Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka - recenzja. Trudne życie kolonisty

Piotr-Magdziak
2026/10/25 15:00
0
0

Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka to gra w której głównie przegrywamy. I wygra ten, kto przegra w najmniejszym stopniu.

Antyterraformacja Księżyca

Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka - recenzja. Trudne życie kolonisty

Ludzkość podbiła Lunę, pierwsi śmiałkowie meldują się już w portach, dostaną zaraz przydział do swojego sektora i zaczną wspaniałe życie pierwszych kolonistów. Dowodzą tym wszystkim najtęższe umysły znane ludzkości, chociażby ekspert ds. gastrofazy, dr. Dibson czy dr. White planujący zniewolenie robotów. Nie ma się zatem czego bać i nic tylko ruszać na Księżyc. Prawda? Co może pójść nie tak?

W Kolonii Księżycowej: Krwawa Jatka wcielamy się właśnie w wspomnianych doktorów i zarządzamy naszym własnym sektorem księżycowej kolonii. Dbamy o zapasy jedzenia, rozwijamy nasze miasta, pilnujemy zasobów ludzkich i uważamy na małe, większe, średnie i dziwaczne kataklizmy.

Mechanicznie, Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka to dosyć innowacyjny deckbuilder i całkiem prosta gra karciana. Przyswojenie zasad to kwestia może piętnastu minut, a pojedyncza rozgrywka zajmie nam do godziny w rzadkich przypadkach. Możemy grać nawet solo i aż do pięciu graczy. Z mojego doświadczenia, właściwie każda liczba będzie bardzo przyjemna. Poziom skomplikowania oceniłbym na takiego początkującego z plusem. Nie jest to Wsiąść do Pociągu czy Catan, ale daleko tej grze do Terraformacji Marsa. W skrócie – prosta, przyjemna i ciekawa gra dla każdego!

Wspólne problemy i indywidualne rozwiązania

Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka wykorzystuje bardzo ciekawą mechanikę – wszystkie tury rozgrywamy jednocześnie, odkrywając kartę z wierzchu wspólnej talii. Domyślnie mamy tam kilka kart zmuszających nasz do zagrania wydarzenia i kilka kart pracy, pozwalających na wykonanie jednego z kilku dostępnych ruchów. W trakcie gry będziemy wspólnie dorzucali coraz więcej kart dających nam być może jakieś bonusy, a gra dorzuci nam coraz więcej katastrof i wydarzeń. Im dalej w las tym robimy trochę mniej tur, a trochę więcej cierpimy.

Liczba akcji jest rozsądna – możemy zapewnić sobie żywność, pieniądze albo materiały, dobrać karty budynków albo owe karty za pieniądze zagrać. Zagrane budynki nie tylko dają nam ciekawe umiejętności i zwiększają możliwości naszych bazowych akcji, ale stanowią też rezerwuar najcenniejszego zasobu w grze – ludzi. Kiedy padnie pierwsza kolonia, gra się kończy. A liczne katastrofy każą nam tych ludzi dosyć szybko usuwać z planszetek. Kiedy zabraknie nam żetonów z kolonizatorami, musimy usuwać budynki aby pozyskać z nich trochę kolonizatorów do stracenia. A jak zabraknie nam nawet budynków to gra się kończy.

Do tego dochodzi kilka pomniejszych zasad, możliwość umieszczania w talii dodatkowych kart, chociażby grantów oraz innowacji i przede wszystkim ciągłe poczucie nadchodzącej zagłady. A potem faktycznie raptowna zagłada. Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka to gra w której z góry jesteśmy skazani na porażkę. Nie ma szans tutaj wygrać. Możemy raptem nie przegrać aż tak mocno jak przegrywają inni. Zaufaliśmy dr. Dibsonowi z budową tego miasta, czego oczekiwaliśmy?

Co za płynna katastrofa

Co od razu urzekło mnie w tej grze to jej tempo. Mamy kilka pierwszych tur podczas których możemy się trochę rozbudować, stracimy kilku ludzi, ale to pomniejsze wypadki. Po prostu złota era i czyste prosperity. Rozsądny kolonizator już teraz jednak buduje schrony i tunele. Nierozsądny postawił kolejny kosmiczny hotel, nie wiedząc, że nawet nie doczeka kolejnych akcji. Gra w pewnym momencie zaczyna nas okrutnie karać i doskonale wyczuwa, kiedy należy to zrobić. Dzięki temu rozgrywka jest bardzo szybka – budowanie talii i silnika to kwestia może piętnastu minut, potem zaczyna się czysta rzeź i próba dojechania do końca na taśmie izolacyjnej i kartonie.

GramTV przedstawia:

Szybko trzeba się jednak pogodzić, że gra nie będzie uczciwa i przyjemna. Wypadki bywają bardzo brutalne i od początku musimy się nastawić na to, żeby się na nie nie złościć. Trzeba nauczyć się czerpać trochę radości z oglądania kolejnych katastrof demolujących naszą strategię. Niestety, czasami powoduje to funkcjonalną eliminację z zabawy niektórych graczy. Scenariusz w którym wiadome jest, że dwójka graczy już na pewno nie wygra nie jest niczym rzadkim. Gra jest jednak na tyle szybka, że nie jest to jakiś wielki problem.

Planszetki osobiście zaprojektowane przez dr. Dibsona

Licznik przydatny do niczego – mamy wspólną talię, każdy będzie miał ten sam wynik
Licznik przydatny do niczego – mamy wspólną talię, każdy będzie miał ten sam wynik

Jeśli miałbym wskazać co zdecydowanie nie gra w Księżycowej Kolonii to jest to cala logistyka. Insert jest tak dziwaczny, że trochę ciężko się połapać co gdzie pasuje. Można było to zrobić jakkolwiek inaczej i miałoby to o wiele więcej sensu. Brakuje też jakiś torebek czy pojemniczków na liczne żetony.

Prawdziwy dramat to planszetki gracza. Nie wiem co twórcy mieli tutaj na myśli, ale nie spotkałem się nigdy z aż tak niefunkcjonalnym elementem. Nie tylko wyglądają kiepsko, ale w zamian trudno trzymać na nich zasoby i są tak naprawdę w niczym nieprzydatne. Równie dobrze moglibyśmy grać bez nich i nie zmieniłoby to absolutnie nic. Mamy na nich chociażby licznik zagranych z talii kart „Praca”, który jest wspólny dla każdego gracza. Można by więc liczyć go jakoś globalnie zamiast indywidualnie składać takie kółka. Znajduje się za to tuż obok koła z akcjami, ale w żaden sposób nie sugeruje, że nie możemy już zagrać więcej którejś z nich. To taka dodatkowa zmyłka. Miejsca na kolonistów mamy za to dokładnie tyle, żeby już zasoby startowe średnio się mieściły i były nieczytelne. Poważnie, nie wiem jak to przeszło przez fazę projektu.

Pomijając jednak insert i planszetkę, Kolonia Księżycowa jest w miarę zgrabna do rozłożenia. Ponowne złożenie do pudełka jest nieco gorsze przez konieczność segregowania kart, ale taka już rola deckbuilderów. Sama ikonografia nie pozostawia za to nic do życzenia, gra jest czytelna, karty są dobrze wytłumaczone, a kolorystyka jest spójna i logiczna. Wpadka z planszetką była jednorazowym wybrykiem.

Szata graficzna? Nie wiem, tutaj mi trochę ciężko ją ocenić. Osobiście nie jestem chyba zbyt dużym fanem, postacie w postaci dr. Dibsona to zabawny akcent humorystyczny, ale dr. Mózg wygląda już nieco groteskowo i nie pasuje do klimatu. Grafiki są mocno stylizowane na sci-fi z lat 50, niektórym się to spodoba, niektórym raczej nie, ale nie sposób odmówić grze oryginalności i spójnego designu.

Piękna katastrofa

Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka to oryginalny i naprawdę ciekawy tytuł. Pod pretekstem losowych zdarzeń mamy tutaj ciężką matematyczną rozgrywkę, która zachowuje jednak przy tym sporo lekkości. To chyba mój ulubiony stosunek zabawy do trudności. Czuję, że myślę i to całkiem sporo, ale nie wpadam w paraliż decyzyjny i dobrze się przy tym bawię.

Osobiście, zostałem fanem tej gry. Na pewno wróci na nasz stół jako tytuł przed, albo po czymś większym, tak żeby posiedzieć sobie jeszcze godzinkę przy czymś ciekawym. Myślę, że ocena 8,5/10 jest tutaj bardzo uczciwa, ale z dużym potencjałem na 9/10.

8,5
Dynamiczna, wciągająca i radośnie frustrująca gra dla początkujących i nie tylko.
Plusy
  • Szybka i dynamiczna
  • Przystępne zasady
  • Świetny stosunek kombinowania do dobrej zabawy
  • Całkiem zabawna
  • Szybka w rozłożeniu
Minusy
  • Fatalne planszetki
  • Kiepski insert
  • Szata graficzna może dla niektórych być rozczarowująca
  • Trudna do złożenia
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!