakiem, pozostaje średniej jakości Stathamploitation, wyjącym wręcz o więcej czasu i więcej serca.

Monolith Films

5,5
Statham kopie tyłki jak zwykle malowniczo, ale tym razem oprawa nie dopisała.
Plusy
  • Jason Statham
  • Chłodna, ponura paleta barw
  • Muzyka podkręcająca wrażenia płynące z obrazu
Minusy
  • Trochę scenariuszowych głupot, na które tym razem ciężko przymknąć oko
  • Zdumiewająco mdły wydźwięk opowieści
  • Wrażenie, że ma się do czynienia zaledwie z fragmentem większej całości
  • Tłumaczeniowe kwiatki
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!