InformacjeRecenzja - PC

Fallout: New Vegas - recenzja

... Michał Nowicki

Na kilka dni straciliśmy Myszastego z oczu – przepadł gdzieś na pustkowiach. Wrócił pokryty kurzem, pyłem oraz zaschniętą krwią i opowie Wam dziś o nowej grze studia Obsidian – Fallout: New Vegas.

Na kilka dni straciliśmy Myszastego z oczu – przepadł gdzieś na pustkowiach. Wrócił pokryty kurzem, pyłem oraz zaschniętą krwią i opowie Wam dziś o nowej grze studia Obsidian – Fallout: New Vegas.

Przyznam szczerze, że czekałem na tę grę bardziej niż na Fallouta 3. W przypadku gry Bethesdy od początku wiedziałem, że wiele elementów po prostu nie zagra tak, jakbym sobie tego życzył. Po premierze jednej z najbardziej niedocenionych moim zdaniem gier tego roku, czyli Alpha Protocol, nabrałem natomiast jeszcze większej wiary w Obsidian. Dodatkowo, to przecież po części ekipa, która przy starych Falloutach naprawdę sporo majstrowała. Powiem to więc na samym początku, wyraźnie i dobitnie – ekipa „szalonego Szkota” stworzyła właśnie grę, która powinna nosić miano Fallout 3.

Fallout: New Vegas nie jest produkcją idealną. Ba, do tegoż ideału brakuje grze naprawdę wiele. Najważniejsze jednak jest to, że ponad 90% jakichkolwiek wad New Vegas nie jest winą Obsidianu, a po prostu spuścizną po twórcach silnika i nowej mechaniki. Pod każdym innym względem kładzie twórczość Bethesdy na łopatki i jest godnym następcą swoich kultowych przodków. Sam nie wierzę w to, co piszę, ale... taka jest prawda.

Początek historii zna już chyba doskonale każdy, kto choć trochę interesował się tym tytułem przed premierą. Nasza postać, pracująca jako kurier, zostaje z niewyjaśnionych przyczyn postrzelona podczas jednego z zadań. Cudem ocalony przez robota, bohater budzi się w niewielkiej mieścinie Goodsprings, gdzie postawiony na nogi przez lokalnego łapiducha, rozpoczyna niejako drugie życie. Początek nie powala w jakiś specjalnie spektakularny sposób i nie zwiastuje rozkręcającej się powoli, ale wciągającej opowieści. Od razu uprzedzę wszystkich oczekujących „filmowej” narracji i liniowej fabuły – to nie jest gra dla Was. Zanudzicie się w ciągu trzech pierwszych godzin zabawy.

Cała reszta – w tym ja sam – będzie wniebowzięta. Zarówno sama gra, jak i główny wątek mają bowiem niezwykle otwarty charakter. Co chwila wręcz stajemy przed koniecznością podejmowania kolejnych decyzji i wyborów, które mają wpływ nie tylko na nasz los, ale również na układ sił w okolicy, stosunek mieszkańców do nas i frakcji, wzajemne relacje między niektórymi z nich, a nawet takie drobiazgi, jak ceny w sklepach. Przykład? Pomagamy pewnej społeczności zaprowadzić ład i porządek. Wybieramy jedną z opcji, ludzie są szczęśliwi, dziękują nam, po czym... właściciel sklepu podnosi o jakieś 50% wszystkie ceny. Cóż, nowa władza kazała mu płacić wysokie podatki. A kogo walnie to ostatecznie po kieszeni?

Dbałość o tego typu szczegóły zauważamy na każdym kroku. Kiedy pojawiamy się po raz pierwszy w innym miejscu, nieco podejrzany koleś proponuje nam handel. Jeśli jednak staniemy się w danym rejonie zbyt znani, każe nam przy kolejnej okazji zwyczajnie spadać. Interesy z kimś tak popularnym mogą go przecież narazić na zainteresowanie ze strony niewłaściwych ludzi. Logiczne, nieprawdaż? Oczywiście mechanizmy gry potrafią tu czasami nieco namieszać, jednak ani razu nie zdarzyło się, żeby w jakikolwiek sposób zepsuło to zabawę, czy popsuło klimat.

Podejmowane przez nas decyzje są w New Vegas kwintesencją rozgrywki. Naprawdę czuje się tutaj ich wagę i znaczenie. Niezwykle ważne jest, by przed podjęciem takowych dobrze rozeznać się w sytuacji, a często nawet domyślić, jakie mogą być konsekwencje. Chwała twórcom za praktycznie brak jakichkolwiek podpowiedzi w stylu „wykonanie zadania zrazi do Ciebie grupę X.” Musimy po prostu dobrze poznać świat gry. Bez tego nie raz możemy pożałować swoich wyborów; tym bardziej, że interesy większości frakcji (również tych „drugoplanowych”), najczęściej bywają sprzeczne. Co szczególnie mnie ucieszyło, zgodnie z falloutową tradycją nie ma w New Vegas stron jednoznacznie określonych, jako dobre lub złe. Szaro, buro, czasem nieco jaśniej – nigdy czarno lub biało.

Dotyczy to zarówno frakcji, jak i ludzi zamieszkujących świat New Vegas. Spopularyzowany przez niejakiego Yarpena relatywizm moralny cechuje praktycznie każdego, zaś sami bohaterowie niezależni są klasycznym dla tej serii kolażem różnych typów zachowań, mentalności i niekiedy tragicznych historii. Chwasty i podłych sukinsynów znajdziemy wśród „porządnych” obywateli, a zwykły bandyta może się okazać bardziej honorowy, niż dwudziestu paladynów. Co zaś najważniejsze, rozmowy z nimi są o niebo ciekawsze, niż w poprzedniej odsłonie. Postaci mają swój charakter, często rozpoznawalny styl wypowiedzi, choć, jak to w życiu bywa, nie każdy jest mistrzem oracji i ciętych ripost.

Same zadania możemy podzielić na trzy grupy. Klasyczne, wieloetapowe historie, potrafiące się niekiedy ciągnąć za nami przez połowę pustkowi, questy poboczne, o zazwyczaj dużo mniej skomplikowanej strukturze oraz wszelakie „luźne sugestie”, które nie trafiają nawet do naszych notatek. Ot, czasem ktoś wspomni coś o jakimś problemie, puści w obieg jakąś plotkę, coś tam zasugeruje. Część takich plotek okazuje się później mieć podwójne dno i przeradza w kolejne, wieloetapowe zadanie. Co najcenniejsze, większość ważniejszych questów wykonać możemy na wiele sposobów, włączając w to rozwiązania siłowe, podstęp, przekupstwo, wykorzystanie własnej charyzmy, czy wiedzy naukowej i technicznej. Często wszystko naraz w obrębie jednego zadania. Tutaj naprawdę warto inwestować punkty w zdolności niezwiązane z walką – nie mam jeszcze pewności, ale jest spora szansa, że da się grę przejść niemalże bez rozlewu krwi. Pod każdym względem mamy tu różnorodność bliską doskonałości.

Może się również okazać, że wielu zadań nie otrzymamy nigdy. Ba, możliwe jest zaprzepaszczenie szansy na ukończenie wielu z nich. Nie ze względu na bugi (tych, jak na mnogość zadań jest zadziwiająco mało), lecz właśnie wspominaną już swobodę. Bo przecież, jeśli na przykład nie spodoba nam się gęba jednego z najważniejszych bohaterów niezależnych, możemy go sobie zastrzelić. Ktoś nam tego zabroni? Ależ skąd, musimy jedynie pamiętać o konsekwencjach tego czynu. New Vegas to zresztą przykład gry, w której bardzo szybko zaprzestajemy pogoni za głównym wątkiem. Otaczający nas świat, zamieszkujący go ludzie, dziwne wydarzenia, tajemnice przedwojennych technologii – wszystko to wciągnęło mnie na tyle, że bardzo żałowałem, iż ze względu na recenzję musiałem „pogonić” główną oś fabularną. Mam zapisane gry, wrócę do nich w chwilę po publikacji tego tekstu. Eksploracja, to słowo-klucz w New Vegas.

Zarówno sama gra, jak i teren, który przyjdzie nam zwiedzić, są olbrzymie. Powiem tylko, że gdy po około 25 godzinach bardzo intensywnej gry zdecydowałem się na dotarcie do tytułowego New Vegas, odkryłem mniej niż jedną trzecią świata gry, przez część miejsc zresztą wyłącznie przechodząc. Wykonanie wszystkich odkrytych zadań i odwiedzenie większości lokacji, to zapewne jakieś 100 godzin zabawy. Przyznam się bez bicia – nie byłem jeszcze wszędzie. W tak krótkim czasie, to po prostu niewykonalne, szczególnie, kiedy prowadzi się równolegle dwie rozgrywki. Jeśli więc New Vegas Was wciągnie, pomyślcie poważnie o jakimś urlopie.

Czas wspomnieć wreszcie o kilku nowościach w mechanice, które zazwyczaj wyszły grze na dobre. Mamy więc dużo bardziej rozwinięte i całkiem ciekawie zaprojektowane rzemiosło, podzielone na trzy główne kategorie. Przy ogniskach przyrządzimy sobie posiłki, wzmocnimy efekty środków chemicznych, czy nawet stworzymy trucizny (przydatne w niektórych zadaniach). Kolejna sprawa, to wytwarzanie amunicji. Trochę prochu, pozbierane po naszych własnych strzałach (automatycznie, ale klimat jest!) łuski, odpowiednie formy do odlania kuli... i już uzupełnimy stan amunicji. Co więcej, możemy nawet rozebrać niepotrzebne pestki i pozyskane w ten sposób surowce wykorzystać do wytworzenia tej akurat poszukiwanej. Podobnie jest z ładunkami energetycznymi, które z kolei możemy w prosty sposób przekonwertować na inny typ. Uzupełnianie pustych baterii również jest możliwe.

Kolejna kwestia, to ulepszenia broni, których (podobnie, jak samych giwer) jest teraz całe mnóstwo. Optyka, powiększone magazynki, wzmocnione zamki, akceleratory do broni energetycznej – czego dusza zapragnie. Oczywiście znajdziemy w grze także kilka wyjątkowych broni, choć najczęściej są one nagrodami za zadania, wyrazem uznania ze strony frakcji, czy też dostanie się do nich wymaga sporych umiejętności i eksploracji „nie-questowych” miejscówek. Powróciły również różne typy amunicji tego samego kalibru. Nowością są czasopisma, które w przeciwieństwie do książek podnoszą nam odpowiednie umiejętności tylko na krótki czas, jednak aż o dziesięć (ze specjalnym perkiem nawet o 20) punktów. Na szczęście nie zaburza to zbyt mocno równowagi gry, gdyż samych książek (tak, wciąż są) jest za to bardzo niewiele.

Walka w systemie VATS nie uległa w zasadzie żadnym zmianom, szczęśliwi powinni być natomiast zapaleni snajperzy. Podczas strzelania w czasie rzeczywistym gra nie wykonuje w końcu za nas tych dziwacznych obliczeń, opartych na poziomie umiejętności. Dzięki temu, strzelając na odległość kilkuset metrów, jesteśmy w stanie położyć jednym headshotem większość przeciętnych przeciwników.

Oczywiście tego typu poprawek, nowych elementów, czy przedmiotów jest całe mnóstwo. Nie ma sensu wymieniać ich tu wszystkich, jednak w mojej ocenie większość tych zmian wypada zdecydowanie na korzyść. Tym bardziej, że wiele z nich zainspirowanych zostało ewidentnie... modami do Fallout 3. Tak, jak najważniejszy moim zdaniem nowy mechanizm – tryb Hardcore. Napiszę to od razu i bez owijania w bawełnę - nawet nie myślcie o tym, żeby grać w inny sposób. W porównaniu do modów, Obsidian i tak potraktował nas bardzo pobłażliwie, ale postnuklearny świat nabrał teraz zupełnie innego smaku i zapachu. Smaku zanieczyszczonej wody, upieczonego na ognisku mięsa gekona i zapachu zatęchłego materaca w jakiejś opuszczonej przyczepie kempingowej.

Po podjęciu decyzji o włączeniu tryby Hardcore, musimy bowiem regularnie pić, jeść i spać. Oczywiste, a tak przecież rzadko spotykane w grach mieniących się mianem RPG. Spadające drastycznie statystyki, czy nawet śmierć, szybko zmuszą nas do znalezienia w ekwipunku miejsca na jedzenie i napoje. Ponadto dwa razy zastanowimy się nad łykiem gorzałki dla kurażu – przecież za kilka chwil zacznie nas „suszyć”... Dodatkowo dostajemy w pakiecie ważącą wreszcie cokolwiek amunicję i kilka innych pomniejszych utrudnień. To wręcz esencja tej gry. Granie w New Vegas w inny sposób, to jak pójście na koncert ze stopperami w uszach. Dobre dla mięczaków.

Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o nowym systemie reputacji, żywcem wyjętym z klasycznych Falloutów, jednak zdecydowanie lepiej zrealizowanym. Wciąż istnieje oczywiście Karma, czyli wirtualny obraz naszej duszy. Wpływa to oczywiście na odbiór naszej postaci przez BN, ale dużo ważniejsza jest zdecydowanie właśnie reputacja. Rozbita bowiem została zarówno na frakcje, jak i niektóre miejscowości, a wynika wyłącznie z naszych działań odnośnie tych właśnie grup, czy społeczności. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, że będąc kochanym przez jedną grupę narażamy się na nienawiść drugiej? To oczywiste, prawda? Owszem, ale nie do końca. Przecież nikt nie zmusza nas do podejmowania działań ewidentnie godzących w inne frakcje. Dyplomaci znajdą tu wiele sposobów, by się jakoś prześlizgać. Kiedy jednak usłyszałem od jednego z BN coś w stylu - „Spadaj ćwoku z NCR, nie będę z takim pi****** złamasem gadał” - prawie popłakałem się ze szczęścia. Czy dodałem, że założenie stroju bądź pancerza danej frakcji sprawia, że jesteśmy przez znakomitą większość postaci niezależnych z nią identyfikowani? Nie? To właśnie wspominam...

Sam poziom trudności rozgrywki nie jest jednak jakoś bardzo wyśrubowany. Po kilku godzinach, mimo uruchomienia trybu Hardcore, żałowałem, że zacząłem grę na normalnym poziomie trudności. Amunicji mamy zazwyczaj pod dostatkiem, a przy odrobinie szczęścia w kasynie, szybko pomnożymy nasze aktywa. Tutaj zresztą od razu widać, jak dobrze ekipa deweloperska zna graczy. W kasynach działa bowiem mechanizm zniechęcający do metody „save&load” – po wgraniu zapisanej gry w przypadku przegranej, musimy cierpliwie odczekać około minuty na „reset” maszyn i stołów. Moim zdaniem, to jednak troszkę za mało. Ale i tak pełen szacun.

New Vegas przenosi nas znów na zachodnie wybrzeże, nie zabrakło więc wszelakich nawiązań do dwóch pierwszych, kultowych gier. Od bardzo dosłownych i oczywistych, jak znane postaci, frakcje, czy „firmy”, poprzez smaczki w komputerach, opowieściach i wspomnieniach napotykanych BN, aż po różnorodne, dyskretne mrugnięcia okiem. Czujemy, że wróciliśmy wreszcie na stare śmieci i jest nam z tym bardzo dobrze...

New Vegas cierpi jednak na jedną, bardzo poważną przypadłość. Jest to wspomniana już na początku spuścizna w postaci podatnego na generowanie błędów silnika i specyficznej mechaniki. W tej drugiej kwestii Obsidian zrobił, co się dało, jednak do kilku elementów muszę się przyczepić. Strasznie denerwują mnie wciąż pozostające w dialogach podpowiedzi odnośnie progów umiejętności potrzebnych, by bezstresowo przejść test. Zlikwidowanie tego jednego, beznadziejnego moim zdaniem elementu, przydałoby grze o wiele więcej czystej, niczym nie skrępowanej „erpegowości”. Cała nadzieja w modach. Czy tak trudno było dodać w opcjach przycisk, który to ukrywa? Podobnie ze znacznikami powiązanymi z zadaniami. Ja chciałbym je wyłączyć, czemu więc nie mogę tego zrobić? Mam też wrażenie, że przyznawanie po około 1000 XP za chwilami proste etapy głównego wątku, jest lekką przesadą. Choć pod tym względem balans i tak jest o niebo lepszy, niż w Fallout 3, podzielenie przyznawanych punktów doświadczenia na połowę wyszłoby grze jedynie na dobre.

Oczywiście wciąż musimy męczyć się z tymi samymi przypadłościami technicznymi, które frustrowały w produkcji Bethsoftu – wariująca fizyka, lewitujące przedmioty, zapadanie się i wpadanie w tekstury oraz modele, dziwaczne animacje poruszających się szybko postaci... Kuleje także – i jest to największa moim zdaniem wada odziedziczona po F3 – sztuczna inteligencja. Podczas walki przeciwnicy potrafią zablokować się w jakimś miejscu, nie zauważyć, że właśnie zdjęliśmy ze snajperki stojącego obok kumpla, lub pozabijać wzajemnie w korytarzu. Podobnie jest z naszymi towarzyszami, których szybko nauczymy się zostawiać w spokojnym miejscu. Dla bezpieczeństwa. Ich i naszego. W tej kwestii ekipa deweloperska nie poprawiła praktycznie niczego. Nie była to jednak nigdy mocna strona Obsidianu, dobrze więc, że gra zachowuje się przynajmniej bardzo stabilnie (tylko jeden QTD po długiej, jedenastogodzinnej sesji), a na poważniejsze bugi, mogące zepsuć jakoś zabawę trafiłem raptem dwa razy podczas około 60 godzin obcowania z New Vegas. Za każdym razem pomagało zresztą odegranie zapisanego stanu rozgrywki.

Pora na dział audio-wideo. Grafika, jaka jest, każdy widzi. Nihil novi. Kilka nowych modeli, kilka troszkę ostrzejszych tekstur, cieplejsza tonacja barw i rozkrzyczane kolorami neony. To w zasadzie cała lista zmian w tej kwestii. Dla mnie ma to jednak absolutnie drugorzędne znaczenie. Fanatycy graficznych ultrafajerwerków i tak pewnie tej gry nigdy nie kupią, bo obrazi ich wypasiony sprzęt, a cała reszta będzie to miała tam, skąd wylatuje podstawowy składnik Jetu. Nic do zarzucenia nie można mieć natomiast udźwiękowieniu. To produkcja, w której rozmawiać będziemy dużo, długo i niekiedy namiętnie, mamy więc wielkie szczęście, że oryginalny, angielski dubbing stoi na wysokim poziomie.

Fallout: New Vegas, to gra, jaką powinniśmy zobaczyć kilka lat temu. Obsidianowi udało się to, z czym nie poradziła sobie Bethesda. Podopieczni Feargusa udowodnili, że da się zrobić do cna prawdziwego Fallouta w 3D, ze strzelaniem w czasie rzeczywistym, widokiem FPP i sandboksowym światem. Jeśli lubicie postnuklearne klimaty, otwarty świat, nie przeraża Was samodzielne podejmowanie wielu decyzji, macie gdzieś teselację, lubicie masę zróżnicowanych zadań, zbieranie tysięcy śmieci, liczne rozmowy z ciekawymi bohaterami niezależnymi, odcienie szarości są Wam bliższe, niż czerń i biel, potraficie przymknąć oko na odziedziczone niedoskonałości oraz dysponujecie kilkudziesięcioma godzinami wolnego czasu, Obsidian ma dla Was wspaniały prezent. Grę komputerową Fallout: New Vegas.

Redakcja gram.pl do grania wykorzystuje nowe modele peryferii firmy Logitech: mysz Wireless Gaming Mouse G700, klawiaturę Gaming Keyboard G510 i słuchawki Wireless Gaming Headset G930. Więcej informacji w naszej sekcji poświęconej sprzętowi firmy Logitech.

PCFallout: New Vegas

Sprawdź inne czasy 105:00:00 Tyle czasu potrzebowaliśmy na jednokrotne ukończenie gry.

  • fabuła
  • klimat
  • mnóstwo zróżnicowanych zadań
  • konieczność samodzielnego podejmowania ważnych decyzji
  • tryb Hardcore
  • olbrzymi, otwarty świat
  • system reputacji
  • dziesiątki innych zmian
  • to jest Fallout
  • techniczna niedoskonałość silnika i wynikające z niej błędy
  • sztuczna inteligencja
  • zupełnie zbędne podpowiedzi
  • mogłaby być jeszcze trudniejsza?

Drogi Obsidianie! Pięknie dziękuję i chcę więcej

Najnowsze
Lubisz nas?