Recenzja Call of Duty: Modern Warfare 4 - godny finał po latach?

Są plusy, ale również kilka totalnie przegapionych okazji na najlepszą odsłonę nowego Modern Warfare – w tej kategorii można było osiągnąć więcej.

Recenzja Call of Duty: Modern Warfare 4 - godny finał po latach?

Jak co roku zbieramy się tutaj, żeby sprawdzić, czy najnowsza odsłona Call of Duty spełnia oczekiwania graczy. Tak naprawdę za każdym razem chyba wszyscy oczekujemy, że wreszcie pewne zmiany wyjdą grze na duży plus i będziemy mogli na nowo mówić o powrocie do szczytowej formy serii Activision. Tym bardziej, że w ostatnich latach było bardzo różnie.

Od powrotu do Modern Warfare marka Call of Duty miała przeróżne przeboje, a wiele osób o Black Ops 7 chciałoby jak najszybciej zapomnieć. Dobra wiadomość jest taka, że Call of Duty: Modern Warfare 4 jest na tyle porządne w porównaniu z innymi odsłonami, że można grać i nawet dobrze się bawić. Problem jednak w tym, że przy niektórych naprawdę dużych plusach pojawiają się pewne minusy, których trudno nie zauważyć.

Grande finale – kampania dla jednego gracza Call of Duty: Modern Warfare 4

O tym, że trzecia część Modern Warfare rozczarowała tym, jak w ostatecznym rozrachunku wyglądała walka Task Force 141 z Makarovem, już rozmawialiśmy przy okazji recenzji tej odsłony dobre trzy lata temu. Dlatego też tym bardziej byłem ciekawy, w którą stronę pójdą twórcy, aby zafundować graczom godne, ponowne zwieńczenie tych nowoczesnych odsłon serii Call of Duty.

Z jednej strony mamy poszukującego zemsty Johna Price’a, który zostawia swój oddział, wcześniej rozprawiając się z tymi, którzy doprowadzili do śmierci Soapa. Z drugiej strony w Korei Południowej rozpoczyna się atak Korei Północnej, mocno podlewany w międzyczasie walką na szczytach władzy po śmierci przywódcy tego kraju. W tle oczywiście broń masowego rażenia oraz militarne zakusy Rosji, a dokładniej niejakiego Archera (granego przez Madsa Mikkelsena).

O ile byłem bardzo sceptycznie nastawiony na samym początku do tak dziwnie poprowadzonej narracji (o tym, jak to bym widział, będzie za chwilę), to trzeba przyznać, że od strony czystej rozgrywki trudno jest narzekać. Nie ma tu bowiem dziwnych przestojów, jak to bywało w trakcie eksperymentów w ostatnich grach (pościg Gaza to jeden z TYCH momentów, które wypadały słabo, podobnie jak inne otwarte etapy w grze), a jest czysta akcja, tak jak w grach z serii Call of Duty zawsze bywało.

Nie oznacza to jednak, że coś z tych „nowych” elementów nie wyszło dobrze, ponieważ Modern Warfare 4 ma prawdopodobnie najlepszą, otwartą sekcję w ostatnich odsłonach Call of Duty. Nie tylko dlatego, że jest całkiem dobrym wstępem do DMZ jako takiego czy też akcja dzieje się w Korei Północnej (ponieważ wyżej podpisany zawsze lubił tę tematykę walki Północy z Południem), ale po prostu jest to zrobione zwyczajnie lepiej – od strony fabularnej, tego, co mamy wykonać, ile rzeczy jest do odkrycia w jednej misji i z szerszym niż korytarzowym polem widzenia.

Misja Stranded bowiem bardziej przypomina swoją strukturą coś a la Ghost Recon, łącznie z możliwością ulepszania swojego bardzo improwizowanego ekwipunku czy też wstawkami, które mają miejsce w trakcie naszych zadań. Szkoda tylko, że dopiero tutaj wykorzystano pełnię możliwości tego, co ekipa od Infinity Ward rzeczywiście potrafi usmażyć.

Nadal jednak mam wrażenie, że można było tę całą historię poprowadzić o wiele lepiej, bez konieczności tak mocnego angażowania Johna Price’a w fabułę nawet, jeśli to on jest jednym z głównych jej elementów. Zdecydowanie lepiej bowiem wyglądałoby to wszystko narracyjnie od strony pościgu Gaza oraz Ghosta za swoim dawnym dowódcą, gdy wiele z tego, co miało miejsce w tym czasie, pozostałoby niedopowiedziane (może później pokazane z jego perspektywy). Wtedy ta historia prawdopodobnie uderzyłaby o wiele mocniej emocjonalnie.

Tutaj przyznam szczerze, że myśl na ten temat trochę nakreślił mi koreański serial „IRIS”, w którym był bardzo podobny schemat, w którym jeden z najlepszych agentów koreańskiego NIS również niejako „odwraca się” i stara się powstrzymać działania Korei Północnej. Polecam, może kiedyś wróci np. do biblioteki Netflix.

Podsumowując, tak, kampania w Call of Duty: Modern Warfare 4 jest jedną z lepszych w ostatnich latach, ale raczej uplasowałbym ją w okolicach nowej „dwójki” czy Black Ops 6. Tutaj największa zasługa to tak naprawdę powrót do wojennego klimatu momentów po stronie oddziałów koreańskiego ROK Marines, przypominającego czasy pierwszych Modern Warfare sprzed lat, oraz fragmentów kampanii US Marines. I o ile pewne rzeczy w przypadku fragmentów z Kapitanem Pricem na początku zaskakują, o tyle z czasem już spływają po graczu. I co ciekawe – nigdy nie myślałem, że bardziej zaskoczony będę rozwiązaniami po stronie koreańskiej niż głównych bohaterów Modern Warfare.

Ocena trybu singleplayer w Call of Duty: Modern Warfare 4 – 7,5/10

Kim jesteśmy, dokąd zmierzamy – multiplayer w Call of Duty: Modern Warfare 4

Zaczynając od pozytywów – Call of Duty: Modern Warfare 4 w trybach sieciowych ma naprawdę dobry gunplay i movement, który wreszcie sprawia dużo frajdy poza standardowym ślizganiem się po mapach. Powiedziałbym, że w odróżnieniu od ostatnich, o wiele dynamiczniejszych odsłon sieciowego CoDa, to nieco inne podejście do tematu sprawia, że dzięki temu jednemu elementowi chce się grać po sieci — czy to w tradycyjnych rozgrywkach, czy w DMZ. O ile zabawa dodatkami do broni nadal sprowadza się do budowania na tym, co aktualnie jest najmocniejsze oraz w mecie (burst, burst, burst), to po raz pierwszy od dawna czuć charakter każdej z broni.

To, co jednak mogło wypaść zdecydowanie lepiej w tym roku, to pula map dostępnych na start. Pomijam już odgrzewanie Shipmentu rok do roku, bo staje się to powoli nudne, ale chciałbym powrotu do nieco bardziej zróżnicowanych map pod względem budowy i spawnów, które nie kierują od razu na przeciwników. Pod tym względem Transit czy Coal wypadają fatalnie w innych trybach niż Team Deathmatch, a zdecydowanie lepiej wypadają wszystkie tryby na takim Cachette, Lotus czy Lithium. Po prostu im dalej w las tym bardziej mam wrażenie, że Activision nie do końca jest pewne który styl zabawy jest lepszy i o ile najlepszym wyznacznikiem tego, co pasuje najbardziej powinien być setting zabawy (np. dynamiczne mapy tam, gdzie bieganie po ścianach wchodzi na pełnej), tak przy takim cięższym stylu rozgrywki lepsze byłyby nieco większe mapy, na których kontrolowanie stron konfliktu jest korzystniejsze zamiast bezcelowego biegania od lewa do prawa za dodatnim K/D.

I tutaj dochodzimy do tego, co chyba najtrudniejsze w przypadku Call of Duty: Modern Warfare 4, a mianowicie matchmaking, który… no jest kontrowersyjny.

Żeby jednak zrozumieć zasady pola walki, powiem jedno – nigdy siebie za prosa nie uważałem, ale przez te wszystkie lata zawsze wychodziłem z założenia, że gram przyzwoicie, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości czasowe. Ponieważ gdybym mógł przeznaczyć pełnię czasu na wszystkie gry, które chciałbym ogrywać w stopniu zadowalającym… to doba musiałaby mieć trzy dni, a to jest niemożliwe.

Dlatego też SBMM w Modern Warfare 4 w teorii jest dla mnie dobry. Dlaczego? Bo gram głównie z graczami, którzy grają podobnie. Nie chodzi tu bowiem o samo K/D, bo to zawsze miałem na podobnym poziomie około 1,3-1,5 w zależności od gry. Zasadniczo również trafiam na graczy, których styl poruszania się nie wykorzystuje pełni omnimovementu i trudno o sytuacje, gdzie gracz z nożem jest w stanie pojawić się błyskawicznie na drugim końcu mapy.

Natomiast (podkreślam grubą, falowaną linią!) rozumiem frustrację graczy, którzy grają po prostu lepiej – ten system sprawia, że grają oni trochę jak na zasadach rankingowych, w najlepszej dla siebie dywizji. Oznacza to, że o ile idea SBMM jest dobra, tak wykonanie na grach publicznych wypada karykaturalnie, bowiem dawne lata Call of Duty nas przyzwyczaiły do tego, że frag movies oraz „MLG compilations” były solą tej gry w odróżnieniu od tego bliższego realnym starciom Battlefieldowi.

Rozumiem, że Infinity Ward nie chciało stworzyć czegoś z matchmakingiem w stylu: publiczne gry w starym stylu, nierankingowe z SBMM oraz rankingowe z rangami i SBMM – ponieważ rozłożenie w ten sposób graczy kończy się tak, jak w przypadku Battlefield 6, czyli dominacją jednej playlisty i długimi kolejkami w innych. Nie zmienia to jednak faktu, że lepszy wybór jest lepszy niż jego brak, a ta pewnego rodzaju iluzja „równości” w zależności od gracza będzie albo mu pasowała, albo kompletnie nie.

Innym problemem jest z kolei to, że zmiana ciężaru rozgrywki wypada dobrze, ale TTK nie wynika z tego, że broń jest zbalansowana pod kątem efektywności w zależności od różnych elementów rozgrywki. O dziwo tutaj na ten moment największym złoczyńcą jest… rejestrowanie trafień, które nawet przy bardzo niskim pingu sprawia, że broń nie zawsze trafia tam, gdzie my tego chcemy. Przy headshotach to nie problem – tu łatwiej o fraga. Jeśli jednak staracie się trafiać po ciele, to łatwo dostrzec, że czasami zabraknie tej jednej „pestki” albo okaże się, że trafialiście zamiast w korpus, to w ramię.

Pomijam już mniejsze lub większe bugi, które mi na ten moment się nie przytrafiały.

GramTV przedstawia:

Dlatego też od strony tradycyjnego multi w Call of Duty: Modern Warfare 4 wszystko jest dość słodko-gorzkie. Z jednej strony nie mogę narzekać, bo gra mi się w tym roku lepiej niż w ostatnich kilku latach, ale z drugiej pod względem map, detali związanych z matchmakingiem oraz innych elementów po prostu irytuje. Oczywiście ciekawy jestem tego, jak będzie to wyglądało wraz z wejściem do gry sezonów, ale na ten moment zdecydowanie daleko do świetnego Modern Warfare z 2019 roku. Wszystko jednak zależy od tego, czy gracie bardziej casual czy pro – ta ocena wtedy będzie się diametralnie różniła.

Ocena trybu multiplayer w Call of Duty: Modern Warfare 4 – 7/10 (choć tutaj zdecydowanie ocena będzie się różniła u każdego).

Pomysł dobry, ale czy miało tak być? DMZ w Call of Duty: Modern Warfare 4

Największy problem w tym roku sprawiło mi DMZ, które w testach w Modern Warfare II wyszło na szerokie wody i… wszystko chyba zależy od tego, kiedy graliście w ten tryb po premierze „czwórki”.

Do pewnego momentu bowiem gracze skarżyli się na fakt, iż matchmaking mocno bazuje na tym, czy gracze wolą grać bardziej skupieni na PvE niż na PvP, przez co trafienie na innych graczy graniczyło z cudem. Po ostatniej aktualizacji wychodzi coś odwrotnego, bowiem trafienie na innych wydaje się zdecydowanie szybsze bez względu na rangę naszego operatora, kasę włożoną w build czy też styl zabawy w trybach Free Roam oraz Projected Objectives.

Tutaj powstaje pytanie - czy w takim razie nie dostaliśmy po prostu trybu Warzone w wersji extraction shooter?

Wygląda na to, że tak, ponieważ gdyby odjąć ten cały motyw związany z osobnym łapaniem poziomów profilu (broni łączy się z tym z multiplayera) oraz tworzeniem buildów, zdobywaniem kasy i ulepszaniem naszej bazy, to całość bliższa jest Warzone czy Blackout niż pierwotnemu DMZ. A to przy okazji też oznacza, że tracenie naszego sprzętu w kilka minut momentami mija się z celem, biorąc pod uwagę grind, który trzeba włożyć w pewne elementy rozgrywki.

A szkoda, ponieważ misje fabularne w DMZ to fajne i momentami dość wymagające doświadczenie, biorąc pod uwagę, jak inteligentne momentami jest AI przeciwników. Tym bardziej że gracze w tym roku nie mają żadnej kooperacyjnej alternatywy w Call of Duty, a taka by się przydała chociażby do polowania na operatorów w Korei Południowej. Tym bardziej, że feeling broni oraz movement jest na tyle dobry w Modern Warfare 4, że takie nieco bardziej taktyczne bieganie i strzelanie do przeciwników jest niezwykle satysfakcjonujące na dłuższym dystansie. Przy poprawieniu pewnej logiki zdobywania surowców również ten grind ulepszeń byłby przyjemniejszy… gdyby nie fakt, że czasami po pierwszych dwóch minutach trafiasz na tych, którzy już dobrze znają wszystkie punkty startowe w DMZ i łatwo zdejmują tych wchodzących do gry.

Dlatego też zapewne pewne zmiany w tej formie zabawy będą nadal potrzebne, a inną kwestią jest fakt, że nadal będziemy myśleć o tym, że dawna beta tego trybu będzie brana pod uwagę przy budowie dzisiejszego DMZ. Tym bardziej, że przez te wszystkie lata tego typu strzelanki również się zmieniły. Szkoda, że te wrażenia z Korei Północnej są tak bardzo słodko-gorzkie, bo sam setting rozgrywki jest niesamowicie dobry i bardzo klimatyczny. Idealnie pasuje bowiem do idei strefy, w której wejście to jedno, a wyjście to zupełnie inna bajka. Tym bardziej, że są przykłady fajnych extraction shooterów, które robią to w nieco lepszym stylu.

Ocena trybu DMZ w Call of Duty: Modern Warfare 4 – 6,5/10

Jakoś tak niewyraźnie, bez witamin…

Na koniec zostawiam jeszcze jeden problem, który tak naprawdę można byłoby zobrazować jednym tekstem z serialu „The Office”, gdy Jim Halpert zakłada okulary, mówiąc do Dwighta Schrute’a, że „jest trochę niewyraźnie”.

To samo jest bowiem w Call of Duty: Modern Warfare 4 na PlayStation 5 Pro, bowiem… no mimo tego „Enhanced” oraz podciągnięcia grafiki z jednej strony bywały momenty, gdy graficznie wiele elementów było po prostu niewyraźnych, a z drugiej pojawiały się przeróżne artefakty, czy to w kampanii, czy to w multiplayerze. Trochę tak, jakby sprzętowo silnik graficzny był przeciągany do granic możliwości przez PSSR 2.0 i przez to pojawiają się takie elementy jak chociażby dziwnie świecące się krawędzie tekstur.

Czy to odbiera przyjemność z grania? Czasami, bowiem w takim DMZ, gdy przeciwnicy się zlewają z otoczeniem, co ktoś uznałby za duży plus w innych okolicznościach – sam lubię ten element nieprzewidywalności. Zwyczajnie można mieć wrażenie, że od strony graficznej Activision chciało tak jakby zrównać wszystkich do jednego poziomu.

Na tyle dobrze, aby pograć, ale daleko do finału, którego oczekiwaliśmy…

W przypadku Call of Duty: Modern Warfare 4 cały czas w głowie świtają słowa szefa Activision, który mówił, że standardy oceniania serii się zmieniły i nie są takie jak w przypadku innych gier. To prawda, ponieważ jeśli seria ma już na karku jakieś 23 lata i całą masę przeróżnych swoich gier wydanych właściwie z roku na rok… to pewne standardy oraz wymagania wobec niej można sobie wyrobić. Zwłaszcza, gdy wiemy, które części Call of Duty były tymi najlepszymi pod wieloma względami.

To samo dotyczy nowego Modern Warfare, które zaczęło jakby zupełnie nową erę dla tej marki. Gdyby próbować ocenić „czwórkę” na podstawie wszystkich dotychczasowych odsłon, to prawdopodobnie byłaby ona w okolicach „dwójki”. Nie tylko ze względu na zawartość, bo prawdę mówiąc jest ona podobna w obu grach. Po prostu trudno nie odnieść wrażenia, że wiele w tym wszystkim jest pozytywnych jak i negatywnych aspektów w zabawie, a te zwyczajnie się wyważają.

Pod względem fabularnym kampanii jest to prawdopodobnie jedna z lepiej zrealizowanych odsłon nowego Modern Warfare – powrócił rozmach, a kilka patentów z otwartego świata wreszcie zaczęło jakoś ze sobą współgrać. Problem w tym, że można było tę historię opowiedzieć zdecydowanie lepiej. O ile historia koreańskiego oddziału Parka momentami wygląda niczym „kolodutowa” wersja Bad Company (za sprawą kaprala Dunna), o tyle ta związana z odwróceniem się od swojego oddziału kapitana Johna Price’a mogła wypaść lepiej. Zdecydowanie bardziej postawiłbym na pościg Ghosta oraz Gaza za swoim złamanym dowódcą niż na dziwnie umotywowaną drogę do zemsty ikony serii Call of Duty. Nie zmienia to jednak faktu, że do samego końca Barry Sloane dociągnął tę rolę, co utwierdza w przekonaniu, iż wybór tych dobrych siedem lat temu, aby to on objął tę fuchę, był dobrą decyzją.

Co do multiplayera, również jest bardzo dziwnie. Z jednej strony bowiem gra mi się sieciowo w tym roku zdecydowanie lepiej niż w ubiegłym, ale problemy z brakiem pewności co do ewentualnego trafienia bardziej przypominają to, z czym borykało się m.in. Battlefield 6 w pierwszym roku po premierze. W kwestii matchmakingu wszystko zależy od tego, czego oczekujecie od publicznych rozgrywek sieciowych. Jedno wiadomo na bank – cały system jest dość agresywnie ustawiony tak, aby gracze dobierani byli w sposób bardzo zbliżony pod względem umiejętności, co jednemu będzie leżało, a innemu przeszkadzało. Czy są potrzebne zmiany? Jak najbardziej, bo o ile próba stworzenia czegoś nowego w tej materii w Black Ops 7 była dobrym pomysłem, to wykonanie pozostawiało wiele do życzenia.Tak samo można powiedzieć, że aktualny, nieco wolniejszy styl rozgrywki nie do końca pasuje do idei mniejszych, bardzo chaotycznych od strony spawnów map. O ile takie mapy jak Cachette bronią się większym polem manewru, tak Transit ma ten sam problem, który ma chociażby (każdego roku) Shipment – to nie jest mapa, na której można zagrać coś więcej niż klasycznego TDMa.

Pozostaje DMZ, które tak naprawdę… zastanawiam się, czym miało być w ostatecznym rozrachunku. Głównie dlatego, że o ile w przypadku betatestów w czasach Modern Warfare II w ekosystemie PvPvE było więcej tego PvE, tak w „czwórce” zdecydowanie nacisk został położony na PvP. Tym bardziej po ostatnich zmianach w matchmakingu. Można byłoby więc zadać pytanie… czym tak naprawdę różni się to od Warzone poza wykonywaniem zadań, większą liczbą przeciwników oraz ładowaniem wirtualnej waluty w swój sprzęt przed startem? Głównie grindem.Dlatego też, o ile sama idea DMZ mi się podoba, a misje fabularne są naprawdę fajne do grania w kooperacji, tak granie w trybie operacji dynamicznych czy free roam mija się nieco z celem: tracąc czy to swojego operatora z wymaksowanymi statystykami, czy to biegając i szukając trytytek po to, żeby stworzyć jedną sztukę danego przedmiotu. Tutaj na myśl przychodzi mi to, że świetnie do tematu extraction shooterów podchodzi… tak, dobrze myślicie – Marathon, który przy swoim mocniejszym nacisku na PvP nadal od strony zbierania surowców oraz postępów w rozgrywce sprawniej składa wszystko w całość i daje więcej możliwości pójścia do przodu. Nawet dostając ostro w skórę kilka razy z rzędu.

Wracając jednak do tego, co napisałem na samym początku odnośnie oceniania gier z serii Call of Duty po latach oraz marudzenia w podsumowaniu – po tylu latach grania w praktycznie wszystkie gry z serii trudno jest nie odnosić się do przeszłości. Mamy bowiem porządną podstawę porównawczą, a sama seria Activision kilkukrotnie zmieniła to, jak wyglądają dzisiejsze FPSy. Czy na lepsze, czy na gorsze, to już kwestia do dyskusji.Tym bardziej nie dziwię się graczom, że w ostatnich latach mogą być zmęczeni tym, że baza stworzona od rebootu podserii Modern Warfare zwyczajnie się przejadła, a te mniejsze zmiany poza settingiem nie są tak efektywne jak przed laty. Dobrze, że Modern Warfare 4 wróciło do formy od strony kampanii dla jednego gracza, choć nadal nie jest to szczyt tego, co seria miała do zaoferowania. Multiplayerowo jest bardzo dyskusyjnie, choć tutaj również wiele zależy od tego, który styl zabawy gracze preferują. Pozostaje DMZ, które po założeniu odpowiednich okularów dla niektórych będzie po prostu nieco innym Warzone, a chyba nie taki był zamiar twórców. Graczom lubiącym bawić się w kooperacji zabrano bowiem luźniejszy tryb zabawy, a gracze PvP poza polowaniem na takowych raczej dużo w DMZ nie zabawią się i wrócą do Warzone.

Dlatego też, kończąc ten przydługi tekst (jak zwykle w tym okresie w roku), po prostu mam nadzieję, że to formalne zakończenie nowego Modern Warfare przeloży się pozytywnie na przyszłość Call of Duty. Być może nie wierzę w powrót do szczytowej formy, ale na pewno w taką, która pozwoli cieszyć się grą bez konieczności myślenia o „plusach dodatnich i plusach ujemnych”. Obyśmy tylko nie doczekali eksperymentu podobnego do Vanguard, w którym to Activision postawi wszystko na jedną kartę.

7,0
Jest lepiej niż było, ale to nie oznacza, że praca nad przyszłością serii Call of Duty została zakończona.
Plusy
  • Kampania w starym, dobrym stylu - jest motyw zemsty, jest konflikt na skalę masową i jednak oczy się pocą na koniec...
  • Gunplay w multiplayerze oraz poruszanie się, które satysfakcjonują. Zwłaszcza w DMZ.
  • Klimat dla tych, którzy lubią koreańskie wątki... chociaż wiemy, że później będzie pewnie tak jak zwykle (wiecie o czym mówię).
  • Humor, który mimo powagi sytuacji pojawia się między bohaterami ze strony ROK Marines (Dunn!)
  • DMZ w Korei Północnej to świetny setting pod tego typu mapę...
Minusy
  • ... ale położenie nacisku na PvP oraz mocny grind może zniechęcić do dalszego grania i tworzy z niego inną wersję Warzone.
  • SBMM, który tym razem pokazuje zbyt mocno swoje pazury w rozgrywkach sieciowych oraz za dużo ciasnych, chaotycznych map.
  • Graficznie mogło być o wiele lepiej.
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!