Po 13 latach mamy okazję, by powrócić na spienione karaibskie morze. Morze jeszcze piękniejsze, czego nie można powiedzieć o Edwardzie Kenwayu. Ten jest brzydki jak zawsze.
Assassin’s Creed 4: Black Flag to jedna z najbardziej uwielbianych przez społeczność odsłon asasyńskiego cyklu. Nie dziwi zatem, że gdy tylko pojawiły się pierwsze plotki o możliwym remake’u, cała gracza brać stanęła na baczność, nałożyła na głowę biały kaptur, a na koniec naciągnęła na maszt piracką flagę. Czy jednak było w przypadku Assassin’s Creed: Black Flag Resynced na co czekać? Cholera, jak najbardziej tak.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
Asasyn z przypadku
Witamy na XVIII-wiecznych Karaibach w okresie Złotej Ery Piractwa. Na morzu nie brak zuchwalców liczących na szybki zarobek albo szukających po prostu pełnego przygód życia. Jednym z nich jest Edward Kenway. Walijczyk to właśnie przypadek osoby, która z uwagi na liczne problemy osobiste oraz tzw. trudne czasy ruszyła na wody, by znaleźć tam bogactwo. Fachu, najpierw korsarskiego, a potem pirackiego, uczył się pod okiem samego Edwarda Thatcha, który do historii przeszedł jako Czarnobrody. Ale to nie na jego pokładzie spotykamy Kenwaya po raz pierwszy, o nie. Nasz bohater, jak się okazuje, nie pierwszy i nie ostatni raz, wplątał się w inną kabałę.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
Ten trafił bowiem pod komendę niejakiego Bramaha, który nie miał szczęścia – np. do wybierania celów swoich ataków. Wszak jak inaczej nazwać sytuację, gdy okazuje się, iż napadnięty przez nas statek przewozi człowieka wyszkolonego w zabijaniu? Tymczasem tak właśnie stało się w tej sytuacji, bo Duncan Walpole okazał się członkiem legendarnego bractwa asasynów. Powstał chaos, sztorm, wybuchy, aż koniec końców Kenway i Walpole wylądowali w wodzie – a następnie już jako rozbitkowie na brzegu. To tam przyszło im stoczyć ostateczny pojedynek na śmierć i życie, z którego zwycięsko wyszedł Edward. I w ten sposób wszedł on w posiadanie asasyńskiego stroju oraz ostrza.
Bez bagażu doświadczeń
Długo zastanawiałem się, jak podejść do pisania tej recenzji, bo nie będę ukrywał, że nie jestem fanem Assassin’s Creed będącym przy serii od samego jej początku. Tak naprawdę swoją przygodę z nią zacząłem w okolicach Assassin’s Creed: Origins, czyli w momencie, gdy ta zaczęła wyraźnie odchodzić od swoich korzeni na rzecz rozgrywki bardziej RPG-owej. Można powiedzieć, że tak jak dla wielu Metallica skończyła się na Kill ’Em All, tak dla innych Assassin’s Creed skończyło się właśnie na Origins. Kusiło mnie więc, by jeszcze przed tą recenzją ograć oryginalne Black Flag. Z drugiej strony wiele osób, które odpalą Resynced, również nie miało do czynienia z pierwowzorem. Zdecydowałem się więc pozostać w tej roli nowicjusza.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
Czy to dobrze, czy nie, oceńcie sami. Biorąc jednak pod uwagę wysiłki Ubisoftu, by “uwspółcześnić” tę właśnie odsłonę, nie będzie żadnym nietaktem traktować ją po prostu jako nowy, wydany w 2026 roku tytuł. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ale przechodząc już do rzeczy – Assassin’s Creed: Black Flag Resynced od samego początku wrzuca nas na wysokie obroty. Sztorm, walka o życie i przypadkowe “zostanie” asasynem. A to wszystko dopiero pierwsze minuty intrygi, w którą Edward, chcąc nie chcąc, się wplątuje. Szybko bowiem okazuje się, że asasyńskie fatałaszki to nie tylko szacun na dzielni, ale też dość spore grono osób, które nie do końca za nami przepadają.
Nie mamy przy tym wyboru, kogo lubimy, a kogo nie, bo fabuła prowadzi nas za rączkę jak przedszkolaka na przedpołudniowe drugie śniadanie. Black Flag Resynced majestatycznym krokiem odchodzi od prób uczynienia z Assassin’s Creeda kolejnego Wiedźmina i wraca do fabularnej liniowości, co zdecydowanie wychodzi grze na dobre. Zamiast próbować angażować się w quasi-RPG-owe wybieranie opcji dialogowych, po prostu wsłuchujemy się w rozmowy bohaterów. Bez żadnych QTE, bez możliwości decydowania o czymkolwiek. Chociaż w tym wypadku mniej oznacza po prostu więcej. Na przykład więcej frajdy.
Kilkanaście godzin pirackiej różnorodności
Ukończenie Black Flag Resynced zajęło mi ostatecznie kilkanaście godzin, z czego większość spędziłem skupiając się na głównym wątku. Jeżeli zaś chodzi o aktywności poboczne, to sprawdziłem ich akurat tyle, by mieć pojęcie o co chodzi i czy mi się to podoba. Sam wynik jest jak najbardziej optymalny – szczególnie że przy typowej dla współczesnych Asasynów zabawie w czyszczenie znaczników myślę, że spokojnie dałoby radę dobić do 30-40 godzin rozgrywki. A jest co robić, bo mamy polowania na morską oraz lądową zwierzynę, mamy mapy skarbów, mamy cele do likwidacji, a to tylko część możliwości, bo przecież pogłębiono możliwości eksploracji podwodnej. Tak czy inaczej, jest to wynik drastycznie mniejszy niż w przypadku nowożytnych odsłon cyklu. Taką Valhallę tłukę już od blisko 120 godzin, a końca nie widać. Jest to więc zdecydowanie miła odmiana.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
Sama struktura rozgrywki jest też dość różnorodna. Twórcy zrobili wiele, byśmy przypadkiem nie znudzili się monotonią i trudno mi przypomnieć sobie sytuację, gdy dwa zadania fabularne z rzędu wymagały od nas tego samego. To płyniemy, to musimy gdzieś się zakraść, by coś wykraść, innym znowu razem jesteśmy niczym Agent 47 i staramy się zdobyć strój, który pozwoli nam zbliżyć się w okolice naszego celu. Myślicie, że to wszystko? A gdzie tam! Dość regularnie jesteśmy rzucani za stery naszej poczciwej Kawki, by również z jej pokładu walczyć, śledzić, szukać i robić inne rzeczy, dzięki którym trudno tutaj o poczucie powtarzalności.
Nie mamy tutaj też typowego od lat drzewka rozwoju, które w przypadku wspomnianej już Valhalli rozrosło się do patologicznych rozmiarów. Zamiast tego twórcy z Ubisoft Singapore wrócili do korzeni, dając nam mechanikę kojarzącą się z serią Far Cry. Chcesz nosić więcej pocisków albo strzałek usypiających? No to dawaj na polowanie, bo bez skór zwierząt, kamracie, większych kieszeni sobie nie uszyjesz, arrr. Dodatkowo gromadząc surowce możemy rozbudowywać dostępne na przystani sklepy, co z kolei daje nam dostęp do jeszcze lepszych modyfikacji naszego statku. Bo i owszem – statek też możemy ulepszyć za odpowiednią ilość złota.
Co z tą walką?
Jednym z problemów Black Flag z 2013 roku była walka, która nie miała w sobie zbyt wiele głębi, a po opanowaniu określonego schematu była po prostu spowalniaczem, a nie czymś dającym satysfakcję. Nie dziwi zatem, że Ubisoft od początku deklarował zmiany w tej właśnie kwestii. I faktycznie – w Resynced zmiany są, ale trudno powiedzieć, czy dzięki nim walka stała się prawdziwą przyjemnością. Owszem, jest lepiej niż w oryginale, bo teraz Edward kopie, robi uniki i ogólnie dzieje się więcej. Koniec końców jednak w przypadku słabszych przeciwników wszystko opiera się na znalezieniu odpowiedniego okienka parowania, po którym można zadać śmiertelny cios asasyńskim ostrzem.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
GramTV przedstawia:
Z kolei przeciwników-wielkoludów musimy najpierw odpowiednio zmiękczyć, by potem zakończyć ich żywot w dokładnie ten sam sposób. Walczymy jednak nie tylko ikonicznymi dwiema szablami. Kenway ma na podorędziu również pistolety skałkowe i strzałki usypiające, a ponadto może przyciągnąć do siebie przeciwnika za pomocą linki lub wręcz przeciwnie – posłać go w diabli za pomocą kopniaka w klatę. Warto jednak pamiętać, że w przypadku tej odsłony twórcy celowali jednak w bardziej skradankowe podejście do starć, a nie w rzucanie się w tłum przeciwników niczym Eivor w Valhalli.
Co się zaś tyczy skradania – jest przyzwoicie. Ani jakoś wybitnie, ani też nie jest źle – czyli w gruncie rzeczy typowo, bo AC nigdy nie aspirowało do bycia produkcją pokroju Thiefa czy Dishonored. W większości przypadków przemykamy nad głowami przeciwników po dachach lub też chowamy się w gęstej roślinności, tudzież szukamy stosów siana, szaf czy kotar, które w razie pościgu mogą dać nam schronienie. Wrogowie potrafią przy tym np. do takich potencjalnych kryjówek zaglądać, byśmy nie czuli się zbyt pewnie. Jednocześnie nie wykazują się zbytnim rozsądkiem, bo za pomocą gwizdów możemy ich jednego po drugim zwabiać w wysoką trawę, by tam na wieczność zwolnić ich z warty. I tak aż do momentu oczyszczenia całej okolicy.
Na wzburzonym i na spokojnym morzu
Wiadomo, jako że sobie tutaj piracimy, to nie brakuje również statków. Te zresztą w niektórych misjach są głównym gwoździem programu, co nie zawsze do końca się sprawdza. O tym jednak później. Na razie skupmy się na samej żegludze, która jest przyjemna. Targana morskimi falami krypa jest nieco bezwładna, kolebie się we wszystkie strony aż miło, a podczas sztormu, jeżeli nie ustawimy się przodem do pędzącej na nas fali, to biada nam. Są też walki, które są odpowiednio chaotyczne, bo jakże mogłyby nie być. Ostrzał prowadzimy na różne sposoby, samemu starając się unikać wrażych kul. A gdy już wrogi statek będzie o krok od zatonięcia, bierzemy się do abordażu, by potem wcielić łajbę do naszej floty, zwrócić przeciwnikom wolność i obniżyć poziom bycia poszukiwanym lub też zwyczajnie posłać ją na dno. Wszystko to przyjemne i fajne, ale jako przerywnik – nie jako wyłączna aktywność. Szkoda, że Ubisoft Singapore nie wiedziało o tym przy Skull and Bones.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
Na osobne omówienie zasługuje grafika. Matko bosko kochano – jaka ta gra jest śliczna! No, może nie wszędzie, bo na upartego, przyglądając się z lupą, znajdziemy rzeczy, które mogły wyglądać lepiej, ale zdecydowanie nie burzy to poglądu na całokształt. Już oryginalny Black Flag zachwycał niesamowitymi jak na swoje czasy Karaibami, a przecież technika przez te 13 lat poszła diabelnie do przodu. Sam Ubisoft zyskał natomiast silnik Anvil, który choćby w Assassin’s Creed: Shadows generował niesamowite widoki, a tutaj, wydaje mi się, wspiął się na jeszcze wyższy poziom. Chociaż na pewno pomógł fakt, w jak malowniczej scenerii dzieje się akcja gry.
Nie będę jednak ukrywał, że ja to kupuję. Chociaż Ubisoft dołożył wiele miejsc szybkiej podróży, co znacząco przyspiesza poruszanie się między wysepkami karaibskiego archipelagu, nierzadko to ignorowałem. Zamiast tego wolałem wskoczyć na pokład Kawki, obrać kurs na cel podróży, uruchomić “autopilota” i słuchać. Słuchać szant śpiewanych przez naszą załogę, podczas gdy w tle zachodzące, pomarańczowe słońce odbijało się na lekko tylko zmąconej tafli wody. Aż można się było przy tym autentycznie zrelaksować. Paradoksalnie to właśnie były momenty, które często zapadały w pamięć, sprawiając, że przez chwilę naprawdę można poczuć się niczym sunący ku przygodzie pirat.
Nowa obelga: Ciekawe jak misje skradankowe statkiem
Ale w tej słusznych rozmiarów beczce miodu jest też duża, pachnąca niczym onuce pirata po 2-miesięcznym rejsie łyżka dziegciu. Misje skradankowe są OKROPNE. W przypadku śledzenia pieszych jest to mniejszy problem, szczególnie że od czasu oryginalnego Black Flag Edward nauczył się wreszcie kucać w dowolnym miejscu, ale nadal podążanie za dwoma jegomościami, którzy dopiero po dłuższym spacerze rozpoczynają rozmowę na interesujący nas temat, jest, mówiąc szczerze, mało ciekawe. Ale da się to jeszcze jakoś obronić, bo przecież jesteśmy asasynami, a w ich wypadku działania wywiadowcze są konieczne.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
Większy problem mam z wymyślnymi misjami morskimi. Także i w ich wypadku twórcy postanowili zafundować nam skradanie. Przez kilka minut suniemy więc leniwie w pewnej odległości od obserwowanego celu. Nie za blisko, by nie zostać wykrytym, i nie za daleko, by przypadkiem nie zgubić obiektu z pola widzenia. Ciągnie się to jak flaki z olejem, a ciekawe jest w podobny sposób. Te rzeczy doskwierały już w oryginalnym Black Flagu i niestety tutaj Ubisoft nie zdecydował się na większe zmiany, być może z obawy o zbytnią ingerencję w istniejący już scenariusz. W efekcie jednak jedna z większych wad pierwowzoru nie została naprawiona.
Równie frustrujące były misje eskortowe. Zdarzało się też, że Kawka musiała bronić innego okrętu przed wrogimi kulami, co już samo w sobie miało pewien element losowości. Mnie jednak irytował fakt, że przed takową misją nikt nie dawał mi do zrozumienia, że wypadałoby ulepszyć mój statek. W efekcie trafiałem na zadanie albo bardzo trudne, albo wręcz niemożliwe do wykonania. Jedynym rozwiązaniem było porzucenie ok. 20 minut postępu i wczytanie wcześniejszego save’a, by przed odpaleniem wszystkich cutscenek zakupić stosowne upgrade’y. Taka sytuacja zdarzyła mi się dwukrotnie, a może byłby nawet i trzeci raz, gdyby nie to, że udało mi się po prostu odciągnąć zbyt silne dla mojej łodzi statki blokujące drogę do celu, a następnie szybko przepłynąć, nim powrócą. Poza tym większych problemów nie uświadczyłem – ot, raz Edward wpadł pod tekstury statku, kilka razy nie do końca pobiegł tak, jak chciałem, ale to drobnostki.
Black Flag Resynced, czyli lepszy Black Flag
Jak zatem opisałbym Assassin’s Creed: Black Flag Resynced? To bardzo dobra gra i jeden z lepszych Asasynów od dawna. Zamiast rozdmuchanego molocha, napakowanego aktywnościami, otrzymaliśmy bardziej skondensowaną przygodę. Przygodę już raz opowiedzianą, która teraz stała się jeszcze przystępniejsza. Owszem, z jakiegoś powodu pomimo upływu ponad dekady Ubisoft nie zdołał naprawić wszystkiego, co w Assassin’s Creed 4: Black Flag zgrzytało. Mimo to połączenie świetnego materiału źródłowego ze świetną warstwą technologiczną przy jednoczesnym braku agresywnej ingerencji w to, co już jest, przyniosło naprawdę dobry tytuł. Fani oryginalnego Black Flag będą zachwyceni. Ci, których ostatnie Asasyny zmęczyły, będą zachwyceni. Jedynie ci, którzy wolą ogrom współczesnych odsłon, mogą być rozczarowani. Z drugiej strony – oni nadal czyszczą mapę Valhalli. Tymczasem słoneczne Karaiby czekają na tych, którzy są gotowi wejść na pokład. Arrr!
Black Flag było bardzo dobrą grą i Resynced udało się tego nie zepsuć. To świetny sposób, by na nowo odkryć przygody Edwarda Kenwaya i zakochać się w zalanym słońcem karaibskim morzu. Ahoj, przygodo!
Plusy
To nadal stary dobry Black Flag, ale w nowych szatach
Powrót do mniej RPG-owej, przeładowanej wszystkim rozgrywki wyszedł serii na dobre
Urzekająco piękne Karaiby
Hipnotyzujące morskie podróże w towarzystwie szant
Usunięto irytujące wstawki z Abstergo
Minusy
Skradanie się statkami jest strasznie upierdliwe
Szkoda, że gra nie informuje, kiedy należy ulepszyć łajbę
Absolwent dziennikarstwa sportowego na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pasjonat esportu, piłki nożnej i polityki. Od 2026 roku redaktor Gram.pl.