Ice Cream Man – recenzja. Coś tu się roztopiło

Radosław Krajewski
2026/08/07 18:00
0
0

Do kin trafił nowy horror twórcy Hostelu i Nocy Dziękczynienia. Oceniamy, czy Eli Roth znów potrafi straszyć widzów.

Lodziarz

Obecny rok stoi pod znakiem renesansu niskobudżetowych horrorów. Takie tytuły, jak Obsesja, czy Backrooms pokazują, że dobry pomysł i ambicja twórców wystarczy, aby produkcja odniosła sukces, nawet wśród młodszych pokoleń, które przecież miały już odwracać się od kin na rzecz streamingu i krótkich form w mediach społecznościowych. Rzeczywistość okazała się jednak inna, a teraz inni twórcy hororrów muszą się do niej dostosować, jeżeli też chcą odnieść sukcesy. Eli Roth, twórca niesławnej ekranizacji Borderlands oraz docenionej Nocy Dziękczynienia, powraca ze swoim nowym filmem. Wokół Ice Cream Man narosło sporo kontrowersji, chociażby poprzez wykorzystanie przy produkcji filmu sztucznej inteligencji. Pomimo ciekawego pomysłu, produkcja jawi się jednak jako niskich lotów, schematyczne kino grozy na tle tegorocznej konkurencji. Czy jednak w Ice Cream Man jest coś, co może przyciągnąć widzów do kina?

Ice Cream Man
Ice Cream Man

Historia rozgrywa się na amerykańskim przedmieściu, gdzie pojawia się tajemniczy sprzedawca lodów (Ari Millen). Z pozoru zwyczajny człowiek bardzo szybko okazuje się zwiastunem przyszłego koszmaru dla mieszkańców. Dzieci po zjedzeniu jego produktów zaczynają zachowywać się coraz agresywniej, a niewinna okolica zamienia się w arenę brutalnych zbrodni. Rodzice próbują zrozumieć, co stoi za tajemniczą epidemią przemocy, jednak sytuacja szybko wymyka się spod kontroli. Zagadkę chcą również rozwiązać troje młodych bohaterów, którzy cudem unikają klątwy, podejmując się desperackiego wyścigu z czasem, aby pokonać demonicznego sprzedawcę lodów, zanim jego nowe sługi pochłoną całe miasteczko.

Zdecydowanie największym atutem Ice Cream Mana jest punkt wyjścia całej historii. Motyw dzieci stających się zagrożeniem dla dorosłych od wielu lat funkcjonuj w kinie grozy, żeby tylko wspomnieć o Dzieciach kukurydzy, czy nawet tym samym motywie wykorzystanym w zakończeniu ubiegłorocznego Zniknięcia. Chociaż jest to już dosyć wyświechtane, to podobnie jak zombie, pozwala na spore możliwości, czy idące za tym metafory oraz interpretacje. Problem jednak w tym, że dzieła Eliego Rotha nie kryje pod tą warstwą niczego ciekawego, jakby jego twórcy nie wiedzieli, co konkretnie chcą opowiedzieć. Tym samym scenariusz błyskawicznie ujawnia wszystkie swoje słabości. Bohaterom brakuje charakteru, dialogi służą głównie ekspozycji, która ma prowadzić do kolejnych makabrycznych scen, a wydarzenia następujące po sobie wydają się zbyt przypadkowe, losowe i naiwne. Zamiast rozwijać intrygę, twórcy nieustannie podnoszą poziom brutalności, licząc na to, że kolejne efekty specjalne odwrócą uwagę od fabularnych niedociągnięć. Niestety, po kilkudziesięciu minutach trudno oprzeć się wrażeniu, że oglądamy serię luźno połączonych pomysłów, a nie pełnoprawną historię.

Ice Cream Man
Ice Cream Man

Poważnie cierpi na tym tempo samej historii, która jednocześnie jest chaotyczna i monotonna. Kolejne horrorowe sceny następują po sobie zbyt szybko, przez co nie potrafią zbudować żadnego napięcia, czy poczucia grozy. Wyraźnie brakuje momentów na złapanie oddechu, aby można było poprowadzić historię do konkretnego celu, czy też rozbudować bohaterów. Najwyraźniej reżyser wyszedł z założenia, że kolejne sceny mają przebić poprzednie poziomem okrucieństwa, przez co całość szybko staje się przewidywalna, a przez to nudna. Roth pomimo tak dużego bagażu doświadczeń, nie pomaga, aby ta historia odpowiednio wybrzmiała. Ice Cream Man wygląda jak próba odtworzenia dawnych sukcesów niż rozwinięcia stylu Rotha. Reżyser zbyt często celebruje kolejne sceny gore, zapominając, że horror powinien przede wszystkim budować napięcie. Tutaj praktycznie od początku wiadomo, czego można się spodziewać, dlatego kolejne makabryczne sekwencje wprawiają widza w zobojętnienie.

Kilka niedociągnięć jest…

Najbardziej rozczarowuje jednak to, że produkcja praktycznie nie wykorzystuje własnego potencjału. Sam motyw tajemniczego sprzedawcy lodów mógł stać się fundamentem niepokojącej opowieści o manipulacji, dziecięcej niewinności czy ukrytym złu czającym się za fasadą spokojnych przedmieść, a tytułowy Lodziarz równie charakterystyczną postacią ze współczesnych horrorów, jak Łapacz z serii Czarny telefon. Film jednak mocno ogranicza możliwości tej postaci i rozbudowuje ją w niesamowicie kuriozalny sposób dopiero pod koniec filmu. Co gorsze, im bliżej finału, tym bardziej widać, że twórcy nie mają pomysłu na rozwinięcie historii, a zakończenie, urywające się w najlepszym momencie, nie przynosi żadnej satysfakcji.

Ice Cream Man
Ice Cream Man

GramTV przedstawia:

Również pod względem wizualnym Ice Cream Man pozostawia wiele do życzenia. Pomimo tego, że zdjęcia potrafią prezentować się całkiem nieźle, szczególnie bawiąc się kontrastem i żywymi kolorami w plenerach, jak i podczas brutalnych wydarzeń, to scenografie, czy kostiumy sprawiają wrażenie zbyt sterylnych i paradoksalnie „czystych”. Także efekty specjalne nie zawsze trzymają poziom, czego najlepszym dowodem są sceny pełne krwi. Nic dobrego za to nie można napisać o montażu, któremu brakuje płynności. W drugiej połowie sceny postępują po sobie bez większego ładu i składu i tylko fabularna ciągłość pozwala nad tym wszystkim nadążać. Ice Cream Man posiada również dwie absolutnie obrzydliwe sceny z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Roth nawet nie kryje się z tym, że sceny retrospekcji zostały wykonane w całości przez AI.

Sytuacji filmu nie poprawia również gra aktorska. Obsada spisała się co poniżej oczekiwań, ale zdecydowanie najlepszym jej elementem jest Ari Millen, który wciela się w Lodziarza. Aktor ma odpowiednią charyzmę i ekranową prezencję, aby wzbudzić niepokój swoimi gestami i mimiką. Dlatego tym bardziej szkoda, że z tą postacią niewiele zrobiono. Ciężko kogokolwiek innego wyróżnić z obsady. Zdecydowanie brakuje tu wyrazistych postaci, z którymi aktorzy mogliby zrobić cokolwiek, aby jakoś się wykazać. Widać to po dziecięcych aktorach, którym wyraźnie brakuje doświadczenia, ale reżyser wolał samemu wystąpić przed kamerą i rzucać beznadziejne żarty, niż poprowadzić swoich młodych podopiecznych, aby lepiej wypadli na ekranie.

Ice Cream Man reprezentuje wszystko to, czego można nienawidzić we współczesnych horrorach. Wydawałoby się, że film, za którym stoi Eric Roth, nie może być aż tak zły. Jednak rzeczywistość okazała się inna i jego najnowsza produkcja niesamowicie żenuje, a im bliżej końca, tym coraz trudniej wytrzymać. Co z tego, że postać Lodziarza jest ciekawa, jak została tak źle i nieciekawie potraktowana, a niektóre sceny śmierci, mogą się podobać, jak zwyczajnie jest ich za dużo i po czasie zaczynają męczyć swoją abstrakcją, jak i humorystycznym podejściem. Tym samym otrzymaliśmy roztopione lody, od których można poważnie się rozchorować.

1,0
Ice Cream Man to przykład koszmarnego horroru, w którym prawie nic nie zagrało prawidłowo.
Plusy
  • Ciekawy pomysł na punkt wyjścia historii
  • Kilka pomysłowo zrealizowanych scen gore
  • Niezła rola Ariego Millena
Minusy
  • Bardzo słaby scenariusz
  • Płaskie i źle napisane postacie
  • Praktycznie zerowe napięcie i przewidywalny rozwój wydarzeń
  • Nadmiar brutalności szybko przestaje robić jakiekolwiek wrażenie
  • Niewykorzystany potencjał tytułowego antagonisty
  • Nierówna warstwa wizualna i momentami sztucznie wyglądające efekty specjalne
  • Rozczarowujący finał, który nie daje satysfakcjonującego zakończenia historii
  • Niedorzeczny montaż
  • Kuriozalne wykorzystanie sztucznej inteligencji
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!