Terminator 2 to arcydzieło science fiction. I największy ból głowy całej serii

Jakub Piwoński
2026/08/29 19:00
0
1

35 lat od premiery genialnego widowiska Jamesa Camerona warto ponownie przyjrzeć się filmowi, który zmienił gatunek science fiction. Ale też otworzył i zamknął serię na dobre.

Pamiętam, że jako dziecko potwornie bałem się Terminatora. Nie, nie postaci, ale tego, o czym opowiada, jaką wizję końca świata przedstawia. Wbrew pozorom te humanoidalne szkielety nie robiły na smarkaczu takiego wrażenia jak pewien palący się plac zabaw. Bo jak tak? Świat jest i się kończy, a wszystko obraca się w pył? Dziś, w 2026 roku, jesteśmy już raptem trzy lata przed 2029 rokiem, czyli czasem wielkiej wojny z maszynami ukazanej w tej jakże wymownej scenie otwierającej w Terminatorze 2. Nie zapowiada się, żeby ludzkie czaszki miały być wkrótce deptane przez wielkie, kroczące maszyny, ale na pewno wiemy już nieco więcej o sztucznej inteligencji, niż wiedział James Cameron w 1991 roku.

Dlaczego tekst poświęcam kontynuacji, a nie Terminatorowi z 1984 roku? Z dwóch powodów. Zawsze uważałem, że sequel jest najlepszą odsłoną serii, rozwinięciem dobrych i celnych praktyk pierwowzoru do poziomu mistrzowskiego, a jednocześnie arcydziełem i wzorem dla całego gatunku. Po drugie, niedawno nadarzyła się okazja, by raz jeszcze obejrzeć film na dużym ekranie. Terminator 2 skończył 35 lat i z tej okazji powraca do polskich kin w odrestaurowanej wersji 4K. Film jest też dostępny na Amazon Prime Video. 35 to zresztą liczba dla Terminatora wręcz symboliczna. Dokładnie tyle lat dzieli akcję filmu od momentu, w którym John Connor wyśle w przyszłości model T-800 w przeszłość w celu ochrony jego samego. Skorzystałem z tej okazji, zaliczając kolejny, nie zliczę który, seans powtórkowy. Znowu coś zrozumiałem.

Terminator 2
Terminator 2

Ten sam film, tylko lepszy

Gdy patrzę na twarz Arnolda Schwarzeneggera w scenie, w której organizuje sobie ubrania, nie mam wątpliwości, że aktor urodził się do tej roli. Omawianie takich oczywistości wolałbym jednak uniknąć, choć zacznę i skończę na tym, że to ciało i ta charyzma przyczyniły się do sukcesu filmu w sposób znaczący. Trzeba natomiast przyznać, że Cameron zaserwował w filmie niezły twist, wręcz popisał się brawurą. Schwarzenegger nie tyle powrócił do roli, co zagrał to samo, tylko zgoła inaczej – stał się pozytywnym bohaterem. A przecież oglądając film po raz pierwszy, tego nie wiemy. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut zakładamy więc, że to ten „chudszy”, w dodatku odziany w strój policjanta, przybył do przeszłości, by chronić młodego Johna Connora, a Schwarzenegger został wysłany ponownie z misją eksterminacji. Wtedy jednak karty zostają odkryte, a gdy T-800 rusza w pościg za Johnem, wszystko staje się jasne.

Zawsze uważałem, że Terminator stał się fenomenem popkultury nie dlatego, że dał nam nową, oryginalną historię, ale raczej dlatego, że dość zawiłą, nielogiczną i odtwórczą fabułę zdołał sprzedać jako coś ekstremalnie efektownego. Nie zastanawiamy się nad tym przy pierwszym filmie, kompletnie nie jesteśmy na to wyczuleni przy drugim, ale prawdę powiedziawszy, mamy do czynienia z lustrzanymi odbiciami. Najpierw ścigana jest matka twórcy ruchu oporu. Potem sam twórca ruchu oporu. Najpierw do obrony wysłany zostaje człowiek konfrontujący się z humanoidalnym cyborgiem wcielającym się w łowcę. Potem następuje upgrade – człowieka zastępuje T-800, natomiast T-800 zastąpiony zostaje T-1000. Zwiększa się skala, dodane zostają efekty, z niskobudżetowego techno-thrillera dostajemy pełnowartościowe widowisko. W gruncie rzeczy trzon pozostaje na swoim miejscu. Z tym że przy atrakcyjniejszych okolicznościach, z bardziej zniuansowaną paletą postaci i – co warte podkreślenia – równie bezsensowną konstrukcją.

Zachowuje przy tym ten sam problem: nikt, kto choć trochę interesuje się logiką podróży w czasie, nie jest w stanie wyjaśnić mi, gdzie właściwie zaczyna się ta historia z Kyle'em Reese'em przenoszącym się do przeszłości i ‘wywołującym’ Johna Connora, który rzekomo wysłał go do przeszłości. Przecież to się nie dodaje. A drugi film idzie tu przecież jeszcze więcej w zaparte. Zwaliłbym to jednak na karb pewnej wpisanej w konwencję umowności i cudzysłowu. Być może wielu uzna to za herezję, ale śledząc kino Jamesa Camerona od początku, byłem zdania, że to nie fabułę jego widowisk kochamy. Ani Terminator, ani Titanic, ani Avatar nie są specjalnie skomplikowane pod tym względem. Terminator 2 to właściwie jawny remake pierwszej części. A mimo wszystko w jakiś pokręcony sposób działa na nas jeszcze lepiej. Magia kina istnieje.

Terminator 2
Terminator 2

Cameron rozbił bank

Mija 35 lat i kompletnie się tym nie przejmujemy. Terminator 2 na stałe zapisał się w popkulturze. W 1991 roku był jednym z największych filmowych zakładów finansowych swoich czasów. Budżet sięgający około 100 milionów dolarów czynił z niego produkcję o niespotykanej wcześniej skali. Film zarobił jednak ponad pół miliarda dolarów na całym świecie i stał się największym kasowym hitem na długie lata. W porównaniu z Terminatorem nakręconym za ułamek tej kwoty mamy więc również na poziomie pieniędzy ogromną różnicę skali sukcesu.

T2 kosztował tak dużo między innymi dlatego, że Cameron chciał pokazać rzeczy, których kino wcześniej nie potrafiło pokazać. Jeśli mowa o efektach specjalnych, trzeba podkreślić, że mamy do czynienia z kolejnym przecieraniem szlaków. To jeden z tych filmów, przy których można mówić o „przed” i „po” w historii efektów. Największe wrażenie robił T-1000, którego ciekłometaliczne ciało, płynne przemiany i zdolność do regeneracji wymagały zastosowania nowatorskiego jak na 1991 rok CGI, za które odpowiadało Industrial Light & Magic.

Cameron nie ograniczył się jednak tylko do grafiki komputerowej. Ten efekt połączył z animatroniką, makietami, charakteryzacją, pirotechniką i klasycznymi efektami optycznymi. Dzięki temu cyfrowe sztuczki nie wyglądały jak oderwane od rzeczywistości dodatki, lecz stały się częścią namacalnego świata przedstawionego. Film zdobył cztery Oscary, w tym właśnie za efekty wizualne. Terminator 2 pokazał Hollywood, że CGI może być pełnoprawnym narzędziem narracyjnym, a nie tylko ciekawostką. Ale to już wiemy, bo o tym mówi się przy każdej analizie filmu.

To, co z kolei rzuca się w oczy przy seansie powtórkowym, to kapitalna gra świateł. James Cameron buduje za jej pomocą niemal namacalną atmosferę, kontrastując zimne, metaliczne wnętrza z ciepłymi źródłami światła i wykorzystując neonowe barwy, refleksy oraz głębokie cienie do podkreślania futurystycznego charakteru świata przedstawionego. Polecam wciskanie wciśnięcie pauzy i przyjrzenie się pojedynczym kadrom. Ale jest też muzyka. Brad Fiedel wrócił do pracy nad sequelem, ale nie próbował po prostu powtórzyć tego, co zrobił przy pierwszym Terminatorze. Skoro tym razem T-800 miał być bohaterem, a relacja z Johnem miała mieć w sobie więcej ciepła, muzyka również musiała się zmienić. Fiedel eksperymentował z dźwiękami, wykorzystując zarówno syntezatory, jak i przetworzone nagrania prawdziwych instrumentów. Ale na mnie i tak zawsze najbardziej działa Guns N’ Roses uruchamiane, gdy zadzierający nosa Connor uruchamia swój motor.

Terminator 2
Terminator 2

Najważniejsza jest Sarah

Ale wróćmy na moment do aspektów narracyjnych, bo nie jest dokładnie tak, że Cameron odtwarza schemat 1:1 z pierwszego filmu. Najważniejsza zmiana osadza się w postaci kobiecej. Sarah Connor to już nie jest ta sama, niewinna kobieta. Podobnie jak Cameron kompletnie odmienił postać Ellen Ripley, czyniąc z niewiasty odzianej w biel, zagubionej w kosmosie, pełnokrwistą madafakerkę (czy bardziej poprawnie politycznie – heroinę) walczącą z kosmitą, tak dokładnie ta sama zasada działa w przypadku postaci granej prze Lindę Hamilton. I nie dlatego, że wygląda w tym filmie i rusza się w sposób obłędny. Nie dlatego, że te podciąganie na drążku zapewne nie było udawane. Ale dlatego, że z tej kobiety biją gniew, lęk i determinacja, by zawalczyć o swojego syna. I jest to tak cholernie prawdziwe, że aż seksowne.

GramTV przedstawia:

Po 35 latach uważam, że Sarah jest kluczową postacią tego dramatu. Nie smarkaty John, nie uczący się człowieczeństwa T-800, ale właśnie Sarah. Jej los można odczytać jako metaforę poporodowej depresji – świat wali jej się pod nogami, a jednocześnie mogłaby za syna oddać życie. Faceta najchętniej zamieniłaby nawet drągiem drewna, jeśli ten okazałby się dla jej syna bardziej sprawiedliwy niż zapijaczony oryginał. To też z jej ust płyną najważniejsze słowa tej historii, w scenie, którą zapamiętałem jako dziecko najsilniej, a która stoi w centrum filmu:

No fate.

Jawne zakwestionowanie przeznaczenia. Przekonanie, że przyszłość nie jest czymś zapisanym w kamieniu, tylko czymś, co możemy zmienić. Że to my jesteśmy architektami własnego losu. Patrząc na serię Terminator przez ten pryzmat, ma ona nawet sporo nadziei. Paradoksalnie, właśnie dlatego Terminator 2 jest dla tej serii takim problemem.

Film, którego nie da się kontynuować

Ten film jest za dobry. A struktura tej historii jest zbyt nielogiczna, by wiarygodnie dało się ją kontynuować w nieskończoność. I kropka. Terminator 3 polubiliśmy dlatego, że po prostu stęskniliśmy się za T2 i siłą sentymentu do Arniego jeszcze zdołaliśmy to przełknąć. Ale prawda jest taka, że hiperbola przestaje działać. Terminator strzela teraz rakietami, nawet ukrytymi w trumnie, a my wiemy, że nawet gdyby dysponował laserami w oczach, nie przywróciłoby to wiarygodności serii.

Czwarta odsłona zrobiła jednak coś ciekawego i, w moim mniemaniu, odważnego. Zamiast po raz kolejny opowiadać historię łowcy i zwierzyny, rozwinęła tę kultową scenę otwierającą z T2 do pełnego formatu. Terminator: Ocalenie przeniósł nas w przyszłość i pokazał świat, który do tej pory oglądaliśmy głównie przez kilka minut. To była interesująca próba, choć chyba za bardzo przyzwyczailiśmy się jako widzowie do schematu „łowca goni zwierzynę”, by nowa formuła mogła skraść nasze serca. Piąta i szósta odsłona na powrót to próbuje, czym strzela sobie w kolano. Każda kolejna część ewidentnie szuka sposobu na obejście tego, co zrobił Cameron w 1991 roku.

Musimy ponownie uruchomić Dzień Sądu, choć poprzedni film powiedział nam, że można go powstrzymać. Musimy zmienić przyszłość, choć właśnie na tym opierała się nadzieja Sarah. Musimy wymyślać nowych Terminatorów, nowych wrogów, nowe warianty podróży w czasie i kolejne twisty, choć największy możliwy twist Cameron wykorzystał już w 1991 roku, zamieniając maszynę do zabijania w obrońcę dziecka, pomiędzy którymi rodzi się specyficzna więź. Wniosek? Można zrobić film większy. Można zrobić film droższy. Można zrobić jeszcze bardziej efektownego Terminatora. Ale nie można po raz drugi zrobić Terminatora 2.

Terminator 2
Terminator 2

Arcydzieło i przekleństwo

Patrząc dziś na takiego Matrixa, kolejny, przełomowy film SF lat 90., trudno nie zauważyć, jak wiele idei, które Cameron ubrał w formę wielkiego widowiska, zaczęło później żyć własnym życiem. Człowiek odkrywający prawdę o wojnie z maszynami, przewodnik wtajemniczający go w zasady nowego świata (ścigany przez policję), beznamiętne maszyny i cyberpunkowa wizja przyszłości – Terminator 2 pomógł ukształtować język, którym później mówiło całe science fiction. Ale w sequlach systematycznie ponosił porażkę. Terminator 2 jest arcydziełem nie tylko dlatego, że jest spektakularny. Jest nim dlatego, że jest niemal kompletną wersją historii, którą zaczął pierwszy film. Historii, dodajmy, polepionej z narracyjnych klisz i kilku naukowych bzdurek, sprzedanych jednak za pomocą najwyższej klasy filmowej perswazji. Ma więc coś z brawury. I właśnie dlatego jest największym bólem głowy całej serii. Nie da się tego przebić. Można to tylko powtarzać albo od tego uciekać.

Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!