Inne

Rozmowy na Bronxie: Andrzej Sapkowski

Lucas the Great, 26 października 2007 18:00 38

Wywiad z Andrzejem Sapkowskim, przeprowadzony w 2007 roku z okazji zbliżającej się premiery pierwszej gry o Wiedźminie.

Łukasz M. Wiśniewski: Masz syna - nazywa się Geralt - który ci się z domu wyprowadził jakiś czas temu...

Andrzej Sapkowski: No tak, poszedł sobie... (śmiech) za obopólnym porozumieniem.

ŁWM: Chciałem się więc dowiedzieć, czy wiesz, co się dzieje aktualnie z Geraltem? Na ile te projekty, które w związku z nim powstają - z grą komputerową na czele - są ci znane?

AS: Wcale mi nie są znane... no, można powiedzieć że w jakichś ogólnych zarysach. Wiadomo mi na przykład, że gra opiera się na założeniu, że to będzie później, czyli w świecie czy w okolicznościach przyrody, których ja jeszcze nie opisałem. W jaki sposób Geralt siłą woli - jak Sigourney Weaver - wyskoczył z tej kadzi z roztopionym ołowiem, tego mi nie wiadomo. Ale generalnie rzecz biorąc umówiliśmy się z CD Projektem, że nikomu to nie przeszkadza. Bo co to za problem? Nie można przyjmować - choć zwykle fanowie mają do tego tendencję - że jeśli coś zaczęło się w książce, to kontynuacją jest komiks, jak się komiks skończył, to kontynuacją jest film, a jak się film skończy, to kontynuacją jest gra komputerowa. To fałsz. Każde medium jest własnym medium, własnym, można powiedzieć, uniwersum kreacji, każde egzystuje jako byt niezależny. I choć są to byty powiązane - choćby osobą głównego bohatera - to nie są i nie mogą być splecione w kształt warkocza. Jeżeli nabiorę kiedyś ochoty do napisania dalszej historii wiedźmina, to tym, co jest w grze, absolutnie nie będę się ani sugerował ani przejmował.

ŁMW: Czyli coś się zmieniło, bo przecież jakiś czas temu mówiłeś mi, że nie chcesz już w ogóle wracać do Wiedźmina...

AS: Nigdy nie mówiłem że nie wrócę i nie obiecuję, że wrócę. Ale nie mogę wykluczyć, że kiedyś zechcę. Dlatego właśnie podaję jako przykład, ale tylko jako przykład, że jeśli zechcę, to będę pisał własną opowieść, własną historię, osadzoną we własnej fabule i intrydze. I z pewnością nie zacznę w tym miejscu, gdzie gra się kończy. I nie zakończę tak, by było to punktem wyjścia dla kolejnej gry. Albo komiksu.

ŁMW: Jakiś czas temu Clive Barker, przy okazji robienia antologii komiksowej związanej z Hellriserem, napisał wstęp mówiący o tym, że to niesamowite wrażenie dla twórcy, gdy coś, co wykreował, przestaje być jego własnością. Staje się własnością odbiorców - i on, Barker, w zasadzie cieszy się z tego, że pozwolono zrobić chociaż wstęp do tego hellriserowego komiksu, bo tak naprawdę, to wszystko już od niego nie zależy, to żyje własnym życiem, jest samodzielne.

AS: Rzeczywiście trochę tak to jest. Ale nie trzeba ani nad tym rozpaczać, ani rąk łamać, ani nie należy się z tego przesadnie radować. Przy każdej adaptacji tak jest, bo też to i prawo każdej adaptacji, jej przywilej. Weźmy choćby nieszczęsny film, na którym ludzie psy wieszają... zresztą dla mnie niesłusznie, bo na tle całokształtu polskiej produkcji kinematograficznej ten film wypada zupełnie znośnie.

ŁMW: Jednak na tle budżetu, w porównaniu chociażby z rosyjskimi produkcjami fantastycznymi, to troszeczkę słabo wypadł, czyż nie?

AS: Porównywałem do polskiej kinematografii, nie do rosyjskiej ani hollywoodzkiej. Zresztą, skończmy to, nie będę filmu bronił. Zwłaszcza że filmowcy obrazili mnie srodze tym, że nie przeczytali książki, biorąc się do kręcenia filmu. O, to mnie bardzo ubodło.

ŁMW: To mogło być zbyt skomplikowane, prawda?

AS: Prawdopodobnie tak. Wiesz, małe czarne literki na białym tle, to jest strasznie, strasznie trudne. Trudno to przeczytać i zrozumieć. Bierze się zatem komiks i ma się sprawę załatwioną, tam są obrazki narysowane. No i tak zrobili. Dlaczego Zamachowski gra Jaskra?

ŁMW: Bo ma dobre nazwisko?

AS: Nie. Dlatego, że autor komiksów, Boguś Polch, rysując Jaskra, nie przejął się moim opisem, bo chciał skarykaturować pewnego znanego w fandomie pisarza.

ŁMW: No widzisz, to tego nie wiedziałem...

AS: Filmowcy obsadzając rolę Jaskra tak naprawdę obsadzali rolę karykatury z komiksu. Za najbardziej podobnego do tej komiksowej postaci uznali Zamachowskiego, bo faktycznie był dość podobny. Problem tkwił w tym, że komiksowa karykatura z żadnej strony nie przypominała Jaskra z moich książek, co fanowie natychmiast zauważyli i w głowę zachodzili, skąd to się wziął taki dziwny casting.

ŁMW: Słuchaj, a na ile oglądasz to, co programiści robią w grze? Czy bywasz tam czasami?

AS: Patrzę, gdy pokazują, podoba mi się to, co pokazują, bo to cieszy oko i robi wrażenie. I tyle. Bo się mało znam. Bo nie jestem fanem gier komputerowych, nie grywam w nie nigdy, bo, primo, nie starcza mi czasu, secundo: znam dużo ciekawszych zajęć i rozrywek.

ŁMW: Twój świat, twoje postacie zostały tam oddane, pokazane...

AS: Ja piszę, ja nie maluję.

ŁMW: Ale czy jesteś zadowolony z tego, jak zostały pokazane?

AS: Czemu miałbym nie być? Ale to nie są moje malunki. Ja piszę, a jak ktoś sobie to wyobraża? Zakładam, ze na przykład Bagiński umie przełożyć tekst na rysunek. Ja nie umiem. Jakbym umiał, to może sam bym narysował. Albo pouczał, jak rysować. I wymądrzał się, że to złe, a to jeszcze gorsze.

ŁMW: Zresztą spory czas temu miałeś podobny problem, kiedy Czesi ci zaczęli świat rysować, przed sagą jeszcze. Wtedy się zdziwiłeś, że już tak dobrze ten świat opisałeś i pierwszy raz zobaczyłeś jego mapę...

AS: Pierwszym twórcą mapy był Standa Komárek, mój tłumacz czeski, który siłą rzeczy dosyć uważnie przeczytał książkę, od początku do końca. I nakreślił mapę zgodnie z tym, co w książce stoi. Czyli dobrze, mówiąc krótko. Tym niemniej musiałem mu parę rzeczy poprawić. Przy grze, nie ukrywam, zaistniała podobna kooperacja. Konsultowałem przykładowo mapę, konsultowałem też użyte w grze nazewnictwo. Zdarzało mi się mieć uwagi i zastrzeżenia. W moich książkach przy onomastyce napracowałem się. Nad każdym imieniem, nad każdą nazwą. Żeby brzmiało, żeby pasowało. Więc gdy nagle adaptator mojej prozy nazywa krasnoluda Zdzichem albo Mańkiem...

ŁMW: ... nie no, chyba tak nie nazwali?

AS: Chcieli. Tak, czy jakoś podobnie, dokładnie nie pamiętam.

ŁMW: Ojej...

AS: Myślę, że przy końcowej korekcie sami by poprawili... Ale wolałem zgłosić zastrzeżenie.

ŁMW: Jako, że przecież jesteś ojcem Geralta, masz jakąś nad nim kontrolę? Wiesz ile wyjdzie rzeczy z Wiedźminem w roli głównej? Oprócz gry komputerowej gra na komórki, będzie też gra karciana, jakieś cuda-wianki.

AS: Nie widzę w tym żadnego problemu...

ŁMW: Ale już nad tamtymi pobocznymi projektami jakby mniej czuwasz, tak?

AS: Czuwam tyle, ile trzeba. Tak samo, jak nad grą. Czy jakimikolwiek innymi adaptacjami.

ŁMW: Jesteś zadowolony, że Maciek Parowski robi kolejny scenariusz komiksu, według pięcioksięgu?

AS: Jestem.

ŁMW: Wiesz, kto będzie rysował tym razem?

AS: Mówiło się o Truscińskim, mówiło o Bagińskim...

ŁMW: Truściński rysuje. AS: To dobrze. A Maciek Parowski książkę czytał, więc nie będzie miał problemów ze scenariuszem.

ŁMW: Przy tamtym, poprzednim komiksie podrzucałeś pomysł Maćkowi...

AS: Nieprawda. Maciek wszystko robił sam.

ŁMW: Tak, ale w ciągłej konsultacji z tobą. Mówił, ze mu trochę pomysłów podrzucałeś, spoza tego, co opublikowane...

AS: Ale skąd. Żadne "konsultacje", żadne "podrzucanie pomysłów". Kiedyś, zupełnie przypadkowo, opowiedziałem mu o projektach opowiadań, które miałem i które zarzuciłem, bo nie mieściły mi się nigdzie, do niczego mi nie pasowały. Więc poszły do kosza, z pomysłami tak bywa wcale często. Maćkowi niektóre z tych "zapomnianych idei" i grepsów bardzo się spodobały, mówił to już wówczas. No to wykorzystał jeden czy dwa później w komiksach, rzecz jasna z moją zgodą, po ustaleniu, że ja sam tych pomysłów wdrażał nie będę. A ja, jak się rzekło, zrezygnowałem z nich. Świadomie. Pomysł i greps to niestety jeszcze za mało na opowiadanie.

ŁWM: Musi mieć swoją narrację, musi mieć suspens pewien...

AS: A jeśli nie czujesz bluesa, to pomysł idzie do worka. Oj, u mnie można by było naprawdę duży worek nazbierać.

ŁMW: Każdy autor ma taki worek z pomysłami...

AS: Myślę, że każdy ma. Chyba że... no wiesz, można zamknąć oczy, zacisnąć zęby i tłuc byle co, pod hasłem, że zapłacą, prawda? Czy do antologii usiłować wciskać... Ja mam troszkę inne na ten temat wyobrażenie. Dla mnie opowiadanie zawsze było czymś w rodzaju średniowiecznego majstersztyku, sprawdzianu, pracy, czyniącej z czeladnika mistrza cechowego. A w pisarstwie wszyscy jesteśmy nieustającymi czeladnikami, aspirować do mistrzostwa trzeba w tym fachu bezustannie.

ŁMW: Większość znanych mi osób, włącznie ze mną, uważa że opowiadania o Wiedźminie były znacznie lepsze niż saga. Właśnie dlatego, że tam było to misternie przeprowadzone od punktu A do punktu B, z suspensem...

AS: Opowiadanie, że zacytuję Asimova, jest linią, która ma wyjściowy punkt A i końcowy punkt B. Powieść jest płaszczyzną. To są rzeczy nieporównywalne. Ale, na szczęście, wśród czytelników są różni geometrzy. Jedni wolą linie, inni kochają płaszczyzny.

ŁMW: Będąc przy temacie opowiadań... do gry komputerowej będzie dołączane twoje opowiadanie. Jak się domyślam, nie będzie to opowiadanie, które napisałeś specjalnie na tę okazję?

AS: CD Projekt i owszem, bardzo życzył sobie tego, ale musiałem odmówić. Nie mam chwilowo pomysłu... Poza tymi, które są w koszu.

ŁMW: A na dodatek ty nie chcesz pisać o Geralcie...

AS: Chcę czy nie chcę, nie ma znaczenia. Pisanie nie jest kwestią chcenia czy niechcenia. Może brzmi to banalnie, ale faktycznie istnieje coś takiego, jak natchnienie i Muza. Jeżeli Muza nie przyleci i cię nie natchnie, nie napiszesz.

ŁMW: Teraz będziesz miał rok, w którym będziesz patrzył na to, jak wygląda Geralt na kartach, na komórce, w grze komputerowej...

AS: Pozwolę sobie skorygować. Nie wiem, czy w ogóle będę patrzył, bo niby dlaczego miałbym?

ŁMW: A dlaczego miałbyś nie patrzeć?

AS: Bo istnieje z tysiąc rzeczy, na które bardziej wolę patrzeć.

ŁMW: Naprawdę nie będziesz chciał zobaczyć, co się dzieje z twoim synem?

AS: Niby po co?

ŁMW: Czy dobrze sobie poczyna? (śmiech) Czy jakoś daje radę na świecie?

AS: Jak już poszedł w świat, jego poczynania to już jego rzecz. Sądzisz, że będę dzień i noc siedział w Internecie i gryząc palce przeglądał screenshoty z gry i czytał recenzje? Na liście moich zainteresowań gry komputerowe zajmują odległe dość miejsce. Zdaje się, żem już o tym mówił.

ŁWM: Z tego co pamiętam, to ty w ogóle nie grywasz?

AS: Nie mam na to czasu i nie bawi mnie to. Z grą komputerową będzie więc tak, jak było z "wiedźmińską" grą RPG. Obejrzę okładkę, przeczytam - z zainteresowaniem - instrukcję obsługi i materiały towarzyszące, pooglądam ilustracje. I to wszystko. Nie mam, żeby było jasne, nic przeciw grom, nie uważam ich za coś gorszego. Ale nie podniecam się grami. Ani innymi zabawami wizualnymi. Przedkładam - taki już jestem - drukowane słowa nad obrazki.

najnowsze