25 maja 1977 roku. Przed amerykańskimi kinami gromadzą się oczekujący na premierowy seans filmu zatytułowanego Gwiezdne wojny. Gdy na ekranie pojawiają się słynne, odchylone napisy, a z głośników dobiega skomponowany przez Johna Williamsa Star Wars Theme, publiczność dostaje gęsiej skórki. Widok olbrzymiego statku kosmicznego to już prawdziwa ekstaza, obraz, którego ludzie zgromadzeni wtedy w kinach nie zapomną do końca życia.
Niemal dokładnie trzy lata później, 21 maja 1980 roku odbywa się premiera kolejnego Epizodu, zatytułowanego Imperium kontratakuje. Wtedy wszyscy już dobrze wiedzieli, czym są Gwiezdne wojny, toteż frekwencja w kinach była piorunująca. Ci, którzy wybrali się na seans ponownie nie pożałowali. Piorunująco intrygująca fabuła z jednym z największych zwrotów akcji w historii kinematografii (tak, tak, pamiętne "Luke, I am your father"), genialny Imperial March i fantastyczne jak na tamte czasy efekty specjalne - tak pokrótce można scharakteryzować Epizod V, określany przez wielu fachowców jako najwybitniejsza część całej sagi oraz jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono.
Mijają kolejne 3 lata i 25 maja 1983 na duży ekran wchodzi zamykający Trylogię VI Epizod zatytułowany Powrót Jedi. Filmu praktycznie nie trzeba było reklamować, gdyż na Gwiezdne Wojny chorowało pewnie z 3/4 Ameryki. I choć po latach krytycy posądzają George'a Lucasa o przekombinowanie z Ewokami, to jednak fani, których nie brakowało 20 lat temu i nie brakuje teraz, absolutnie się takimi głosami nie przejmują.

Trylogia została zamknięta, jednak papcio Lucas wpadł na genialny pomysł wskrzeszenia słynnej na cały świat sagi i 19 maja 1999 roku świat ujrzał Epizod I, Mroczne widmo. W 1983 mało kto marzył, że jeszcze kiedykolwiek ujrzy nowe przygody rycerzy Jedi, walczących z Ciemną Stroną Mocy, George Lucas, jak sam kiedyś przyznał, czekał jednak na moment, w którym technika cyfrowa będzie na tyle dobra, aby mógł on nakręcić pierwsze trzy Epizody sagi. Tak też uczynił. Po Mrocznym Widmie przyszła bowiem kolej na Atak klonów (był to pierwszy film nakręcony w
całości kamerą cyfrową) oraz Zemstę Sithów.
Choć Nowa Trylogia nie była już tak doskonała jak Epizody IV, V i VI, to jednak na stałe zapisała się w annałach kinematografii, jako prequel najsłynniejszej trylogii w dziejach filmu.
Przez sześć Epizodów przewinęło się wiele znakomitych postaci w historii kina, między innymi Harrison Ford, Ewan McGregor, Samuel L. Jackson czy Natalie Portman. Gwiezdne Wojny mają też wielu cichych bohaterów - Frank Oz, udzielający głosu Yodzie, czy Anthony Daniels jako C-3PO. Ogromny wkład w produkcję miał także wspominany już John Williams, który wraz z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną skomponował cały soundtrack do wszystkich sześciu Epizodów.
Dziś Gwiezdne wojny to nie tylko sześć filmów, które kiedyś tam miały swoją premierę, to ogromne przedsięwzięcie, dostarczające wiele radości fanom z całego świata, setki książek tłumaczonych na dziesiątki języków, figurki, gry, filmy fanowskie (pozdrowienia dla Staszka Mąderka), ale przede wszystkim niepowtarzalny klimat.
Wiele światowych koncernów za ogromne kwoty kupowało prawa do wykorzystania postaci, logo i innych elementów z przebogatego uniwersum Gwiezdnych wojen i przeważnie interes ten był bardzo opłacalny. W taki dzień nie wypada jednak nawet wspominać o pieniądzach, zatem wznieśmy lampkę szampana za George'a Lucasa i wszystkich ludzi, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do popularyzacji świata wciąż żyjącego i radzącego sobie doskonale po trzydziestu mniej lub bardziej wypełnionych sukcesami latach. Świata, który dla wielu jest czymś znacznie więcej, niż uniwersum z barwnymi postaciami i ciekawą historią, okraszoną efektami
specjalnymi. Świata, który na zawsze wpisał się w masową kulturę i który nigdy nie przeminie.