Pięć koszmarnych nocy – recenzja filmu. Raczej dwie koszmarne godziny

Radosław Krajewski
2023/10/28 08:00
1
0

Po The Last of Us można byłoby pomyśleć, że ekranizacje gier mają się dobrze. Pięć koszmarnych nocy szybko sprowadza na ziemię.

Nawiedzona pizzeria

I wracamy do punktu wyjścia, musząc pogodzić się, że The Last of Us jest wyjątkiem od reguły, a nie nową normą w ekranizacjach gier. A przecież Five Nights at Freddy's ma wszystko, aby osiągnąć sukces. Sam nigdy nie załapałem się na szał, który wytworzył się wokół tej serii, ale docierały do mnie informacje o różnych tajemnicach, pogrywaniu twórców z graczami, czy strzępkach ciekawego i intrygującego świata znanego z gier. Ciężko więc nie być rozczarowanym, gdy nic z tego nie otrzymujemy w filmie, który bardziej przypomina nieudany fanfic, niż przemyślaną historię, która wykorzystywałaby bogactwo tego uniwersum. Fanserwis miesza się więc z męczącymi kliszami, a bohaterowie snują się po ekranie, wygłaszając przeraźliwie złe dialogi. Nie tak to miało wyglądać.

Nawiedzona pizzeria, Pięć koszmarnych nocy – recenzja filmu. Raczej dwie koszmarne godziny

Mike (Josh Hutcherson) to tajemniczy młody mężczyzna, który właśnie stracił pracę ochroniarza po tym, jak zaatakował jednego z klientów galerii handlowej. Chłopak szybko musi znaleźć nowe płatne zajęcie, aby dalej opiekować się młodszą siostrą Abby (Piper Rubio), którą chce do siebie przygarnąć ciotka Jane (Mary Stuart Masterson). Nową pracę Mike’owi oferuje Steve Raglan (Matthew Lillard), który wysyła go do opuszczonej wiele lat temu pizzerii, będącej prawdziwym miejscem rozrywki. Lokal oferował nie tylko różne gry i automaty, ale również występ animatronicznych humanoidalnych zwierząt. Mike szybko przekona się, że ta praca wiążę się z ogromnym ryzkiem, ale jednocześnie szansą, aby poznać tożsamość mężczyzny, który porwał jego młodszego brata.

Wszystko to może brzmieć całkiem zachęcająco, ale niestety takie nie jest. Twórcy bardziej skupili się na zadowoleniu nastoletnich fanów Five Nights at Freddy's, niż próbowali stworzyć coś, co choć trochę może przypominać film. Pięć koszmarnych nocy zbyt często schodzi do poziomu kina klasy Z pod względem historii, narracji i budowania postaci. Po obiecującym początku produkcja szybko traci na tempie, często wykorzystując te same sztuczki. I tu nawet nie chodzi o czysto horrorowe elementy, których nie ma zbyt wiele, co jest też winą niskiej kategorii wiekowej, ale o główny wątek poszukiwań brata przez Mike’a, który jest nudny i niepotrzebny.

Five Nights at Freddy's ma wystarczająco bogatą historię, aby po prostu z niej zrezygnować na rzecz wątku, który nikogo nie obchodzi. Twórcom nie udało się tego wszystkie odpowiednio połączyć, aby próbować to uratować w zakończeniu. Wręcz przeciwnie, jest po prostu głupio, co mogłoby zadziałać, gdyby film nie traktował siebie zbyt poważnie. W połowie twórcy nawet serwują nam kino familijne z uroczymy robocikami w kształcie zwierząt, co zupełnie zmienia i tak już kiepski ton całej produkcji. Dużo tu złych i nieporadnych decyzji, które pozszywane są gorzej niż potwór stworzony przez Frankensteina.

Lepiej zagrać w gry

Najbardziej zły jestem na samą historię zaginionych dzieci, która powinna być samograjem. Niestety reżyserka Emma Tammi nie ma umiejętności do tego typu kina, co dobitnie widać, gdy nie potrafi stworzyć żadnej aury tajemniczości, aby przez cały film podtrzymywać poczucie napięcia. Wszystko wyłożone jest kawa na ławę, a jedyne tajemnice, jakie pojawiają się w Pięciu koszmarnych nocach, zostają od razu porzucone. Może twórcy liczą na drugą część, gdzie mogliby te zagadki jakoś wykorzystać, ale to bardzo nieuczciwa zagrywka wobec widzów pierwszej odsłony.

Lepiej zagrać w gry, Pięć koszmarnych nocy – recenzja filmu. Raczej dwie koszmarne godziny

GramTV przedstawia:

Czy jest więc za co chwalić Pięć koszmarnych nocy? Na pewno nieźle wyglądają antropomorficzne animatroniki, które z jednej strony są przerażające, ale z drugiej zabawny. To kolejny element, który przypomina, że film dużo lepiej sprawdziłby się jako komediowy horror, skoro twórcy i tak po pewnym czasie rezygnują ze straszenia.

Warto również pochwalić Josha Hutchersona, któremu nie można odmówić starań. Nie, żeby była to jakaś dobra rola, ale przy ogólnej nędzy prezentuje się całkiem nieźle. Szczególnie gdy partneruje mu Elizabeth Lail jako funkcjonariusza Vanessa. Tak źle napisanej i zagranej postaci z okropnymi dialogami ze świecą szukać nawet w tanich horrorach. Jest to o tyle zaskakujące, że serial Ty udowodnił, że Lail nie jest złą aktorką.

Tytuł Pięciu koszmarnych nocy jest proroczy, ale nie odnosi się do dni, lecz do godzin. Te niecałe dwie godziny spędzony na filmie można wykorzystać w lepszy sposób, chociażby szukając lepszych propozycji do spędzenia przed ekranem. Z ekranizacji Five Nights at Freddy's zadowoleni mogą być jednak fani growej serii, którzy znajdą mnóstwo znajomych elementów i smaczków, które mogą ich zadowolić. Nie oczekujcie jednak horroru z prawdziwego zdarzenia i obniżcie oczekiwania do niezbędnego minimum, to może jednak przetrwacie ten straszny seans w kinie.

2,0
Pięć koszmarnych nocy to kolejna nieudana ekranizacja growej serii. Który to już raz?
Plusy
  • Animatroniki są całkiem w porządku
  • Josh Hutcherson prezentuje przyzwoity poziom
  • Dużo fanserwisu dla znawców gier
Minusy
  • Beznadziejna historia
  • Okropnie napisane postacie
  • Dialogi też pozostawiają wiele do życzenia
  • Brak grozy
  • Szybko porzuca konwencję horroru
  • Fatalnie wykorzystane tajemnice
  • Nudzi
Komentarze
1
Robik
Gramowicz
29/10/2023 04:09

"ogromnym ryzkiem, ale"