InformacjeFelieton

Brawurowa kariera lootboksów powoli się kończy

... Mateusz Mucharzewski

Pisanie dzisiaj nekrologu lootboksom to spora przesada, ale widać że coś zaczyna się w temacie dziać. Najwięksi wydawcy dostrzegają problemy.

Jakiś czas temu Piotrek pisał na łamach gram.pl to wielkiej krzywdzie jaką branży gier wideo robi kapitalizm. W swojej odpowiedzi twierdziłem, że wolny rynek sam się wyreguluje. Historie między innymi Star Wars: Battlefront II nauczą wielkich wydawców, że takie projektowanie gier im się kompletnie nie opłaca. Zacytuję zresztą co dokładnie napisałem 7 miesięcy temu.

- Zaimplementowane rozwiązania faktycznie były fatalne. Czy jednak gracze zagryzają zęby i wydają krocie w grze, za którą zapłacili już 60 dolarów? Nie, sprzedaż leci na łeb na szyję, EA musi mocno przeceniać grę godząc się na niższą marżę oraz przede wszystkim wyłącza kontrowersyjne mikrotransakcje. Kurs akcji spółki po wybuchu afery spadł o 10%, co w tym przypadku oznaczało ubytek 3 mld dolarów na kapitalizacji i przerwanie trwającego od kilku lat trendu wzrostowego.

Dzisiaj oczywiście jest dużo za wcześnie, aby pisał o końcu lootboksów. Nie zmienia to jednak faktu, że widać na rynku wyraźną zmianę trendu. Po zeszłorocznych aferach deweloperzy sami wycofują się z kontrowersyjnych rozwiązań. Przykładowo Warner Bros. ogłosił, że Śródziemie: Cień Wojny nie będzie już zawierać płatnych skrzynek. Pociągnie to za sobą zmiany w ostatnim etapie gry, który według wielu graczy i recenzentów był tak zaprojektowany, aby zachęcać do wydania pieniędzy. Na podobny ruch zdecydował się Microsoft, który podobnie zmodyfikował Forze Motorsport 7. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to niewiele zmienia. Wydawcy „kosili” kasę, a teraz, kiedy zainteresowanie grami znacząco spadło, łaskawie dokonują prokonsumenckich zmian. Ja bym jednak nie był takim pesymistą. Perspektywy na przyszłość pokazują, że mogę mieć rację. O tym jednak w jednym z późniejszych akapitów.

Mechanizm działa w sposób prosty i przewidywalny. Ktoś mocno przesadził ze skrzynkami, co bardzo mocno odbiło się na wielu premierach. Wszystkie wyżej wymienione produkcje, mimo wysokiej jakości, straciły miliony graczy właśnie przez kontrowersyjne rozwiązania z mikrotransakcjami. Za tym idą gigantyczne straty, których nie zasypią nawet wpływy od tych graczy, którzy skuszą się na lootboksy. Najmocniej przekonało się o tym EA, o którym mówiło się nawet, że może stracić licencję na Gwiezdne Wojny. To nie jest tak, że teraz zarządzający Elektronikami, Microsoftem, Warner Bros., Take-Two Interactive czy innych wielkich wydawców staną się bardziej łaskawi dla graczy. Ich eksperymenty ze skrzynkami kosztowały tak dużo, że muszą się z nich wycofać. Innej opcji po prostu nie mają. Siłą rynku nie zmienią.

Swoje zrobiła więc czysta kalkulacja. Gracze mogą być z siebie dumni – w takiej ilości zagłosowali portfelami, że zmusili wydawców do zmiany polityki. Kolejny więc raz rynek sam się wyregulował i wyeliminował szkodliwe rozwiązania. Nie była potrzebna interwencja polityków. Wiele państw zainteresowało się tematem, co często było głośno komentowane przez graczy. Mniej jednak emocji wzbudzały informacje, że kolejne rządy nie dopatrywały się w lootboksach elementów hazardu. Szansa na legislacyjne rozwiązanie problemu była więc znikoma. Jednocześnie niepotrzebna, bo wszystko wskazuje na to, że powtórki z zeszłorocznej jesieni nie będzie. Całe szczęście, że tak się skończyło. Ewentualne nowe przepisy szybko przestałyby być potrzebne, a w przyszłości potencjalnie powodowały problemy. Nie zdziwiłbym się, gdyby nowe regulacje zmusiły na przykład Blizzarda do usunięcia swoich skrzynek z Overwatcha. Studio musiałoby mocno modyfikować model biznesowy projektu, który jest chwalony przez większość graczy.

Wielu może zadać pytanie dlaczego tyle to trwało. O aferze z Battlefront II pewnie niektórzy już nie pamiętają. Niestety wycofanie płatnych skrzynek nie jest takie proste. W licznych grach były one tak mocno zakorzenione, że nie dało się wcisnąć magicznego przycisku „usuń lootboksy”. W przypadku Śródziemia: Cień Wojny czy Forzy Motorsport 7 konieczne były głębokie zmiany w balansie rozgrywki. Z tego też powodu tyle to trwało i na pewno hamowało prace nad kolejnymi tytułami. Czy dało się to zrobić szybciej? Być może tak, ale nie mi to teraz oceniać. Ciekawe jest teraz jak wpłynie to na popularność tych tytułów. Jeśli wydawcy zaobserwują znaczący wzrost sprzedaży, będzie to dla nich dowód na to jak wielu graczy stracili przez kontrowersyjne rozwiązania ze skrzynkami.

Na perspektywy na przyszłość można spojrzeć w dwojaki sposób. Oficjalnie kilku wydawców ogłosiło, że wycofuje się z krytykowanych skrzynek. Nie będzie ich między innymi w kolejnych częściach serii Forza. Microsoft działa w sposób logiczny, bo FM7 pokazała, że dojenie z graczy niekoniecznie przynosi pożądane skutki. Podobną drogą idzie kilka innych firm, które również ogłosiły bardziej pro-konsumenckie podejście w swoich najnowszych produkcjach. Pominąć nie można Electronic Arts, które ma się poprawić już w Battlefield V, a później przy Anthem. Trudno sobie wyobrazić, aby ktoś dzisiaj zdecydował się na bardzo nachalny system lootboksów.

Jest jednak druga strona medalu. Lootboksy nie pojawiły się w wyniku tylko chciwości wydawców. Każda firma, nie ważne czy mała czy duża, musi na siebie zarabiać. Wielkie korporacje muszą mieć odpowiedni poziom zysków. Dodatkowo celem każdej firmy jest rosnąć, a więc kadra zarządzająca zawsze szuka nowych sposobów na zarabianie pieniędzy. Trudno mieć o to do kogokolwiek pretensje. Druga sprawa to zmieniające się realia rynkowe. Jakość gier oraz wymagania rosną. To ciągnie za sobą coraz wyższe koszty. Nic dziwnego, że od kilku lat w odwrocie są liniowe produkcje. Wszystko obecnie musi mieć otwarty świat i elementy game as a service. Idealnie w tych realiach odnalazł się Ubisoft, który niemalże z każdej swojej gry potrafi zrobić „usługę”, która przyciąga do siebie miliony graczy. Gwarantuje to później duże przychody przez wiele lat.

Większość wydawców próbuje się odnaleźć w nowych realiach za pomocą mikrotransakcji i lootboksów (co w sumie wcale daleko nie odbiega od polityki Ubisoftu). Teraz okazuje się, że płatne skrzynki spotkały się z ogromną niechęcią graczy. W kilku tytułach nie stanowiły one wielkiego problemu (patrz wspomniany Overwatch), ale syf wokół samego określenia „lootbox” jest tak duży, że duże firmy zaczną się z niego wycofywać. Pytanie w jaki sposób teraz będą starać się zarabiać na coraz droższych w produkcji grach. Moje przewidywania? Myślę, że płatne skrzynki mogą przejść drogę, którą mają za sobą dodatki DLC. Początkowo również wzbudzały kontrowersje i były określane jako efekt chciwości wielkich wydawców. Zanim jednak udało się je wyeliminować z rynku, kilka firm przygotowało bardzo solidne rozszerzenia. Okazało się więc, że da się pogodzić obie strony – szukających dodatkowych przychodów wydawców i oczekujących jakoś graczy.

Dzisiaj oczywiście nieco za wcześnie, aby mówić o wielkim końcu lootboksów. Widać jednak, że zeszłoroczne afery mocno odbiły się na kilku wydawcach. Nie sądzę więc, aby czekała nas powtórka z rozrywki. Być może kilka firm jeszcze bezmyślnie zawali duże projekty, ale będą to raczej pojedyncze przypadki. Najwięksi gracze zobaczyli, że dotychczasowa ścieżka nie sprawdza się i konieczne jest szukanie innych rozwiązań. Te na pewno się pojawią. Jak wspomniałem wyżej, spodziewam się „lootboksów 2.0”. Mniej nachalnych, bardziej pro-konsumenckich. Korporacje na pewno będą szukać dodatkowych źródeł przychodów, bo zwiększanie ceny detalicznej gry AAA raczej nie wchodzi w grę. Podobnie jak z DLC, płatne skrzynki czy inne formy mikrotransakcji staną się nową normalnością. Na pewno jednak nie będą nią patologie znane chociażby z Battlefronta II.

Najnowsze
Lubisz nas?