Lalka - recenzja serialu. Za wysokie progi

Jakub Piwoński
2026/09/20 13:00
1
0

Netflix, ręką Pawła Maślony, reinterpretuje klasyczną powieść Bolesława Prusa. Sześcioodcinkowy serial stanowi konkurencję dla nadciągającej filmowej adaptacji. Sprawdzamy, czy jest w stanie nawiązać z nią rywalizację.

Jeśli pamiętasz Lalkę z lekcji języka polskiego, a kojarzy Ci się ona głównie z uniesionym w górę palcem, sygnalizującym gotowość do odpowiedzi nauczycielowi (wszak lekturę przeczytałeś wzdłuż i wszerz), raczej nie odnajdziesz się w serialu Netflixa. Zapomnij o tym, co czytałeś. Otwórz się na zupełnie inną interpretację. Udało się? Dopiero teraz zachęcam do lektury moich wrażeń.

Pamiętam, że pod koniec lat 90. pojawił się moment, gdy planowano ponownie nakręcić Krzyżaków na podstawie prozy Henryka Sienkiewicza. Co istotne, równocześnie miały powstać nie jedna, a dwie nowe ekranizacje. Co jeszcze ciekawsze, jeden z tych filmów miał nakręcić – to nie żart – sam Bogusław Linda. Jego konkurentem miał być Jarosław Żamojda. Pamiętam, że w mediach zapanowało zamieszanie. Pamiętam też, że obie produkcje odbiły się od ściany. I pamiętam, że nic z tych planów nie wyszło. I może dobrze?

Lalka
Lalka

Dwie Lalki – na raz

Co się odwlecze, to nie uciecze. Przy dzisiejszej nadprodukcji filmów i seriali oraz erze powszechnego dobrobytu w tym względzie nikogo nie powinno już tak bardzo dziwić, że jednocześnie mogły powstać dwie Lalki – jedna z myślą o streamingu, druga jako widowisko kinowe. Dla encyklopedycznej rzetelności przypomnijmy, że nowe adaptacje to nie pierwsze powroty do powieści Prusa. Widzowie wciąż pamiętają wersję Wojciecha Hasa z 1968 roku z Beatą Tyszkiewicz i Mariuszem Dmochowskim oraz telewizyjną produkcję z 1977 roku z Małgorzatą Braunek i Jerzym Kamasem. Tamte dzieła dzieliła dekada. Lalki dla nowego pokolenia dostajemy natomiast dwie – na raz.

Takie déjà vu przestaje być dziwne, przy założeniu, że oba twory podchodzą do oryginału inaczej. A tak właśnie jest. 16 września na Netfliksie zadebiutowała pierwsza Lalka. Jestem już po seansie i wiem jedno – nie tego się spodziewałem. Jestem zaskoczony. Pozytywnie.

Jedno nazwisko sprawiło, że serialem bardziej zainteresowałem się od tego, co otrzymamy 30 września. Paweł Maślona. Byłem w kinie na jego Kosie i od tamtej pory facet ma moje pełne zaufanie. Dlatego, że nie boi się opowiadać inaczej, niż ustaliły to konwencje, a ugruntował język filmowy. Naszło mnie wtedy skojarzenie, że mamy do czynienia z polskim Quentinem Tarantino, a serialowa Lalka to porównanie tylko podtrzymuje. Zamiast ceremonialnego picia koniaku i garści wyniosłych słów nastawcie się na chlanie wódy i rzucanie mięsem, gdzie popadnie – wciąż jednak z podniesionym czołem. Do tego dochodzą seks, kłamstwa i weksle wystawiane bez pokrycia. Z obietnicy najważniejszej, godnego widowiska, serial wywiązuje się jednak z nawiązką.

Lalka
Lalka

Reinterpretacja – tak. Ekranizacja – nie

W fabule dokonano sporo zmian. Maślona, który napisał scenariusz razem z Pawłem Demirskim i Jagodą Dutkiewicz, zapewniał wcześniej, że tekst Bolesława Prusa stanowi dla niego punkt wyjścia do własnej interpretacji. Ryzykowne? Świętokradcze? Możliwe. Ale ile w tym polotu! Nie jest zresztą tak, że fabuła będzie kompletnie obca tym, którzy są rozmiłowani w lekturze. Twórca zachował oś tej, powiedziałbym, fascynującej historii miłosnej obsesji i zarazem snu o wielkości. Izabela Łęcka, znudzona życiem arystokratka, przebiera w kandydatach na męża i żaden nie budzi w niej zainteresowania. Pojawia się jednak Stanisław Wokulski – rozkochany w niej przedsiębiorca, który dorobił się na handlu bronią podczas wojny. Ona potrzebuje jego, on pragnie jej. Oboje postrzegają swoją relację w kategoriach korzyści – on chce wejść na salony, ona, zmęczona dostatkiem i pełna lęku o swoje dziedzictwo, marzy już tylko o niezależności. Rozpoczyna się więc biznesowa rozgrywka.

Tomasz Schuchardt, którego widzieliśmy w ubiegłym roku w Domu dobrym, w pierwszych chwilach Lalki wciąż wygląda groźnie i nie wiemy, czy za tą miną kryje się dobroć, czy raczej chęć pozyskania panny Łęckiej siłą. Jego Wokulski koresponduje z kreacją u Smarzowskiego pod tym względem, że Schuchardt ponownie traktuje kompleks niższości jako podstawowy budulec swojej postaci. Jest przekonujący, ale nieznacznie oddaje pole znacznie bardziej inrygujacej roli Sandry Drzymalskiej.

GramTV przedstawia:

Pierwszy kontakt z jej Łęcką nie należał do udanych. „Gdzie jej tam do klasy niezapomnianej Beaty Tyszkiewicz” – pomyślałem. Gdy z kolei na ekranie pojawiła się Magdalena Cielecka jako Wąsowska, uderzyło mnie, że paradoksalnie byłaby ona lepszą Izabelą Łęcką niż Drzymalska, gdyby tę wersję kręcono jakieś 20 lat temu. Szybko jednak okazało się, że to właśnie swojska, poniekąd dziewczęca uroda Drzymalskiej była kluczem do uzyskania efektu mniejszej niedostępności i większej bezpośredniości. To nie jest posągowa figura – choć dalej emanuje chłodem, potrafi też jedną celną ripostą rozładować gęstniejącą atmosferę.

W czym Wokulski przypomina postać z Domu dobrego?

Wszystko, co nowe w tej adaptacji, lub jak kto woli – reinterpretacji, uosabia jednak postać Ignacego Rzeckiego, granego przez Dariusza Chojnackiego. Wyraźnie odmłodzony sekundant Wokulskiego jest w tej wersji o wiele mniej racjonalny, a znacznie bardziej emocjonalny i porywczy. Dość powiedzieć, że wdaje się w płomienny romans z pewną pokojówką, prostytutką i szpiegiem w jednej osobie. Odnotować wypada również świetne role Pawła Adamczyka jako barona Krzeszowskiego oraz Jacka Braciaka jako Tomasza Łęckiego, choć mam wrażenie, że w tym wypadku aktorzy odtwarzają to, z czego w ostatnich latach są dobrze znani – postaci moralnie niejednoznaczne, starające się zachować pozory przyzwoitości.

Oglądając serial, przypomniałem sobie, za co tak bardzo pokochałem Lalkę w szkole. Paweł Maślona stawia na głowie mnóstwo znanych z książki wątków, ale pozostawia nietknięte jej fascynujące tło. Akcja rozgrywa się w drugiej połowie XIX wieku, epoce wiktoriańskiej, w Polsce - nieobecnej wówczas na mapie Europy. Wokulski pozostaje człowiekiem rozdartym między romantyzmem, zobrazowanym przez tęsknotę do kobiety (metaforę ojczyzny), a pozytywizmem – wiarą w pracę, wolność i szeroko pojęty postęp, naukowy oraz społeczny. Lalka, tak melodramatyczna, miała dla mnie zawsze coś ze science fiction: pobrzmiewa w niej marzenie o wielkości, pojawiają się pomysły nowych wynalazków, a jednocześnie oddaje bezsens tego dążenia, gdy rozum zostaje przyćmiony przez uniesienia. Wokulski jest człowiekiem, który chce wyrwać się ku przyszłości, ale wciąż coś go kotwiczy. Jakby te progi były dla niego za wysokie.

Lalka
Lalka

Paweł Maślona – polski Quentin Tarantino

W serialu ciekawie robi się o tyle, że człowiekiem postępu nie jest już tylko Wokulski. Maślona podobną ambicję wpisuje także w Izabelę. Widząc, jak ojciec trwoni jej posag, Łęcka zaczyna konsekwentnie odrzucać idee arystokracji i przestaje wierzyć, że samo urodzenie może zapewnić jej przyszłość. Coraz wyraźniej dojrzewa do przekonania, że musi wywalczyć własne samostanowienie. „Bluszcz”, gazeta, dla której zaczyna pisać jako początkująca dziennikarka, staje się zapalnikiem rodzących się w niej idei emancypacyjnych. Maślona robi tu wyraźny krok naprzód względem Prusa – nie tylko daje Izabeli własny cel, ale pozwala jej wejść w spór o kształt przyszłości. Nawet tak pozornie błaha dyskusja o tym, czy kobieta może nosić spodnie, staje się częścią większej opowieści o wyzwalaniu się z narzuconych ról.

Jest taka scena w serialu, rozgrywająca się w teatrze, która idealnie oddaje charakter relacji dwójki bohaterów. Podczas przedstawienia dwoje tancerzy odgrywa dziwny, niepokojący układ ruchów, który staje się metaforą relacji Łęckiej i Wokulskiego. Para raz po raz przyciąga się do siebie, by po chwili ponownie się odepchnąć. Taka sinusoida relacji panuje między bohaterami – chcą, ale nie mogą, mogą, ale nie wiedzą jak, pragną, ale się boją. Co rusz los rzuca im kolejne kłody, a ci, którzy liczą tu na happy end, niech lepiej zbratają się z postacią Rzeckiego.

Trafiła do mnie ta narracyjna dezynwoltura, której sam Tarantino by się nie powstydził. Taka to adaptacja, jaką adaptacją okazały się tegoroczne Wichrowe wzgórza – traktujące oryginał jak trampolinę. Mocne dialogi, zaskakujące, pełne pikanterii sceny, mnóstwo erotycznego napięcia. Jest nawet fabularny twist. Sporo tu emocji, niekoniecznie tych pozytywnych. Gdy serial na chwilę zwalnia, do uszu dociera muzyka. Wspaniałą klamrę nadał całości Baasch – jego instrumentalne kompozycje są piękne i wyniosłe, ale podszyte goryczą i melancholią, co doskonale dopełnia tonację tej historii. Udało się, to się naprawdę udało.

7,5
Jeśli komukolwiek wydawało się, że Netflix w tym pojedynku zaserwował nam tylko przystawkę, to grubo się pomylił.
Plusy
  • rozmach inscenizacyjny - jeśli dobry, wzmacnia przekaz
  • rewelacyjna muzyka Baascha - zostaje w uszach
  • Jacek Braciak i Paweł Adamczyk brylują na drugim planie
  • Sandra Drzymalska jako Izabela Łęcka – zaskakujący casting, który ostatecznie okazał się strzałem w dziesiątkę
Minusy
  • momentami brutalizacja sprawia wrażenie nieco wymuszonej
  • to bardziej reinterpretacja niż ekranizacja – tak dalekie odejście od Prusa może nie każdemu przypaść do gustu
  • jeśli pierwsze dwa odcinki nie wciągną, dalsze mogą znużyć - warto jednak dotrwać do finału
Komentarze
1

Długo myslałem o tym, co zobaczyłem i tak:

Z jednej strony rozumiem chęć zrobienia interpretacji po swojemu - to w końcu adaptacja, zasadniczo kiedyś podobny manewr zrobiono z Romeo i Julią, ale też z wieloma innymi filmami. Problem w tym, że kurna tak, jak dzieciaki w szkołach łatwo podłapały, że "Łęcka to była panna lekkich obyczajów" i z memów wyszły realne odpowiedzi na maturach, tak tutaj też obawiam się, że ktoś obejrzy wersję Netflixa i też wysnuje złe wnioski albo będzie próbował na skróty mylić wersję serialową z książką. 

Z drugiej natomiast były momenty, gdy ten serial był po prostu... aoglądalny ze względu na niektóre efekty i zastosowanie fisheye'a, który cholera no powodował u mnie totalną sieczkę z mózgu. Były nawet momenty, gdy w dalszym planie wszystko mi "flickowało". 

I tak jak to podsumowała moja znajoma - jeśli totalnie pominąć aspekt "Lalki" i dać to jako bardzo, bardzo luźną inspirację, to może się ten serial podobać. Ale zdecydowanie jestem ciekawy tego, jak wypadnie ta filmowa. Ostatecznie czuję, że będzie taki konflikt w stylu: na od Netflixa zbyt postępowa, ta filmowa zbyt zachowawcza.