Lotem bliżej
Warto wystartować w stolicy, a to dlatego, że wraz z dodatkiem znikną wszelkie nasze zdolności z drzewek rozwoju. Zatem pierwsze co trzeba zrobić, to znaleźć nauczyciela.
Jeżeli jesteś fanatykiem czarów mrozu, zdecyduj się na to akurat drzewko rozwoju, aż do przyzywania elementala wody. Tak, tak, teraz mag będzie miał towarzysza podróży. Fakt, że będzie on dość szybko znikał, ale 3 minutowe odliczanie zanim pojawi się następny nie jest zbyt wielką krzywdą, a jak wszyscy wiedzą, element nawet jeżeli nie jest piąty, to i tak potrafi przechylić szale zwycięstwa.
Po wybraniu talentów i zakupieniu nowych czarów, które dotychczas dostępne były jedynie w książkach wypadających w AQ i innych miejscach, trzeba jak najszybciej udać się do Under City, a potem szybciutkim lotem ślizgowym pomknąć do Stonard na bagnach.
Tam wystarczy wskoczyć na konika i w te pędy udać się w kierunku Blasted Lands, jako, że tam właśnie nastąpiło objawienie się przejścia prowadzącego w nieznane.
Obszar dookoła portalu nieco się zmienił, albowiem obecnie stacjonują tam oddziały orków. Tam też dostaje się pierwsze zadanie (po polsku quest) i można z uśmiechem (w przypadku trupów - wiecznym) wskakiwać w niezbadane obszary.
Skok Przez Płot
Po przejściu przez portal trzeba poświęcić kilka minut na podziwianie widoków nieba i zebranie szczęki, którą przez przypadek kopnęliśmy w stronę nadchodzącej bandy demonów, zaraz po tym, jak nam opadła.
Oczywiście z pieśnią na ustach, warto rzucić się w wir walki, bo nieczęsto spotyka się tak dużo efektów i potworów zebranych w jednym miejscu. Całym zamieszeniem ze strony demonów dowodzi ogromny dragonkin, wyglądający na bardzo pewnego siebie. Kiedy już odkryjemy, że najbliższy cmentarz jest o rzut piszczelem od portalu, wtedy możemy spokojnie udać się na pobliskie lotnisko i lotem rozpoznawczym dostać się do obozu wypadowego, zwanego Thrallmar. W tym to miejscu rozpoczyna się prawdziwa przygoda, odkrywanie nowych lokacji, poznawanie ciekawych ludzi i zabijanie ich.
Znaleźć tam można tony zadań, lecz pierwsze kroki powinno się skierować do nauczycieli profesji wszelakich. Na przykład alchemik na wstępie uczy nas wykonywać Onslouther Elixir, który podnosi nam attack power o 60 na godzinę. Wszystkie zdolności zostały zwiększone do 375, więc warto jak najszybciej odszukać odpowiednich nauczycieli i pieniążkami przekonać, że trzeba przekazać nam nowe umiejętności.
Początkowe zadania w Thrallmar i okolicach, są proste i spokojnie można je wykonywać samojeden bez większych problemów (oczywiście mowa tu o 60 lvl postaciach). Pomimo tego, że ilość zadań w liście została zwiększona do 25, to i tak wszystkie sloty będą nam potrzebne. Ilość questów jest zatrważająca, a praktycznie każdy generuje łańcuch kolejnych zdarzeń.
Nie zabrakło również rozrywki dla bardziej krwiożerczych graczy. Wszystko zostało przemyślane i w każdej większej lokacji są specjalne „miejsca spotkań”, gdzie można w sposób bezpośredni tłumaczyć innym wyższość hordy nad przymierzem i odwrotnie.
System honoru został diametralnie zmieniony. Teraz za wykonywanie zadań w nasze łapy będą trafiały tokeny, które będziemy wymieniać na przedmioty u sprzedawców. Im więcej tokenów, tym lepsze przedmioty. Dodatkowo, pozostaje do wykorzystania system reputacji, który będzie miał wpływ na dostępność przedmiotów u vendorów.
Zadania są dobrze nagradzane, a zielone przedmioty, które otrzymujemy za zabicie 15 łatwych stworów, często są lepsze od ciężko wypracowanych niebieskich z DM czy UBRS. Doświadczenie też jest niczego sobie, albowiem każdy finał nagradzany jest bonusem 5000-7000 exp., plus kilka goldów na dokładkę. Stwory gubią sporo przedmiotów i masę pieniędzy, co owocuje tym, że po pierwszym dniu grania zyskujemy ¾;;;; poziomu i wymieniamy połowę sprzętu noszonego na sobie. Wyjątkiem jest Tier 2, który wymienimy czwartego lub piątego dnia (przynajmniej w części).
Zadania Domowe
Gdzie są tabliczki „uwaga nie podchodzić” ? Tak, tak, trzeba uważać jak się biega po obrzeżach asteroidy, na której wykonujemy nasze heroiczne zadania. Upadek jest śmiertelny, ale na szczęście ciało jest magicznie teleportowane kilka kroków od tragicznego zdarzenia i nie trzeba wskrzeszać się na cmentarzu. Tyle dobrego w tym spadaniu...
Przy okazji biegania można odkryć nowe złoża metalu i nowe chwasty do wyrywania. Wszystko się przydaje, jako że nowa profesja Jewelcrafting wykorzystuje zasoby ziemi do tworzenia, niekiedy bardzo użytecznych przedmiotów ozdabiających kłykcie i karki.
Jako że jest to beta, to trafiają się poprawki. Każda poprawka generuje resetowanie drzewek zdolności. Dzięki temu można oderwać się od jednej postaci i rzucić okiem na inne.
Priest, jako wersja zacieniona będzie bardziej doceniany w rajdach, ponieważ oprócz opcji leczenia, będzie miał także czary związane z odzyskiwaniem many dla całej grupy. Przy wyższych poziomach, dojdzie również czar przyzywający „pomocnika”. Jako wojujący ksiądz na 60 lvl, wyposażony w nowe czary, bez problemu radzi sobie z dwoma lub trzema potworami na 63 poziomie, a nowe, zielone przedmioty bardzo mu w tym pomagają.
Szaman, to będzie rzeźnik z podwójnym Windfury na obu broniach, albowiem oburęczność wprowadzona zostanie w jego drzewko rozwoju. Po jednym dniu grania, cały Tier 0.5 został wymieniony na zielone przedmioty, w których standardowymi bonusami były +25agi, +29int, +30 attack power (wszystko w jednym). Epickie przedmioty za reputacje w Alterac Valley ledwo udało się sprzedać.
Coraz więcej zadań, coraz więcej potworów, coraz wyższe wymagania wygenerowały potrzebę poszukania wspomagania w postaci innych zawodników. I tu miłe zaskoczenie. Nowy system poszukiwania towarzystwa. Zamiast głupiego spamowania LFG, dostajemy prosto przed oczy dodatkowe okno, w którym nie dość, że możemy szukać grupy potrzebnej do konkretnego zadania, dungeonu czy lokacji, to jeszcze mamy możliwość wyszukania pojedynczego osobnika wykonującego poszukiwane przez nas zadania. Genialny system, który wcześniej widziałem w D&D Online, a którego tak bardzo brakowało w WoW.
Jednak wszystko, co krwawe kiedyś się kończy, takoż i Hellfire Pennisula trzeba było opuścić.
Kierując się na spadającą planetę ruszamy w zamglone bagna Zangramarsh.
Podsumowując: trzeba gromadzić zapasy runecloth do wykorzystania w pierwszej pomocy, która została zwiększona do 375, zapasy metalu, który będzie potrzebny do wykonywania biżuterii, szczególnie pomocnej na niskich poziomach, albowiem od 12 poziomu można już nosić pierścienie gwarantujące bonus +1 lub +2 do siły, wytrzymałości czy zręczności.
I nie należy zarzynać się dla kilku przedmiotów za generalską rangę, bo po porównaniu zestawu za 11 range i zielonego zestawu z Burning Crusade wychodzi, że różnica jest znikoma. Poziom 67 osiągnąć można po 10 dniach nienerwowego grania, bez używania środków dopingowych (czyt. wiadro kawy).
Podziemia i Smoki
Znalezienie drużyny, to nie problem. Zwłaszcza, że został unowocześniony system przyzywania innych graczy. Wystarczy, że przy „kamieniu spotkań” (meeting stone) zbierze się dwóch graczy. Mogą oni wtedy przyzywać pozostałych członków grupy, bez potrzeby angażowania mocy warlocka. Wystarczy kliknąć na kamień, a otworzy się portal, którego drugi zawodnik musi dotknąć. System praktycznie taki sam, jak czar warlocka, jednak dużo wygodniejszy, kiedy w pobliżu nie ma wyżej wymienionego.
Pierwszy na drodze trafił się instance, zwany Mana-Tombs w Auchindoun.
Potwory w miarę łatwe do zabijania na poziomie 66-67 pomimo tego, że sam instance oznaczony jest jako 70-72, lecz obdarzone wrednymi umiejętnościami (jak sama nazwa wskazuje). Jednak problemy zaczynają się przy bossach. Tu trzeba uważać, albowiem respawny następują już po drugim wipie. Jednak wszystko da się zabić, więc bardzo przejmować się nie trzeba. Dziwne jedynie było to, że drugi boss, w porównaniu z pierwszym, był jak kaszka z mleczkiem (lekko przypalona). Parol jednak zagiął na nas ostatni boss – Książę Czegośtam. Przyzywał na pomoc wielkie ilości pomocników, co zaowocowało tym, że tego szefa nie udało się nam pokonać. Jednak mniemam, że sami będziecie chcieli pokazać mu, kto tam rządzi i niejednokrotnie pozbawicie go kilku fajnych przedmiotów.
Młode wilki
Nie samymi jednak instancjami ork żyje i warto poszerzyć swoje horyzonty. Takoż i przyszedł wreszcie czas na odprężenie. Nowe rasy rozpanoszyły się po okolicy, więc naturalnym zachowaniem byłoby poznanie zasad, jakimi będą się kierować tak przeciwnicy, jak i kompani w drużynie.
Blood Elf
Pierwsze co przychodzi do głowy, to elfia panna z zakrwawionym mieczem i zbroją, która w niczym nie przydałaby się na polu bitwy. Widok wprost z obrazów Luisa Royo. Do tego rude włosy, zielone oczy, kolczyki... w uszach i już mamy gotową boginię wojny. Oczywiście musi to być paladyn. W końcu testujemy Hordę.
Wszystkie pierwsze wrażenia jak najbardziej pozytywne. Sposób animacji ruchu, biegania, skakania i walki w normie, chociaż podskoki okraszono dodatkowymi piruetami w powietrzu.
Punkt startowy od razu daje nam się zapoznać z nowymi potworami, które w większych i mocniejszych formach będziemy spotykać później na swojej drodze.
Pięknie wykonane ozdoby chodnikowe i cudownie kolorowe domki bardzo pasują do elfów, ale krwistości w tym jest niewiele. Jednak zdanie można zmienić, zanurzając się w podziemia Silvermoon, gdzie w zadymionych pomieszczeniach demonice poganiają biczami płaczące gnomy, które pracując w nieludzkich warunkach przygotowują materiały wszelakie.
Koloryt i miodność miast psują nieco metalowe golemy, które bardziej przypominają mechy (takie maszyny kroczące) z mangowych filmów, niż twory magii. Lecz wszystko to nic, kiedy uświadomimy sobie, ze blood elfy mają „wszyte” w swoje naturalne umiejętności dwie rzeczy. Silence (uciszenie) i drain magic (wysysanie many). Przy paladynie i walce z potworami niewiele to zmienia, lecz wyobraźcie sobie rogue, który nie dość, że ucisza i nie pozwala rzucać czarów przeciwnikowi, to jeszcze wyciąga z niego moc...
Wiele więcej powiedzieć się nie da po kilku dniach grania. Startowa lokacja pozwala dobrnąć do okolo 20 poziomu, co daje nam możliwość poczucia mocy paladyna w hordzie.
Draenei
Tutaj jest co opowiadać. Całkowicie nowa rasa. Wszystko, z czym się spotykamy jest nowe i niepowtarzalne. Trzeba jednak uprzedzić tych mniej odpornych o jednym fakcie.
Kiedy już stworzymy postać (dajmy na to wojownika), potężnego, ogromnego, rogatego, ogoniastego i przerażającego herosa, pierwsze czego powinniśmy dokonać to... oddalenie się do ubikacji w celach znanych, albowiem testować będziemy sposób poruszania się naszego bohatera w tańcu. Ci, którzy nie uczynili kroków zapobiegawczych, muszą liczyć teraz na sprawność zwieraczy, albowiem samczy taniec Draenei zwala z krzesła i powoduje niekontrolowane skurcze mięśni twarzy i okolic brzucha. Trzeba mieć nadzieję, że coś z tym zrobią, bo skaczący i machający rękami grubas jest co najmniej żałosny.
Ale pozostawiając trywialną kwestię tańca odkrywamy, że myślą przewodnią wojowników Draenei będzie hasło „heal and kill”, ponieważ rasową zdolnością jest samoleczenie. Prosty czar leczący około 80% życia w 15 sekund (przynajmniej na niskich poziomach),k daje kolosalną przewagę nad jakimkolwiek innym wojownikiem. Ta sama zasada tyczy się łowcy (po polsku hunter), jak i innych klas.
Strefa startowa Draenei, jak się okazało jest strefą upadku statku kosmicznego... Tak. tak... kosmicznego. Stwory te, to nic innego jak galaktyczni rozbitkowie. Pierwsze zadania jakie wykonujemy, polegają na odratowywaniu rannych uczestników wypadku tudzież odwracania tragicznych skutków zanieczyszczenia środowiska przez części wraku, które zostały rozrzucone nie tylko po jednej wyspie. Technologia Draenei opiera się na mocy kryształów, które będziemy spotykać na każdym kroku wykonując polecenia wszelakich wodzów, dowódców, zwiadowców i innych kapitanów. Wszędzie widać wielkie zło, jakie katastrofa wyrządziła okolicznej faunie i florze. Naszym zadaniem, w większości przypadków, jest naprawianie tego, albowiem Draenei to dobre i miłe stwory, które w życiu kierują się światłem miłości i głaskaniem wszystkiego po główkach.
Dodatkowym atutem tej rasy jest bonus w wykonywaniu biżuterii, jak i wspomaganie drużyny samym swoim wyglądem, przez co całe party lepiej wykonuje fizyczne prace polegające na machaniu orężem wszelakim.
Tak jak w przypadku Blood Elves, tak i tutaj szybko trafiamy do „stolicy”, która zapiera dech.
Wygląda naprawdę zabójczo, szczególnie wtedy, kiedy spadnie się ze schodów. Łatwy plan statku kosmicznego nie nastręcza żadnych problemów ze znalezieniem odpowiedniego nauczyciela czy sprzedawcy. Można też zobaczyć, jakie wierzchowce będą nas nosić na grzbietach, a jest co podziwiać, bo takich stworów jeszcze w grze WoW nie widzieliście.
Jednym słowem gra rasą Draenei sprawia wiele radości i wygląda na to, że paladyn z dodatkowym samoleczeniem, dwoma bąblami (bez skojarzeń z płcią równouprawnioną) i bonusem do trafiania będzie bardzo trudnym do zabicia przeciwnikiem oraz pożądanym kompanem w grupie.
Styczeń Blisko
Reasumując, czeka nas wiele dobrej zabawy, dużo nowych miejsc do zwiedzania i jeszcze więcej potworów do... eee... interakcji. Wszystko co niesie dodatek wygląda na przydatne lub ulepszające rozgrywkę. Gra stanie się większa i bardziej grywalna, a rozszerzenie możliwości tylko podniesie jakość całości. Nie ma co. Wygląda na to, że pierwszy raz w historii gier Ktoś zrobił dodatek, który jest lepszy niż oryginał.
Czego sobie i Państwu życzymy.
Tytuł: World of Warcraft : Burning Crusade
Gatunek: MMORPG
Producent: Blizzard
Polski wydawca: CD-Projekt
Strona www: wow.gram.pl