Recenzja Silent Hill: Townfall – Nowa mgła, ale jakby znajoma

Mateusz Mucharzewski
2026/09/28 19:00
0
0

Nowy, bardziej narracyjny Silent Hill od Annapurna Interactive będzie tym, czego miłośnicy tej serii potrzebowali?

Recenzja Silent Hill: Townfall – Nowa mgła, ale jakby znajoma

Pomysł Konami na serię Silent Hill jest prosty – zamiast jednej, dużej linii fabularnej rozciągniętej na kilka gier, wiele niezależnych od siebie produkcji prezentujących klimat małego, otulonego mgłą miasteczka. W tym roku japoński gigant serwuje nam współpracę z Annapurna Interactive. Wydawca znany jest głównie z gier narracyjnych. Czy takie połączenie sprawdzi się w Silent Hill? Seria wprawdzie zawsze słynęła z mocnej opowieści, ale nie mogło też w niej zabraknąć walki.

Townfall być może należy się tytuł gry, w której gracz najszybciej przestaje rozumieć, o co chodzi. Już pierwsze sekundy dezorientują go, bo Simon, główny bohater, wychodzi z wody. Sam zresztą nie do końca wie, dlaczego to zrobił, jaki jest jego cel i po co mu wenflon przymocowany do ręki. Później już jednak jest typowo dla serii Silent Hill – małe, opuszczone miasteczko, wszechobecna mgła i unosząca się w powietrzu atmosfera niepewności i grozy. Nad bohaterem wisi śmiercionośne zagrożenie i tylko kwestią czasu jest, kiedy się pojawi. Na początku gry pojawiają się nawet sceny, które jeszcze mocniej komplikują sytuację. Momentami czuć było klimat Death Stranding. Mam na myśli charakterystyczną dla Kojimy umiejętność pokazania rzeczy, które są nie tylko dziwne i niepokojące, ale paradoksalnie również ekscytujące.

Koszmar oczami trzech osób

Cała historia nie jest jednak tylko o Simonie. W kampanii pojawiają się trzy postacie, które są ze sobą powiązane, chociaż z początku nic na to nie wskazuje. Ciekawym zabiegiem scenarzystów jest to, że początkowo w głowie gracza mógł zarysować się jakiś pomysł na rozwiązanie opowieści. W pewnym momencie jednak czuć, że w Townfall chodzi o coś zupełnie innego. W tym właśnie momencie historia zaczyna ekscytować, bo z każdą sceną wszystko nabiera nowego kształtu. Niektóre dialogi, które początkowo brzmiały jakby pozbawione kontekstu i sensu, teraz układają się w jakąś całość.

Patrząc całościowo, Townfall ma jednak zupełnie inną historię niż dwie poprzednie części serii. Dwójka od Bloober Team to arcydzieło, oferujące głęboką i pełną emocji opowieść, która gracza trzyma od intro i nie puszcza aż do samego końca. Silent Hill f z kolei oferuje bardzo skomplikowaną opowieść, której nie da się zrozumieć bez kulturowego kontekstu Japonii lat 60. Townfall to coś pomiędzy. Opowieść jest znacznie bardziej przyziemna i może nawet bliższa nam, nawet jeśli nikt z nas nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji. Całościowo jest to ciekawe, chociaż na końcu trudno o uczucie powalenia na kolana. Obejdzie się też bez szerszej interpretacji czy szukania drugiego dna. Bawiłem się więc nieźle i z ciekawością czekałem na dalszy rozwój wydarzeń, ale za rok pewnie będę miał problem, aby przypomnieć sobie, o czym była ta gra.

Początek gry sugeruje, że może być o czymś nieco innym niż się finalnie okazuje. Dotyczy to warstwy fabularnej, ale też rozgrywki. Sam spodziewałem się mocno narracyjnej produkcji. Nawet pierwsze minuty były bardzo liniowe i zapowiadały raczej walking simulator niż survival horror. Również kiedy pojawił się pierwszy przeciwnik, gra dokładnie zasugerowała, że walka znalezionym kawałkiem drewna to ostateczność i lepiej się skradać. Zwłaszcza że prowizoryczny oręż pewnie zaraz się rozpadnie na tysiące drzazg. W pierwszym rozdziale więcej więc było chodzenia po małym wycinku miasteczka, odblokowywania nowych ścieżek i szukania przedmiotów.

DNA Silent Hill w najczystszej postaci

Był w tym jednak duch Silent Hilla. Początkowo trudno gdziekolwiek wejść, ale z czasem zdobywamy nowe przedmioty czy klucze, pozwalające dostać się do kolejnych obszarów. Pomaga też mapa, która klasycznie dla serii zaznacza odkryte miejsca czy dostępne przejścia. W samych lokacjach z kolei dużo jest przeszukiwania pokoi, zbierania przedmiotów i wykorzystywania ich w odpowiednich miejscach (np. do włączenia prądu). Tyle że to tylko początek. Silent Hill: Townfall nie jest narracyjną odsłoną serii ani tym bardziej walking simulatorem. To pełnoprawny przedstawiciel cyklu, który przy ogólnym spojrzeniu niczym nie różni się od dwójki czy zeszłorocznego f.

O ile więc początkowo na naszej drodze stał jeden przeciwnik, o tyle szybko potworów zaczęło przybywać. Rozwinęła się też lista możliwości walki z nimi. Dosyć wcześnie pojawia się nawet pistolet, a pod koniec walczymy głównie dwururką. Gra oczywiście sugeruje, że najlepszym rozwiązaniem jest skradanie się i unikanie konfrontacji. Zdradzę jednak, że odbiór gry nieco się zmienia, kiedy dostrzega się, że przeciwników wcale nie ma tak wielu, a amunicji wystarczy, aby pozbyć się większości. Wtedy przemieszczanie się, zwłaszcza po mieście, staje się znacznie szybsze. Oczywiście nie ma aż tyle walki co w Silent Hill 2. To nadal gra mocniej nastawiona na eksplorację i zagadki, ale też akcji jest tam zdecydowanie więcej niż spodziewałem się przed premierą.

GramTV przedstawia:

Całe szczęście, że ta walka jest tutaj, bo samo skradanie do mistrzowskich nie należy. Lista możliwości bohaterów obejmuje raptem rzucenie butelką, aby zdezorientować wroga czy skorzystanie z radia lub pagera, aby przez ścianę zobaczyć, gdzie przemieszcza się potwór. Przez to, że jest tego tak mało, ciche przemieszczanie szybko robi się mało ekscytujące. Jest nawet jeden fragment, mniej więcej w połowie gry, który wyjątkowo mnie zirytował. Tam twórcy postawili na absurdalne combo – bardzo nudna lokacja (zniszczona piwnica), niewielka widoczność, nieco więcej niż zazwyczaj wrogów i do tego jeden nowy, bardzo specyficzny. Nie dość, że bardzo łatwo zabija bohatera, to jeszcze porusza się szybko i w niezwykle chaotyczny sposób. Ominięcie go może i jest proste, ale wystarczy otworzyć gdzieś drzwi, aby zaczął biegać dookoła, co uniemożliwia normalne przemieszczanie się. To był tylko jeden fragment gry, przy którym zatrzymałem się na dłużej i który irytował mnie mechanikami. O zgrozo ten sam potwór pojawia się na sam koniec gry (również w bardzo mało ciekawej lokacji), ale na szczęście tam był dla mnie znacznie mniejszym problemem.

Townfall jest więc czymś pomiędzy Silent Hill f a Silent Hill 2. Pierwsza z tych gier zdecydowanie mocniej stawia na walkę i ma też zupełnie inny klimat. Dwójka z kolei ma podobny świat co nowa produkcja Annapurna Interactive. Zbliżona jest nawet paleta kolorów (chociaż nie zawsze, często pojawia się dużo czerwonego). Produkcja Bloober Team jest jednak znacznie bardziej rozbudowana i dopracowana. To przekłada się na wszystkie aspekty rozgrywki – częstotliwość walki, różnorodność wrogów i broni, a nawet liczbę znajdowanych przedmiotów. Gra niezbyt hojnie nagradza eksplorację, bo rzeczy do znalezienia nie ma aż tak dużo. Często nawet musimy przeszukać wiele pomieszczeń, aby znaleźć jeden czy dwa przedmioty potrzebne do pchnięcia fabuły.

Silent Hill: Townfall nie jest więc narracyjną odsłoną serii. To klasyczny przedstawiciel cyklu, ale w nieco mniejszej skali. Nie małej, ale na pewno nieco mniejszej. Kampania zajmie Wam jednak kilkanaście godzin (u mnie 13), a więc nie nastawiajcie się na rozgrywkę na jeden wieczór. Trudno nawet powiedzieć, aby narracyjnie była to bardziej rozbudowana produkcja niż Silent Hill 2. Jedyna przewaga produkcji studia Screen Burn to wyraźnie większa liczba klasycznych zagadek wymagających spostrzegawczości i dobrego zrozumienia instrukcji. Przykładowo pod koniec gry obsłużenie maszyn nie jest możliwe bez zrozumienia sposobu ich działania. Można się na tym lekko zaciąć, ale też nie napiszę, aby gra była wyjątkowo trudna.

Skoro jednak mówimy o horrorze, a nie o grze akcji, koniecznie musimy poświęcić dwa słowa na atmosferę. Klimat może i jest inspirowany Silent Hill 2, ale na pewno nie jest aż tak gęsty. Mistrza ciężko jednak pobić. Townfall bez wątpienia urzeka od pierwszych chwil i do samego końca mocno trzyma w napięciu. Udźwiękowienie jest świetne, a narracja została poprowadzona tak, aby wprowadzała u gracza nieustające uczucie tajemnicy. Wszystko jest dziwne, nietypowe, lekko nierealne. Robi to wrażenie, chociaż samego straszenia nie ma aż tak dużo. Walki nie są tak intensywne, aby stale być przytłoczonym czyhającym za rogiem zagrożeniem. Scenki przerywnikowe to głównie dialogi, a więc niewiele jest tam straszenia. Brakuje mi też kilku scen, które mogłyby przerażać gracza. Townfall bez wątpienia jest wyrazisty, ale jeśli spojrzymy na niego jak na horror, momentami brakuje mu odważnych prób straszenia.

W pewnym momencie myślałem, że Townfall będzie narracyjnym eksperymentem, znacznie bliższym większości gier Annapurna Interactive. Okazało się jednak, że pod kątem opowiadania historii ta gra, mimo że trzyma wysoki poziom, nie robi niczego nowego i świeżego, czego fani Silent Hill wcześniej nie widzieli. Trudno mieć pretensje o to, że ktoś coś robi dobrze, ale też nie mogę ukryć drobnego uczucia rozczarowania. Tym bardziej, że w warstwie rozgrywki to jednak nieco skromniejsza wersja Silent Hill 2. Proporcje ustawione są niemal w identyczny sposób, ale intensywność wszystkich elementów składowych jest na niższym poziomie. Koniec końców Townfall to bardzo dobry Silent Hill, ale też nie wiem, czym miałby się wyróżnić. Dwójka to niedościgniony wzór, a wydany w zeszłym roku f ma unikatowe podejście do walki i tematyki. Nowej grze brakuje jednak czegoś własnego.

Koszmar warty przeżycia

Mogę jednak Townfall wiele wybaczyć. Nie tylko brak czegoś unikatowego, ale też to, że finał historii zostawił mnie z uczuciem, że to było tylko ciekawe, a nie zjawiskowe. Przymykam na to oko, bo DNA Silent Hill jest tutaj bardzo mocno wyczuwalne i sprawia, że rozgrywka, nawet mimo ciężkiego klimatu, potrafi przykuć do ekranu na dłuższy czas. Ta gra nie przyciągnie nowych fanów do serii ani nie wprowadzi niczego, co będzie standardem w kolejnych produkcjach. Nie zapisze się też złotymi zgłoskami w historii gatunku. Townfall to jednak nadal bardzo dobry Silent Hill, którego fani serii koniecznie muszą sprawdzić.

7,9
Silent Hill 2 w nieco mniejszej i nie aż tak ekscytującej formie. Nadal jednak wartej grzechu.
Plusy
  • Bardzo dobry klimat
  • Klasyczny dla serii trzon rozgrywki
  • Walka wygląda tak, jak powinna w takiej grze
  • Dobre udźwiękowienie
  • Historia potrafi przyciągnąć do ekranu
  • Sporo ciekawych zagadek logicznych
Minusy
  • Skradanie szybko staje się mało pasjonujące
  • Irytująca sekwencja w piwnicy z nieśmiertelnym potworem
  • Nieco za mało nagród za eksplorację
  • Brakuje czegoś unikatowego
  • Zdecydowanie za mało straszenia
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!