Zarówno Microsoft jak i Sony za jedną z ważniejszych cech swoich next-genów uznają pracę w standardzie high-definition. Zalety takiego rozwiązania są oczywiste - znacznie lepsza grafika gier i spotęgowane wrażenia wizualne. Tylko że - jak zaznacza przedstawiciel Nintendo - ma to swoją cenę. Po pierwsze, właściciele tych konsol, żeby zauważyć znaczącą różnicę, będą musieli korzystać telewizorów HD, nadal bardzo drogich. Po drugie tworzenie gier, wykorzystujących moc drzemiącą w PS3 czy Xboksie 360, jest bardzo drogie - i te koszty przenoszone są na graczy. W końcu po trzecie droższa jest sama konsola. Ogólnie więc, następna generacja w wydaniu Sony i Microsoftu to przede wszystkim koszty, koszty i koszty. Które oczywiście ponieść muszą gracze.

Producent konsoli zwraca też uwagę na inne cechy, odróżniające ją od konkurencji - niską cenę (plotki mówią o 99 dolarach), wsteczną kompatybilność (możliwość grania w tytuły z ostatnich 20 lat!), rozbudowaną i bezpłatną usługę sieciowa, niewielki rozmiar, szybkie czasy ładowania gier. Wszystko to składać ma się na platformę dostępną każdemu, przystępną, przyjazną dla graczy i developerów.
Czy wystarczy to, by pokonać konkurencję, stawiającą na czystą, brutalną siłę technologii? W pewnym stopniu zależeć to będzie od tego, jak długo gracze znosić będą coraz to nowsze wersje w zasadzie tych samych gier. Jeżeli pragnienie innowacyjności okaże się większe od siły przyciągania "świecidełek" - to Nintendo ma szansę. Zresztą pewien przedsmak tej walki mamy w rywalizacji konsol kieszonkowych - PSP i DS-a. A nawet jeżeli Revolution nie odbierze klientów nowemu Xboksowi i PlayStation 3, to ma szansę przyciągnąć do gier zupełnie nową grupę odbiorców. Zresztą i o tym mówili już jej twórcy, momentami dystansując się nawet od walki z konkurencją.